Zazwyczaj nie ciągnie mnie to turystycznych atrakcji. W sumie jedna z niewielu, jakie zaliczyłam w tej podróży to opera w Sydney. Książkowy przykład miejsca, która powinno się zobaczyć. I faktycznie ma w sobie „to” coś. Teraz jestem w Peru i pod nosem mam Machu Picchu. Nigdy nie miałam wielkich chęci na zwiedzanie Machu, ale coś się zmieniło. Coś zmieniło się we mnie odkąd zakochałam się w Peru, i wiem że muszę jechać do krainy Inków. Więc jadę.

Święta Dolina podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

uśmiech

Wspomnienia z Machu Pichu i Cusco

A w zasadzie to lecę. Autobusem z Limy do Cuzco jedzie się około 22 godziny. Bilet w jedną stronę kosztuje jakieś 70 dolarów. Za niewiele więcej można do Cuzco polecieć. Star Peru i Peruvian Airlines, czyli lokalne tanie linie są faktycznie tanie i szybkie. Cena, jak za podróż lądem, a że ja nie znoszę autokarów, więc przemieszczam się w góry samolotem w półtorej godziny. Jedyne zagrożenie, jakie mnie czeka, to szybka zmiana poziomów i większe ryzyko choroby wysokościowej, bo Cuzco leży na jakiś 3350 metrach. Ryzykuję.

No i jestem. Za radą kolegi Wójcikowskiego, od razu na lotnisku kupuję bilet na pociąg. Z Ollantaytambo, miejscowości oddalonej od Cuzco jakieś dwie godziny drogi, do Aquas Calientes, bo stamtąd już się idzie na Machu. Do wyboru mam Inca Rail i Peru Rail. Wybieram Peru Rail. Pojadę z Ollantaytambo w niedzielę, i wrócę tam w poniedziałek rano. Bilet jest ekstremalnie drogi, prawie 130 dolarów. Cóż… Ale teraz czas na pare dni w Cuzco. Łapię taksówkę. Udaje mi się stargować do 15 Soli i w 25 minut jestem w hostelu Flying Dog na ulicy Choquechaca, 5 minut spacerem od głównego placu. Jak się ten plac nazywa? Oczywiście Plaza de Armas, jakby inaczej. Biorę pokój wieloosobowy, są cztery łóżka, jest uroczo, fajnie i przyjemnie. Cena 30 Soli za noc ze śniadaniem. Obsługa przemiła! Atmosfera fantastyczna. Czuję, że będzie mi tu dobrze.

Jestem trochę zmęczona, ale zrzucam plecaki i idę się zgubić. Ja nie mogę, jak tu cudnie!!! Brukowane, wąskie uliczki, malutkie domeczki, trochę pochmurne niebo, kolorowe Indianki siedzące na każdym rogu. A co Pani sprzedaje? Kanapka z awokado? To ja po proszę jedną za jednego Sola. Kto by pomyślał, że kanapka z awokado może być tak pyszna! Mniam. Ale kanapkę trzeba, czymś popić. Sprzedają, gdzieś tu świeże soki? Zapuszczam się na targowisko San Pedro. Są soki, jest jedzenie i tłumy ludzi. Na początek zupa za 2 Sole z lokalesami. Prawie, jak rosół. Tego mi było trzeba. A potem sok na stoisku numer 160. Mango, papaya i ananas. Mój brzuch wreszcie się uśmiecha. Chyba zaraz pęknę. I usnę.

Zaczynam czuć zmianę wysokości. Drętwieje mi prawa ręka. I lewa noga też. Ała. Głowa trochę pobolewa. Ała, ała, ała. Wracam do bazy i padam, jak mucha. Na 3 godziny! Śpię, jak dziecko. I jak się budzę wcale nie jest mi lepiej. Moje ciało odmawia posłuszeństwa. Co jest?! Czyżby przyszła pora na herbatkę z liści koki? Tak jest! Wypijam więc ziółka i zagryzam paczką coca cukierków. To naprawdę działa! Ożywam. I łażę wieczorem po mieście. Nie wiem dokąd idę, ale mi się podoba. Jem słodki ryż z frużeliną na małym placyku. 2 Sole u starej Indianki. Zapijam zimnym piwem i znowu idę spać. Może jutro będę w lepszej formie, bo póki co dostaję zadyszki co 5 metrów. Nie te lata…

W nocy leje, ale na szczęście o poranku się przejaśnia. Pierwsze kroki kieruję to Ministerstwa Kultury, które jest nieco dalej od zabytkowego centrum miasta. Ulica raczej brzydka, urząd nieoznaczony więc pozostaje ufać znaczkowi na mapie. I udaje się. Docieram i kupuję bilet wstępu na Machu Picchu. Cena około 130 Soli. Paszport, albo dowód osobisty przy zakupie niezbędny. Bilet mam. Organizacja doskonała. Wszystko dzięki koledze Wójcikowskiemu. Nie myślcie sobie, że ja jestem taka wszechwiedząca. To jego rady i jego trasa, którą ja powtarzam. Dziękuję kolego.

Dzień jest fajny, więc trzeba trochę pozwiedzać.  Piesza wycieczka do kościoła Santo Domingo, który jak większość kościołów zbudowanych na tym terenie, powstał w miejscu, gdzie znajdowała się świątynia Inków. Hiszpanie przyjechali i zbudowali. Nie bez powodu. I nie tylko, żeby zniszczyć. To w tych miejscach, w tych w których były świątynie, jest podobno najlepsza energia, coś niezwykłego. I kolonizatorzy to wiedzieli. Tak tu mówią. Mi pozostaje wierzyć. Kościół, jak kościół. Ja chyba wolę takie miasto prawdziwe, z życiem prawdziwym. Więc…

Stoisko 160. Sok z Pomarańczy i mango. Potem zupa. Coś, jakby krupnik. Zupy to to, czego mi trzeba. Obiecuję sobie jeść je każdego dnia. A na deser galaretka. Pękam. Znowu. I mam wyrzuty sumienia, że tyle zjadłam więc wspinam się na Sachay Humane, ruiny królujące nad Cuzco, zwane przez miejscowych Sexy Women. Co pięć minut zaliczam przystanek. Moja kondycja ewidentnie osłabła przez pobyt na wysokościach. Nie żeby wcześniej była, jakaś wyjątkowa, ale teraz to masakra. Z trudem docieram na szczyt. Oczywiście za wejście trzeba zapłacić, a ja mam jakąś awersję do miejsc, za które trzeba płacić. Tak, Machu Picchu jest wyjątkiem. Nie, nie jestem chytra, tylko jakoś tego nie czuję. Idę więc na górę obok. I nie żałuję. Pasą się lamy. Podchodzi do mnie ciekawska owca. Cześć owco.

Widoki na miasto zapierają dech w piersiach. Siedzę i się gapię. A potem znowu jem. Gotowana kukurydza za jednego Sola. Nie wiem, czy to przez tą wysokość, ale jestem cały czas głodna, więc niedługo potem znowu wpadam do mojej starej Indianki na ryż z frużeliną. Tak w ramach kolacji. Chyba się wytoczę z tego Peru… Albo mnie wyniosą w indiańskim worku na plecach. Wszystko tu noszą w takich workach, znaczy w dobrze przewiązanych szmatach. Backpackersi przy nich wymiękają…

Wieczór spędzam z Wik, super fajną Meksykanką która zatrzymała się i trochę pracuje w moim hostelu. Dziś ma nocny dyżur na recepcji. Siedzimy i planujemy moją podróż po Meksyku. Co, gdzie, jak, kiedy. Nad morze, czy do miasta. Jeść, czy pić. Łazić, czy się opalać. Chyba już wszystko wiem. Nic się nie martwcie. Też niedługo się dowiecie. No i będzie meksykańska niespodzianka… Kto zgadnie jaka?!

Naszej rozmowie towarzyszy pijany w sztorc Rosjanin, który nie mówi słowa w innym języku niż swój i ledwo trzyma się na nogach. Po chwili dołącza się do niego równie dziwny, prawie siedemdziesięcioletni Włoch matematyk. Piją whisky. A my lekko przerażone zastanawiamy się, jak to się skończy. Panowie porozumiewają się za pomocą rysunków na białych karteczkach, co jest całkiem zabawne. Ale z każdą minutą są w gorszym stanie. Wik wyszukuje numer na policję i dzwoni do właściciela, tak na w razie czego. Siedzimy i czekamy, aż padną. Ale oni nie chcą paść! A zapomniałam dodać, że jestem z nimi w jednym pokoju! Super, co nie? Oni nawaleni i ja z nimi. Bombowo.

Na szczęście Wik się nade mną lituje i daje mi klucze od pokoju, który jest wolny. Uff… Wyśpię się. Cała sytuacja, ten długi wieczór sprawia, że dość szybko się poznajemy. Lubimy się. I co lepsze spotkamy się w Mexico City, bo Wik wraca, jak ja jeszcze tam będę. Czy jeśli znowu nazwę się szczęściarą, to będzie to nadużycie? Chyba nie.

Ale do Mexico City jest jeszcze trochę czasu. Dziś pora jechać do Ollantaytambo. Łapię taksówkę, rupiecia w wersji Tico, i za 3 Sole jadę na ulicę Pavitos skąd odchodzą autobusy w kierunku Ollantaytambo. Ledwo wydostaję się z Tico i już zaczepia mnie gość, pytając czy może jednak nie mam ochoty jechać do Ollantaytamnbo tzw. colectivos, czyli zbiorczą taksówką. Jasne, że mam. Za 10 Soli. Wszystko lepsze niż autobus. Czekamy jakieś 15 minut, van pełny, ruszamy. Pokonujemy zakręty, góry i pagórki, wioski i miasteczka. Jest bajkowo. Bardzo zielono. Na szczytach w oddali widać śnieg. No wreszcie dojeżdżamy. Wyskakuję z vana na środku placu i ruszam na poszukiwanie swojego hostelu – Sumac Chaska. Nie jest to trudne bo Ollantaytambo, zwane w skrócie Ollantą, jest małą wiochą. Hostel uroczy. W jego prowadzeniu pomaga Mary, Angielka która przyjechała tu 7 miesięcy temu, zakochała się i już nie wyjechała. Ach ta miłość. Biorę pokój wieloosobowy, za 25 Soli, w którym jestem sama. Generalnie w miasteczku na noc zatrzymuje się niewielu turystów, więc z miejscem do spania raczej nie ma problemu.

A teraz jest już późne po południe, więc co? Pora coś zjeść. Ruszam na poszukiwanie targu i zupy, i się udaje. Nie ma, jak obiad za 2 Sole. I to smaczny obiad. A teraz spacer. Nie za długi, bo rano trzeba wstać, ale plączę się trochę wąskimi, brukowanymi uliczkami, które przeznaczone są tylko dla pieszych. No ewentualnie dla rowerów. Wokół góry. Z każdej strony. Zielone, a daleko daleko na horyzoncie widać jeden ośnieżony szczyt. Ollanta leży w dolinie, co dodaje jej jeszcze więcej uroku. Jest naprawdę totalną wiochą, ale takiej wiochy szukałam. Wiochy z klimatem. Siadam na dachu hostelu i nie myślę o niczym. Jest mi po prostu dobrze.

Pobudka!!! Wybiła 6:00, a o 7:00 pociąg do Aguas Calientes. Zaspana, jak szczeniak drepczę w kierunku dworca. Jakieś 20 minut wolnym krokiem. Kupuje u Indianki kanapkę z serem i kawę. I czekam na hasło konduktora, żeby wsiadać. Pociąg odjeżdża o czasie. Czy to cudowna trasa? Może być. Miejscami można poobserwować rwącą rzekę, na której skraju położone jest torowisko. Jest ładnie, pociąg nówka sztuka, ale żeby ta wycieczka była warta tych pieniędzy? Polemizowałabym. Swoją drogą, ciekawe gdzie te wszystkie pieniądze idą, bo wokół bieda straszna.

Aguas Calientes przypomina mi trochę malezyjskie Tanah Rata. Pamiętacie obskórne miasteczko położone w okolicy przepięknych pól herbacianych, o którym Wam opowiadałam? W każdym razie – tu jest podobnie. Betonowe bezguście, tak bym to opisała. Nic nie zdradza, że bardzo, bardzo blisko jest jedno z najbardziej zachwycających miejsc na świecie. Nic, a nic. Z dworca wychodzisz prosto na targowisko, gdzie oczywiście chcą ci wszystko sprzedać i oczywiście cena specjalnie dla ciebie jest super wyjątkowa. Szybko przemykam, prawie niezauważona. Szukam hostelu, żeby zostawić plecak i ruszyć na Machu. Coś znajduję. Nic szczególnego, ale niech będzie chociaż za 50 Soli standard powinien być nieco lepszy…

Za oknem świeci słońce. Kupuję butelkę wody i idę złapać autobus. Lenistwo? Że niby powinnam się wdrapać na Machu sama? A mi się samej nie chce. Kupuję więc bilet w te i spowrotem, i staję w kolejce. Bilet to jakieś 20 Soli. Autobusy odjeżdżają, co kilka minut. Organizacja idealna. Autobus rusza i snuje się krętą dróżką w górę, do celu. Zakręt za zakrętem. W niektóre ledwo się mieści, ale wreszcie po jakiś 30 minutach dojeżdża. Jest mały tłumek, ale bez przesady. Wyciągam mój bilet, ten który kupiłam w Cusco, Pan odrywa kupon, przepuszcza mnie przez bramkę no i jestem. Witamy na Machu Pichu! Tak tak mili Państwo – Machu Pichu w pełnej okazałości.

Skaczę sobie po skałkach, przeciskam się między ścianami, schodzę kilka stopni w dół, a teraz wchodzę kilka w górę. Obserwuję misternie ułożone konstrukcje. Kamyczek idealnie spasowany z drugim kamyczkiem. Perfekcyjnie konstrukcje domów, które zachowały się w idealnym stanie przez tyle lat. Brakuje tylko dachów, ale te ze strzechy zazwyczaj mają kiepską trwałość. Ale dopiero, jak wchodzą na górę i widzę wszystko, w pełnej okazałości to dopada mnie to uczucie. Łzy stają w oczach, serce zaczyna bić szybciej i szybciej, dolna szczęka powoli opada wpuszczając do płuc większą dawkę powietrza, która nie ukrywam się przydaje. Kąciki ust powoi się podnoszą i na mojej twarzy rysuje się najbardziej szczery uśmiech. Czy wyglądam, jak kretyn? Nie wiem, co się dzieje. Tu chyba trzeba być, żeby to poczuć. To jest coś nie do opisania słowami. Coś jest w tym miejscu magicznego, zaczarowanego. Nie bez powodu w końcu to tu Inkowie zbudowali swoje miasto. Patrzę na pagórek z drugiej strony. To Wayna Picchu. Można tam wejść i stamtąd widok musi być dopiero boski. Ale ja pękam… Lęk wysokości plus samotność. Następnym razem, z kimś, sama nie. A następny raz na pewno będzie. Wiem to.

Zostaję więc na mojej polance z widokiem na Machu. Siedzę i wysyłam tacie imieninowego smsa prosto z Machu Picchu. Ucieszyłeś się tatusiu? Mam nadzieję, że udało mi się przekazać drogą telefoniczną chociaż odrobinę tej energii. Energii, którą chłonę garściami. Przez 3 godziny. Siedzę w jednym miejscu. I wcale nie chcę się ruszyć. Do tego wszystkiego pogoda jest, jak drut! Jestem farciarą wielką, bo aktualnie jest pora deszczowa i na Machu praktycznie każdego dnia po południu pada. Dziś niebo powstrzymuje się jednak przed wybuchem płaczu, dzięki czemu ja mogę się opalać na Machu Picchu. Po prostu. Dziękuję Ci niebo. Życie jest piękne.

Do Aguas Calientes wracam autobusem i idę na piwo. Średnio tu jest, ale jutro rano mam już pociąg. Na szczęście. Jadę jeszcze na jedną noc do Ollanty. Czuję, że mnie wzywa. A dopiero potem do Cuzco. No to, co?  Pora spać. Dobranoc. Słodkich snów. Jutro ciąg dalszy opowieści o magicznej krainie.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.

Zastanawiasz się, nad podrożą dokoła świata?

Mam dla Ciebie 16 powodów, dla których powinieneś wyjechać jeszcze dziś!