Nadszedł ten dzień. Nie wiem, co napisać. Nie wiem, jak zacząć. Od czego zacząć. Czy napisać Wam prawdę, półprawdę, czy nieprawdę. Może po prostu napiszę, jak było. Ale ostrzegam – to będzie emocjonalna mieszanka! Odjazd. Czas start.

Tahiti i Moorea podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

płaszczki przy brzegu

Wspomnienia z Polinezji Francuskiej

Lot AucklandPapeete. Lecę na Tahiti, do Polinezji Francuskiej. I czuję się, jak w szejkerze. Nie dość, że mam kaca? To nie wystarczy? Musi tak do cholery trząść! Największe turbulencje, jakie kiedykolwiek przeżyłam. Dwa podejścia do lądowania. Jak to się mówi? Myślałam, że narobię w gacie? Tak myślałam. A potem cudowne przywitanie – burza i ulewa. Dobrze się zaczyna? Nic się nie martwcie, zaraz będzie jeszcze lepiej. Bankomat odrzuca moją kartę. Spróbuję drugą. Też odrzuca. Ok, ostatnia, podejście numer trzy. I zonk. Karty nie działają. Oł je! Takiego właśnie przywitania oczekiwałam od rajskiej Polinezji. Po raz pierwszy przydają się moje dolary schowane na czarną godzinę. Mamusiu dziękuję! Wymieniam sto, żeby mieć jakąkolwiek gotówkę. I szukam pana z kartką „Julia Raczko”. Znajduję pana z kartką „Julia Razcko”, ale wnioskuję że chodzi o mnie. Poznajcie Fredercia – właściciela hostelu, w którym się zatrzymam. Te Miti to najfajniejsze miejsce w jakim do tej pory spałam! Wreszcie w łóżku… I jutro znowu będzie niedziela.

Jest słońce! Uff! I jest pyszne śniadanie. Bagietki, dżemy, kawa i owoce z ogrodu. Wszyscy jedzą razem, goście i właściciele. Atmosfera jest bardzo rodzinna i bardzo francuska… Wszyscy mówią po francusku właśnie i w większości są z Francji. A ja po 6 miesiącach nauki tego języka umiem się tylko przedstawić i powiedzieć, że ma 13 lat, bo tyle miałam jak się uczyłam i tak mi jakoś zapadło w pamięć. Więc pogadać mogę tylko z Fredericiem i jego żoną Christelle. Są tu od 27 lat. Przenieśli się z Francji. Zdecydowali się żyć szczęśliwie. I mają swój pensjonat. Mówią dobrze po angielsku, żyją razem z ludźmi, którzy ich odwiedzają. Są super mili, super pomocni i mają super drzewo z owocami mango. Mniam! Mają też drzewa z awokado i grejpfrutami jeśli Wam mało… Podoba mi się!

Ok. Jak jest słońce to idę się opalać. Zbladło mi się ostatnio. Jest bliziutko na podobno najładniejszą plażę na Tahiti… Ech… Nie skomentuję. Znaczy skomentuję – plaże na Tahiti nie są ładne. Po prostu. Są małe, w większości kamieniste, albo czarne i są na nich psie kupy. O. No, ale są za to piękne rafy i krystaliczna woda. Niestety nie teraz… Padało przez ostatnich kilka dni. Woda lekko zamulona. Snorkling odpada. Znajduję w miarę bezludny, trochę czystszy kawałek terenu i leżę. Jak placek na patelni. Od czasu do czasu zanurzam się po szyje w wodzie, bo gorąco… Cztery godziny mi starczą. Nie ma, jak lenistwo. Bosko.

W pensjonacie poznaję Nataszę i Karolinę. Wynajmujemy razem auto. 6500 CFP, czyli jakieś 60 euro za dzień. Najtaniej na wyspie. To najlepszy i tak naprawdę jedyny sposób na zwiedzenie okolicy. Można wziąć też przewodnika, ale to kompletnie mija się z celem. W ciągu kilku godzin wyspę można przejechać wzdłuż i wszerz. Ruszamy. I zaczyna padać. Lać. Tahiti w deszczu. Końca nie widać.

Wyskakujemy na chwilę przy małej jaskini. Potem na czarnej wielkiej plaży. I snujemy się dalej w strugach wody. Środek wyspy jest cudowny, magicznie zielony. To zieleń nie do opisania słowami. Góry o zagadkowych kształtach przykryte są chmurami. Niestety. Dojeżdżamy na mniejszą część wyspy, taki jakby cyndzelek, Tahiti Iti. Najpierw zaliczamy jedno wybrzeże. Nic ciekawego. Zawracamy, bo droga się kończy, nie można przejechać wokół. Wjeżdżamy na górę. Widok byłby pewnie cudowny gdyby nie to, że widoczność jest nieco ograniczona… Mgła, chmury, deszcz. Nic nie widać. Absolutnie zero. Ale magia jest. Nawet w deszczu.

Zjeżdżamy na dół i zaliczamy drugie wybrzeże. I tu jest fajnie. Jest mnóstwo wodospadów. No i nawet na chwilę wychodzi słońce, znaczy przestaje kapać z nieba. Z tym słońcem to przesadziłam. No i teraz powrót drugą stroną wyspy – Tahiti Nui, w kierunku Papeete, czyli stolicy. Ocean wzburzony na maksa. Fale przerażające. Pada znowu. I ja znowu nie mogę wyjąć pieniędzy z bankomatu. Próbowałam w trzech różnych sieciach. Jestem uziemiona! Ratunku! Nie chcę tu zostać na zawsze! To nie jest raj… Trochę jestem sfrustrowana. Przyznaję.

Ale… Kochani, mają tu przynajmniej dobre piwo. Hinano rządzi. I chyba będzie rządziło przez następnych kilka dni… W Polinezji Francuskiej pada podobno od 2 miesięcy. To najgorsza pora deszczowa od lat. Natasza jest tu od dwóch miesięcy właśnie. Pada odkąd jest. Miewa stany depresyjne. Ja będę alkoholiczką. Jak to powiedział mój kolega z Brisbane: „French Polynesia… The place for tropical beaches and palm trees… Nuh the place for drinking beer and hanging out at bars for Juli!”. Cóż, nie mogę się nie zgodzić… Trochę mi to pasuje.

Dzień czwarty. Odhaczam w kalendarzu. Jestem uratowana. Dziękuję za wsparcie psychiczne i językowe dziewczyny! Udałyśmy się do banku i wypłacili mi pieniądze prosto z konta. To było takie proste. Po co tyle stresu? Po prostu bankomaty nie chcą ze mną współpracować. Banki chcą na szczęście. Oto proszę lekcja z podróży. Primo – mieć ze sobą zawsze jakieś dolary, albo euro na tzw. czarną godzinę. Secondo – jak coś nie działa to iść do banku. I po sprawie.

Chwilowo deszcz zawiesił działalność. Łazimy więc po Papeete. I jestem w szoku, jak bardzo zniszczone jest to miasto! Budynki popadają w ruinę, lata świetlności mają dawno za sobą. Idziemy na targ. Fajny. Kolorowy. Owoce. Jedzenie. Chusty. Muszę kupić pocztówki. I wiecie co? Mam problem! Ogromy. Pocztówki pokazują piękne piaszczyste plaże, słoneczną pogodę, a tu tak nie jest. Pocztówki kłamią… W końcu łapiemy autobus do Te Miti, co nie należy do rzeczy prostych, bo na Tahiti coś takiego, jak rozkłady jazdy nie istnieje. Musimy wsiąść do autobusu z pomarańczowym paskiem. Oczywiście do tego, do którego wsiada najwięcej ludzi, i który jeździ najrzadziej… Hej przygodo! A, zapomniałam dodać – znowu leje. Bosko.

Będzie dłuższa wycieczka. Pakujcie plecaki. Moorea to taka wyspa najbliżej Tahiti. Na inne się niestety nie mogę wybrać. A Bora-Bora mi się marzy… Jestem tu za krótko. Loty na wysypy są zazwyczaj raz w tygodniu, a jak pogoda jest sztormowa to czasem loty odwołują. Nie chciałabym gdzieś utknąć. Promem długo i pogoda też nie najlepsza na takie przeprawy. Cargo można jeszcze płynąć, ale to już w ogóle wieki. Po za tym niełatwo się załapać, bo biorą tylko po 12 osób. Ale żeby tego było mało to – Polinezja Francuska jest paskudnie droga. Więc razem z Nataszą płyniemy na Mooreę. Mamy szczęście. Dziś jest promocja i prom w dwie strony kosztuje 1700 CFP. Normalnie kosztuje 3000 CFP, więc zaoszczędzimy prawie połowę. Przeprawa trwa jakieś 30 minut. Promy pływają każdego dnia. W tą i spowrotem. Łatwo się przedostać. Tylko buja, bo fale są, więc całą drogę się gapię w niebo i myślę o tym, żeby nie puścić, kolokwialnie mówiąc, pawia. Sukces. Udało się go wykiwać. I wreszcie moim oczom ukazują się zielone szczyty wystające poza chmury. Moorea wygląda intrygująco, tylko gdzie jest James Bond…?

Wskakujemy do autobusu. Wokół jeżdżą dwa. Jeden w prawo, drugi w lewo. Spotykają się w połowie i wracają do portu. I to cała komunikacja, jaką można tu znaleźć, a wyspa nie jest taka mała… I wiecie co? Będzie wątek miłosny. Tak, żebyście nie zapomnieli że jestem zakochana w pewnym kangurze 😉 Moorea ma podobno kształt serca. Taka ciekawostka. Ok, zanim wskoczymy do autobusu… Ał! Polinezyjska pszczoła ugryzła mnie w palec wskazujący wiadomo, co… Puchnie w sekundę i boli, jak sk…..! Na szczęście wyciągam żądło, więc opuchlizna szybko schodzi. Takie mam tu przygody. Zapamiętam cię Polinezjo Francuska na długo.

W każdym razie – jedziemy. Bilet 300 CFP. Zatrzymujemy się w podobno najtańszym miejscu na wyspie. Płacimy po 2200 CFP od łebka za pokój dwuosobowy. Camping Nelson. Jesteśmy my i dwóch kolesi, a miejsc jest chyba na 50 osób. Pustki moi drodzy. Moorea lekko wymiera. Nie da się ukryć.

Ale dziś będzie rozrywkowy wieczór – jedziemy na kolacje i przedstawienie lokalnego tańca do Tiki Village. Taka turystyczna rozrywka, nie najtańsza bo kosztuje jakieś 10 000 CFP, ale… Jak pada to chyba jedyne, co można tu robić. Po za tym jest fajnie. Dowiaduję się, co nie co o historii i kulturze rdzennych mieszkańców Polinezji, jako takiej. Bo Polinezja Francuska to tylko fragment całej Polinezji. Sama Polinezja jest naprawdę wielka – zaczyna się od Nowej Zelandii, tak NZ to też Polinezja, kolejny narożnik to chilijska Wyspa Wielkanocna, a trzeci to Hawaje. Tak, Hawaje to też Polinezja. Mała lekcja geografii. Przynajmniej dla mnie, bo trochę już zapomniałam ze szkoły…

I o tatuażach też się dużo dowiaduję. Tatuaże oryginalnie pochodzą z Polinezji właśnie i każdy tatuaż ma głębokie znaczenie. Nigdy się tym nie interesowałam, ale teraz chyba zacznę. Są pewne zasady robienia tatuaży, których trzeba przestrzegać. Ja mam jeden tatuaż. Bardzo go lubię. Taką obrączkę na lewej ręce, kwiat narysowany specjalnie dla mnie. Pewnie widzieliście już na niejednym zdjęciu. I czego się dowiedziałam o swoim tatuażu? Że ma dobrą energię, bo nie jest zamknięty. Tatuaże w stylu obrączki na ręce, czy nodze nie mogą być zamknięte, bo tym sposobem podobno zamykamy siebie na nowe doświadczenia, ograniczamy swoje życie. Więc dziękuję Batoon za tatuaż z przyszłością! Myślę o następnym…

Teraz czas na kolację. Możemy jeść i pić do woli, ale tutejsza kuchnia mnie nie zachwyca… No i wreszcie – pokaz tańca! To jest historia oczywiście o czym? O miłości, która nie powinna się wydarzyć. Tańczą super, śpiewają, mają piękne stroje, a na koniec, błagającym tonem proszą o reklamę… Na wyspie jest coraz mniej turystów, wioska lekko się rozpada, widać że była fajna jakieś 15 lat temu, no i miejscowi boją się o swoją pracę, bo bezrobocie rośnie tu gwałtownie. W związku z tym – jak będziecie na Moorei koniecznie odwiedźcie Tiki Village! To punkt obowiązkowy, który pomoże zatrzymać pamięć o Polinezji sprzed lat.

Taka jest prawda o tym miejscu. Polinezja Francuska była rajem kilkanaście lat temu, nie wątpię. Wtedy wszystkie budynki, hotele, drogi były nowe. Ludzie mieli pracę, było dużo turystów i każdy dzień był błogi. W 2002 roku Francja, do której należą tereny Polinezji Francuskiej, przestała przeprowadzać tu testy nuklearne i przestała dofinansowywać wyspy. I wtedy się zaczęło, a potem kryzys w Stanach, i w Europie, i wszystko leci na łeb na szyję. Ośrodki są zamykane tak, jak np. Club Med na Moorei. Od 10 lat stoi pusty i niszczeje. Taki hotel widmo. Scary. Planują też zamknięcie hotelu Sofitel na Tahiti. Jest pełno opuszczonych sklepów, jest brudno, na ulicach plączą się bezdomne psy i zaczyna robić się niebezpiecznie, bo ludzie są po prostu biedni. Jestem w szoku. Rzeczywistość jest brutalna.

I nagle wszystko gaśnie. Była burza. Nie ma prądu. Nie ma zasięgu w telefonie. Jest czarno, jak w dupie. Totalnie. Na całej wyspie. Siedzę w pokoju z Sabby, moją nową koleżanką z Anglii. Natasza już wyjechała. Siedzimy i pijemy rum z colą. I stwierdzamy, że właśnie tak chyba musi być w więzieniu. Cztery ściany, totalna cisza, za oknem mrok. I nic nie możesz zrobić.

Rozpoczyna się kolejny dzień. Słoneczny dzień. Na to czekałam! Jak wychodzi słońce to Moorea staje się rajem! RAJEM! I teraz obrazki zgadzają się z tymi z pocztówek. Jednak nie kłamali… Dałam się zwieść pozorom. Do brzegu podpływają dwie płaszczki. Woda jest krystalicznie czysta i wreszcie spokojna. Niebo delikatnie błękitne. Słońce czyni cuda.

Piję zimne piwo. Jest 10:00 rano. Wznoszę przez skajpa toast za zdrowie mojego przyjaciela. Siedzicie przy jednym stole, w Garażu u mojego taty i świętujecie. Jesteście razem i nie wiem, czy to doceniacie… A ja Was proszę – doceniajcie i wykorzystujcie każdą chwilę na spotkanie. Nawet nie wiecie ile bym dała, żeby być dziś z Wami… Mimo, że jest tu pięknie. Karolos – sto lat jeszcze raz! Odbijemy, jak wrócę. Szykujcie się!

Pora wracać na Tahiti. Mam prom o 15:00. Muszę złapać autobus o 13:00, żeby spokojnie dojechać. Ale… Autobus po prostu nie przyjeżdża. To norma. Wszystko działa, jak chce. Na szczęście jest kolejny prom o 16:50 i tym razem udaje mi się załapać. I jest piękny zachód słońca! Piękny! Piękny, piękny, piękny! Tylko teraz mam kolejny problem. Nie ma już autobusów z Papeete do mojego pensjonatu, Ti Miti. Co mi pozostaje? Łapać stopa. I mam szczęście, tyle że kierowca jest kompletnie pijany… Ale miły i podwodzi mnie pod same drzwi, mimo że mieszka daleko stąd. I to chyba plus tego, że był pijany. Jedyny. Trochę się bałam.

Ostatnie dni na Tahiti spędzam z Dejwem. I to jedna z najfajniejszych znajomości, jakie tu zawieram. Dejw jest około siedemdziesiątki i utknął w Polinezji na jakiś czas. Kiedyś napiszę Wam czemu, to nieco skomplikowane. Ma dom W Hiszpanii, w Anglii, w Nowej Zelandii i wszędzie mieszka po trochę. I ma w kapeluszu miliony super ciekawych historii. Historii na książkę. Słucham go z zapartym tchem i koduję. Rozmawiamy godzinami, jemy wspólne obiady, idziemy razem na plaże, jedziemy do miasta, pijemy oczywiście piwo.

Dejw przypomina mi trochę tatę. Tato bardzo za Tobą tęsknię!!! Bardzo. Nawet nie wiesz, jak bardzo… I pewnie dlatego, tak mi dobrze w towarzystwie Dejwa. Taka namiastka, niby niewiele, a jednak aż tak wiele… Chcę do domu. Albo do Australii… 😉 Na szczęście mam szczęści. Do ludzi. Do ludzi, którzy sprawiają, że uśmiecham się od ucha do ucha. Nawet jak leje deszcz.

Ech… Miało być krótko i na temat, a wyszło jak zwykle, albo i dłużej… Przepraszam. Pisałam to 4 dni i chyba to najbardziej chaotyczna historia, jaką urodziłam. Za to bardzo szczera. Mam nadzieję, że jakoś się czytało, jeśli dotarliście do tego punktu 🙂

Czas na kolejny kontynent. Lecimy do Chile. Szykujcie paszporty! Hola! Będzie wspaniale. Ja już to wiem.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.

Boisz się wyjechać w samotną podroż?

Nie ma się czego bać. Oto 18 powodów, dla których powinieneś to zrobić jeszcze dziś.