Australia zazwyczaj kojarzy się z kangurami i koalami. Pingwiny to jedne z ostatnich zwierząt, jakie przychodzą nam na myśl, gdy marzymy o szerokich plażach, operze w Sydney, palmach i rafie koralowej. A jednak… natura, jak zawsze zaskakuje. 

To był wyjątkowy wieczór. Przyleciała moja przyjaciółka, mój pierwszy gość z Polski, pierwsza osoba która przyjechała tu dla mnie, pierwsza osoba której mogłam pokazać swoją Australię no i trochę potestować, przyznaję się, sprawdzić co jest fajne, a co nie nie, i czy umiem zorganizować komuś niezapomniane wakacje.

Zaczynamy od Melbourne i okolic. Jest środek wiosny, właściwie to już prawie lato, listopad, ale pogoda się nie popisuje. Bo w Melbourne mówi się, że jeśli coś ci w pogodzie nie pasuje, poczekaj 5 minut, zaraz się zmieni. Cztery pory roku jednego dnia, to norma, nikogo to nie zaskakuje, trzeba być przygotowanym na wszystko. Ale takiej niespodzianki to i ja się nie spodziewałam! Było 12 stopni, lał deszcz i wiał przeszywający wiatr. Dawno tak nie zmarzłam! A co dopiero ma powiedzieć biedna Aneta, która przyjechała tu się schronić przed polską zimą?! Tego listopadowego dnia w Polsce było cieplej niż w Australii. Tak. To nie są żarty.

Phillip Island

Phillip Island, Melbourne

Ubrani na cebulkę we wszystkie bluzki, bluzy i swetry pożyczone z szafy Sama brata, najedzeni pożywnym polskim obiadem w postaci pierogów w trzech smakach, z czapkami naciągniętymi na uszy, ruszamy na Phillip Island. Dołącza do nas jeszcze moja koleżanka, przyjaciółka z dzieciństwa, która aktualnie podbija Australię na wizie work&travel. Jest super! A dzisiejszy wieczór spędzimy w towarzystwie… pingwinów. Nie tego się spodziewaliście po Australii?

Jedziemy powoli krętymi drogami, ciesząc się na każdy promyk słońca przebijający się przez gęste chmury. „Oby tylko nie padało. Niech już będzie zimno, trudno, ale oby nie padało”, myślę sobie, zresztą chyba myśli tak każdy z nas…

Ogrom Oceanu

Phillip Island leży jakieś dwie godziny drogi od Melbourne i połączona jest z lądem długaśnym mostem. To dość popularny punkt wypadowy na jednodniowe wycieczki z Melbourne i jedna z fajniejszych atrakcji turystycznych w okolicy. Bo na wyspie Filipa się dzieje. Jest tor wyścigowy, na którym przez lata odbywało się australijskie samochodowe Grand Prix, a dziś ścigają się tu na motocyklach seksi motocykliści. Jest zoo, i to nie jedno, można spotkać koale i kangury, można w naturze podglądać kolorowe ptaki, można na wybrzeżu poobserwować foki, albo popłynąć na spotkanie z wielorybami. Phillip Island to też piękne wybrzeże i szerokie plaże, i jedno z najlepszych w Australii miejsc na surfing. Więc jeśli chcielibyście spróbować tego sportu, to Philip Island może być dobrym rozwiązaniem. Nie brakuje tu szkół dla profesjonalistów i amatorów, a fale prawie nigdy nie zawodzą.

Parada Pingwinów

Parada pingwinów

Ale największą atrakcją na wyspie są zdecydowanie pingwiny. Co wieczór, setki turystów niecierpliwie wypatrują pingwinich rodzin, bo gdy słońce powoli chowa się za horyzontem, zaczyna się niezwykła parada (Penguin Parade), pingwinki nieśmiało wypływają z oceanu i pokracznie idą przez piaszczystą plażę, wprost do swoich norek.

Do zmroku mamy jeszcze chwilę, więc robimy szybki objazd wyspy i wiecie co? Nawet na chwilę wychodzi słonce, czyżby nadzieja na przejaśnienie?

Około 19:00 zmykamy na paradę! Nie pada. Juhu! Odbieramy bilety (koszt to $24 od osoby, bilety można kupić online tutaj) i idziemy się dokształcać. Będziemy wiedzieć wszystko o australijskich pingwinach. I Wy też!

Na świecie jest ich 17 gatunków, wszystkie żyją na południowej półkuli, ale Pingwinka Małego (Little Penguin lub Fairy Penguin) można spotkać jedynie u wybrzeży Nowej Zelandii i na południu Australii, od Perth na zachodzie, przez Tasmanię, aż po Sydney wschodzie.

Te urocze ptaki wodne mają mają maksymalnie 33 centymetry wzrostu i ważą zaledwie kilogram. Gigant, co? 🙂 Żyją w małych norkach w pobliżu oceanu, ale większość dnia spędzają w wodzie polując na ryby. Wyruszają przed wschodem słońca, a wracają gdy robi się ciemno. Czemu? Żeby uniknąć ataku drapieżników. Pingwinek Mały jest bowiem na lądzie dość bezbronny. Jego skrzydła zmieniły się w czasie ewolucji w płetwy, a nóżki mają jakieś 6 cm, więc szanse na ucieczkę wydają się być dość kiepskie.

Za to w wodzie radzi sobie świetnie. Jego grzbiet ma kolor ciemnogranatowy (Pingwinek Mały nazywany jest czasem Błękitnym), a brzuszek biały, żeby dobrze kamuflować się podczas pływania. Nurkując porusza się z prędkością do 4 km/h, może wstrzymać oddech na prawie 2 minuty, a dziennie przebywa dystans od 15 do nawet 50 km. Potrafi także dać dość głębokiego nura, największy zmierzony miał 70 metrów!

Dokształceni i zaopatrzeni w popcorn, zmierzamy w kierunku plaży. To tam przygotowane są specjalne ławki, z których się średnio wygodnie rozsiąść i obserwować. Gdy zachodzi słońce, one wychodzą, cofając się co chwila w obawie przed okrutnymi predatorami, znaczy się mewami. Każdego dnia wypływa ich na ląd ponad tysiąc. Widzimy pierwszego i drugiego, trzeciego czwartego. Czyżby był i Kowalski?! Emocje rosną, a potem zaczyna lać.

Pingwin na Phillip Island

Na paradzie pingwinów zawsze jest zimno, więc pamiętajcie o kurtkach, czapkach, rękawiczkach, ale jak pada to już nic nie pomoże. Przywdziewamy deszczówki w formie wielkich reklamówek za $5 (zdzierstwo) i twardo siedzimy. Przez 10 minut. Lekko zwiedzeni zmywamy się pod daszek, skąd można śledzić pingwinki kroczące kaczych chodem po wydmach w poszukiwaniu swoich domków. I jedyne, o czym marzymy to gorąca herbata i koc. Przemarzliśmy. Było fajnie, ale do cholery jasnej, mogłoby chociaż nie padać!