Przed wyjazdem w podróż dookoła świata nie przeczytałam ani jednego przewodnika. Zupełnie świadomie odrzuciłam je w kąt. Ale nie dlatego, że są do dupy… 

widoki na Whitsundays i Julia

Przewodnik to, zgodnie z definicją Słownika Języka Polskiego, książka podająca wiadomości z historii, geografii danego regionu i zawierająca informacje praktyczne. Na zdrowy rozum – każdy powinien przestudiować taki i zabrać go ze sobą wyjeżdżając na wakacje.

Ruszając w podróż dookoła świata i nie przeczytałam w całości żadnego i żadnego też ze sobą nie zabrałam. Czytanie przewodników po prostu mi nie podchodziło; rzadko który był przejrzysty, a prawie każdy – sugestywny. Szybko zorientowałam się, że zdobywanie tej skądinąd cennej wiedzy w nich zawartej, zaczyna mnie na coś ukierunkowywać i zdradzać tajemnice, których nie chciałam jeszcze znać. Książki kartkowałam więc szybko i odkładałam na półkę. W artykułach i blogach szperałam pobieżnie. W efekcie – byłam totalnie nieprzygotowana. Ale zrobiłam to zupełnie świadomie.

Czemu? Nie – nie uważam, że przewodniki są do dupy, bo przy innych wyjazdach zaglądam do nich częściej i niektóre są genialne. Chociaż przyznam, że przewrotnie wolę je czytać po powrocie, a fanką sławnego „LP” nie jestem.

I nie – nie jestem totalną ignorantką, nie mającą szacunku do innych kultur. Jestem osobą o otwartym umyśle, zawsze i wszędzie starającą się poszerzać swoją wiedzę w różnych dzidzinach, która zawsze stara się zachować taktownie, nawet jeśli nie wiem co „taktownie” znaczy tam, gdzie jest.  Nie uważam, że „wpadki” w różnych dziedzinach to zupełna katastrofa – uczenie się na błędach i mówienie „przepraszam”, gdy zrobi się coś nie tak, to składowe życia.

W podróż dookoła świata pojechałam bez przewodnika, bo…

 

Bo są ludzie, których trzeba spotkać i miejsca, które można zobaczyć.

 

Ta myśl przyświecała mi od samego początku. Moja samotna, kilkumiesięczna wyprawa to była podróż do ludzi i najzwyczajniej – nie obchodziły mnie znajdujące się po drodze atrakcje. A o czym można poczytać w przewodnikach? Przede wszystkim właśnie o tych miejscach, które po drodze obowiązkowo trzeba zobaczyć!

Możecie mi wierzyć, albo nie, ale tak właśnie było – nie miałam listy „naj” i punktów na trasie, które koniecznie musiałam odhaczyć. Absolutnie nie chodzi o to, że omijałam je szerokim łukiem, bo uważam, że tylko hucznie zwana „podróż poza szlakiem”, jest podróżą prawdziwą. Nie.

Zbiegiem przypadków, dzięki poznanym w drodze ludziom, wylądowałam w wielu tych sławnych miejscach, które znajdują się właśnie na przewodnikowych listach. I wiecie co? Oglądanie ich, często bardzo turystycznych zakamarków, to zazwyczaj była czysta przyjemność. Nieplanowana.

W podróż dookoła świata wyjechałam z niezapisaną nawet ołówkiem kartą, bez nastawiania się na to, co mnie czeka i z głową otwartą na to, co wydarzy się po drodze. Wyjechałam poznawać ludzi i zobaczyć świat ich oczami.

Udało się.

Nie namawiam Was, żebyście wyrzucili przewodniki do kosza (o nie!), ale namawiam Was, żebyście przynajmniej raz wyjechali w ciemno. Bez planu, bez wiedzy, popełniając błędy i ucząc się po drodze. Namawiam Was, żebyście wyjechali do ludzi…

Bo są ludzie, których musicie spotkać, żebyście trafili w miejsca, które musicie zobaczyć.