Chcę dokończyć tą podróż. Chcę poznać ludzi, których mam poznać i zobaczyć miejsca, które mam zobaczyć. Jeszcze trochę przede mną. Nie będzie łatwo, o nie. Moje serce zostaje w Australii. Łzy wylewam wiadrami. Będę tęsknić. Bardzo. Ale z drugiej strony jestem teraz najszczęśliwszą osobą na świecie i wiem, że będę mieć z tej podróży jeszcze większą frajdę, niż miałam wcześniej. Jedziemy dalej, zgoda?

Auckland podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

łódki i wieżowce

Wspomnienia z Auckland

Po powrocie z Tasmanii mamy dla siebie jeszcze kilka dni. Nie muszę chyba pisać, że to cudowne dni. Najcudowniejsze. Spędzamy trochę czasu w Melbourne, idziemy na fantastycznego grilla do znajomych, jedziemy nad jezioro, chowamy się przed deszczem w Brisbane. Uśmiechamy się do siebie, robimy domową pizzę, staramy się dokończyć oglądanie Avatara, pijemy poranną kawę na tarasie. Nie wiem, co takiego było w tej kawie, zwykła rozpuszczalka z mlekiem, a jednak… Odpowiednie miejsce, czas, osoba obok i rozpuszczalka zyskuje smak najlepszego włoskiego espresso. Mniam. Dużo rozmawiamy, dużo myślimy… Może zostanę jeszcze trochę? Tydzień dłużej? Nie ma miejsc w samolocie do końca marca. Niestety, nie jest nam to pisane. No to kiedy znowu się zobaczymy? Gdzie się spotkamy? Siedzimy godzinami przed mapą. Mamy pewien pomysł, ale to na razie tajemnica. Będzie kolejna niespodzianka. A! I też będę mieć taką mapę! Pozazdrościłam Ci!

Tymczasem pora się pożegnać. Oszczędzę Wam opisu rozdzierającego moje serce na kawałeczki bólu, kiedy patrzymy sobie ostatni raz w oczy… Niedługo odlatuje mój samolot do Nowej Zelandii. Wracam do Auckland, żeby móc lecieć do Polinezji Francuskiej, Chile, Peru, na Kubę i do Meksyku, kontynuować podróż na moim bilecie. Świat czeka. Do ostatniej sekundy waham się, czy wsiąść do samolotu. Ryczę, jak bóbr i… Wsiadam. Do zobaczenia kolego z Brisbane. Do zobaczenia, jak najszybciej… W ciągu zaledwie miesiąca stałeś się najważniejszą osobą w moim życiu. Pamiętaj o tym. Pamiętaj o mnie. Pa pa.

Przekrwione oczy, wory jak po kilku nieprzespanych nocach, tępy wzrok i dwa zielone plecaki. To ja. Juhu! Jestem tu! Siedzę na ławce w Auckland i czekam na autobus. „Do you know when the bus is coming?”, pyta dziewczyna i siada koło mnie. Autobusy z lotniska do miasta jeżdżą 24h na dobę, więc nie martwcie się jak kiedyś tu będziecie. Komunikacja jest banalna. A, poznajcie Darię, moją nową koleżankę z Kolorado. Daria jedzie do tego samego hostelu, co ja. Base Backpackers Auckland Central – wielki, imprezowy moloch bez klimatu. Nie polecam. Postanawiamy wziąć wspólny pokój, żeby było nam raźniej. No i Daria też podróżuje dookoła świata, tylko że ona w 12 tygodni, a ja w 25. To ona ratuje mi życie tego wieczoru. Humor średnio mi dopisuje. Daria nie pozwala mi za dużo myśleć, gadamy do 4 rano. Przypomina mi o tym, że ta podróż przynosi bardzo niezwykłe znajomości.

Dostałam maila na przykład. Wiadomość, której nie dostałabym pewnie nigdy, gdyby nie ta podróż dookoła świata. Ta wiadomość to tak naprawdę kolejna wyjątkowa znajomość… Zresztą, posłuchajcie.

 „Hej Julka!

Nazywam się Monika Kostrowska, nie wiem czy moje imię i nazwisko coś Ci mówi, może świta Ci coś w głowie a może nie? Ja Ciebie w zasadzie nie pamiętam, no ale nie mam prawa pamiętać, bo jak miałyśmy okazje się „poznać” to ja miałam zaledwie kilka miesięcy. Znam Ciebie i Twoją rodzinę tylko z opowiadań mojej mamy i zdjęć.  Generalnie to odkąd trafiłam na Twojego bloga i odkryłam, że Ty to właśnie Ty to zamęczam moją mamę, żeby mi opowiadała wszystko. Nasi rodzice się kiedyś przyjaźnili, Twój tata robił mojej mamie wiązankę do ślubu, ja nosiłam ubranka po Tobie no i swoją pierwszą w życiu podróż odbyłam właśnie do Was do Milanówka :). […]”

Dobrze się zapowiada, co? Ale to nie wszystko!!! Dostałam też zdjęcia! To małe w seksi bikini to ja, na kolanach u siostry, w wózku autorka maila, a obok jej brat! A w tle mój ogród jakieś 24 lata temu…

małolaty

Co? Jesteście ciekawi, jak Monika wpadła na to, że ja to ja? Też byłam…

„Jak odkryłam, że Ty to właśnie Ty? Nie było to takie proste. Generalnie w mojej świadomości od dziecka istniał „Wujek Maciek z Milanówka”, „Ciocia Ania z Milanówka” i Julka, po której nosiłam ubranka. Imię Julia to moje ulubione, nazwałam tak swoją pierwszą lalkę i zawsze mówiłam rodzicom, że szkoda że mnie tak nie nazwali, a mama w takich chwilach zawsze  mówiła mi o Tobie. […] Na Twojego bloga trafiłam zupełnie przez przypadek. Zanim zaczęłam czytać zajrzałam we wszystkie zakładki i wiedziałam, że autorką blogu jest jakaś Julia Raczko. Ale jeszcze wtedy nie pomyślałam, że możesz to być właśnie Ty. Zagłębiłam się w czytanie. Dotarłam do filmiku z Twoim udziałem w Pytaniu na Śniadanie i coś zaczęło mi świtać w głowie, i postanowiłam zagłębić się jeszcze bardziej. Dotarłam do wpisu o Restaurant Day. Wyszukałam filmik na DDTVN, obejrzałam. I zaraz po tym było tylko: ‚Mamo! Tato! Szybko chodźcie!!!’. Przybiegli do mnie do pokoju wystraszeni, że coś mi się stało. A ja im włączyłam filmik i za chwilę było tylko ‚Oooo Maciek!’. No i wtedy się zaczęło. Powiedziałam do mamy: ‚Ja otwieram wino, a Ty masz mi wszystko opowiedzieć…’.  I tak przegadałyśmy pół nocy. […]”

Za kilka dni, 17 lutego, z okazji Restaurant Day w Garażu 108 u mojego taty kucharza będzie po raz kolejny wyżerka. Swoją drogą – wpadnijcie na dobre jedzonko. Monika z rodzicami też tam będzie. Nasi ojcowie spotkają się pierwszy raz po 23 latach. A Monika i ja spotkamy się na pewno tuż po moim powrocie i czuję, że również przegadamy pół nocy przy butelce wina, w milanowskim ogrodzie. Trochę się już nie mogę doczekać tego powrotu…

Mój pobyt w Auckland obfituje we wspaniałe spotkania. Idę na kawę. Z Martyną. Kim jest Martyna? Koleżanką Wójcika. A kim jest Wójcik? Chłopakiem, z którym spotkam się w Peru. Skąd go znam? Właściwie to go nie znam. Pracowaliśmy razem w jednej firmie, ale nigdy na siebie nie wpadliśmy. Skontaktowała nas nasza wspólna przyjaciółka. No i wychodzi na to, że spędzimy razem wieczór w Limie… Przypadek, goni przypadek. Lubię takie przypadki.

Ale, póki co jestem w Nowej Zelandii i przegaduję z Martyną 2 godziny przy śniadaniu. To przesympatyczne 2 godziny. W międzyczasie dołącza do nas szanowny małżonek, więc jesteśmy we trójkę, a właściwie to we czwórkę, bo Martyna jest w 9 miesiącu ciąży! Brzucho cudny. Będzie córa. Mam nadzieję, że będę ją miała okazję szybko poznać. Będę dobrą ciocią, obiecuję! O czym gadamy? O życiu, o czym by innym? O przeprowadzkach na drugi koniec świata, o radościach, o wątpliwościach, o tęsknotach. O trudnych decyzjach, które trzeba czasem podejmować i o trudności podejmowania decyzji w ogóle. Mama zawsze mi powtarza, że trzeba zasnąć zadając sobie pytanie, na które chce się poznać odpowiedź. Rano powinniśmy obudzić się z odpowiedzią, której szukamy. Ot siła naszego umysłu. Dziękuję za kawę. Cudownie było Was spotkać! Do szybkiego zobaczenia, może w Kanadzie.

Gubię się w Auckland. Pozwalam moim nogom nieść mnie, gdzie tylko mają ochotę. A to wszystko w rytm muzyki przypominającej mi o australijskiej miłości. Muzyka to generalnie moje nowe odkrycie. Zawsze traktowałam ją po macoszemu. Fajnie, jak grała, ale mogła też czasem nie grać. A teraz wiem, jak niezwykłą siłę posiada. Idziesz przez miasto, obserwujesz mijających cię ludzi, patrzysz na to co wokół, siedzisz na kawie, jedziesz autobusem przedzierasz się przez tłum. Jesteś sam. Jesteś „Ty” i „Oni”. A potem zakładasz słuchawki, podkręcasz dźwięk i wracasz tą samą trasą, przedzierasz się przez ten sam tłum, jedziesz tym samym autobusem, obserwujesz mijających cię ludzi. I nie jesteś sam. Muzyka nie pozwala ci się poczuć samotnie nawet przez sekundę. Uśmiechasz się do świata, do ludzi, idziesz z podniesioną głową. I nie ma już „Ciebie” i „Ich”. Jesteście „Wy”. No więc teraz w duszy i w uszach mi gra, i mi dobrze.

Zawędrowałam do portu. Jest super. Klimatyczne żaglówki delikatnie bujają się na falach, a w tle miasto i wieżowce. Gdzieniegdzie stoją charakterystyczne dla Nowej Zelandii kolorowe kontenery. Są kawiarnie, są leżaki, są stragany z miejscowymi wyrobami. Jest czysto, wszystko jest przemyślane, wszystko dobrze zaplanowane. Pozostałości starego portu są idealnie spasowane ze współczesnymi potrzebami. Auckland mam mądrych architektów. Bez dwóch zdań. Aż miło popatrzeć…

Dochodzi 17:10. Wskakuję na prom do Birkenhead, na drugą stronę miasta. Promy odpływają często, bilety nie są drogie, łatwo można się przemieścić. Po co płynę? Płynę spotkać się z Panią od bizonów. Kim jest Pani od bizonów? To kolejna ciekawa historia. Całe swoje dzieciństwo spędziłam skacząc po drzewach, siedząc godzinami przy ognisku, zbierając owoce z krzaków, pasąc konie, brodząc po kolana w błocie, strzelając z procy i piejąc przy płocie. Pianie to był swoisty kod, nawoływanie, które opracowałyśmy razem z Inulcem, żeby wiedzieć gdzie i kiedy się spotkać. Miałyśmy też własną skrzynkę na listy. A co! To były czasy, kiedy nikt jeszcze nie myślał o telefonach komórkowych. Musiałyśmy sobie jakoś radzić. Zaradne z nas były dziewczyny. Dziewczyny w spodniach, bo od spódniczek trzymałyśmy się z daleka. Inulec to moja milanowska sąsiadka, najlepsza kumpela z dzieciństwa, z którą zdobywałyśmy świat każdego dnia. To były czasy! Miło powspominać, ale nie o tym miało być. Pytanie brzmiało: kim jest Pani od bizonów? Jakiś czas przed moim wyjazdem z Polski, Inulec napisała do mnie wiadomość: „Pamiętasz polowanie na bizony?”. Nigdy nie byłyśmy normalne, ale żeby aż tak! „Polowałyśmy na bizony razem z D. Pamiętasz ją?”. Oznacza to, że D. była równie trzaśnięta, jak my. „D. mieszka teraz w Auckland. Odezwij się do niej.”. Nadal nie pamiętam polowania na bizony, nie pamiętam również D., ale się odzywam. I tym sposobem płynę właśnie promem w Auckland na spotkanie z Panią od bizonów aka D. Może ona wyjaśni mi, o co do cholery z tymi bizonami chodzi?!

I wyjaśnia. Nadal nie rozumiem i nic nie pamiętam. Chociaż przy czwartej chyba butelce pysznego, białego wina wspominanie idzie nam coraz lepiej. Z Panią od bizonów, jej rodziną i przyjaciółmi spędzamy fantastyczny wieczór. Pyszne jedzenie. Mąż gotuje niczego sobie. Ciekawe historie i rozmowy. Polsko, angielsko, nowozelandzkie towarzystwo. A potem towarzystwo idzie spać, a Pani od bizonów i ja rozpracowujemy kolejne butelki wina. Łałałiła. Jest mi u Pani super, Pani od bizonów. Dziękuję za to spotkanie. Spotkanie pełne wrażeń…

Wspomnienie goni wspomnienie. Opowieść kolejną opowieść. Do kompletu brakuje nam tylko Inulca. Może następnym razem spotkajmy się w trójkę? Czyż to nie jest cudowny plan?

Ok. Teraz to mam kaca. Tak właśnie. To zapomniane lekko uczucie, ale mam kaca po zbyt dużej ilości nowozelandzkiego pysznego wina, które wchodziło jak woda. Kac daje się we znaki szczególnie na promie powrotnym do centrum, w autobusie na lotnisko i w samolocie. Nie za dobry sobie wybrałam dzień na kaca… Ale – ma szczęście. Dziś jest niedziela. I wiecie co? Jutro też będzie niedziela! Lęcę do Polinezji Francuskiej, na Tahiti, przekroczę granicę czasu i jutro znowu obudzę się w niedzielę rano. Tylko to będzie lepsza wersja niedzieli – niedziela bez kaca…

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.

Boisz się wyjechać w samotną podroż?

Nie ma się czego bać. Oto 18 powodów, dla których powinieneś to zrobić jeszcze dziś.