Czasem pamięta się rzeczy, jak przez mgłę. Człowiek się zastanawia, czy coś się wydarzyło naprawdę, czy może tylko w jego umyśle. Coś wydaje się piękne, coś wydaje się smaczne, coś wydaje się intrygujące. Ale nie do końca wiesz, co jest prawdziwe. Świat wyobraźni styka ze światem rzeczywistym. Szczególnie, jak się ma gorączkę.

Kuala Lumpur podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Kuala Lumpur

Samanta i Piotr zabrali nas z Cameron Highlands. Jedziemy krętymi drogami, zatrzymując się co jakiś czas. Niestety. Pewnie, jak czułabym się dobrze inaczej odbierałabym tą podróż. Ale nie czuję się dobrze. Marzę o łóżku. Marzę, żeby nie mieć już gorączki i znowu się dobrze poczuć. Nie marzę o oglądaniu wodospadu, przy którym się zatrzymujemy. Nie marzę o zrywaniu owoców prosto z drzewa w lokalnym sadzie. Nie marzę o jedzeniu przepysznych muszelek w chińskiej knajpie, gdzie jesteśmy jedynymi turystami. Chce już być w hotelu. Nasi nowi przyjaciele mają jednak inny plan. Chcą pokazać nam, jak najwięcej ‚prawdziwej’ Malezji, nakarmić nas najlepszym jedzeniem i opowiedzieć ciekawe historie. Nie chcą nic w zamian. Chyba po prostu nas lubią. Resztkami sił staram się okazać radość, ale chyba nie zawsze mi się udaje…

Powoli dojeżdżamy do Ipoh. Podróż, która powinna zająć godzinę, zajęła 5 godzin. Była naszpikowana przystankami o różnej tematyce. Ale to, co najlepsze zostało na koniec. Świątynie w jaskiniach. W Ipoh jest ich kilka i nie są atrakcjami turystycznymi, o których pisze się w przewodnikach. Najbardziej znana nazywana jest wieczną jaskinią. Te miejsca są piękne. Wielkie. I puste. Można w nich medytować, modlić się, kontemplować. Mają w sobie magię, którą docenia się nawet z gorączką.

Jakie jest Ipoh? Fajne. Niezbyt zatłoczone. Ma ciekawą zabudowę. Trochę pamiątek po kolonizatorach. Zero drapaczy chmur. I podobno najlepsze jedzenie w Malezji. Ach… Krab w lekko słodkim sosie. Muszelki- ślimaczki na ostro. Nawet z gorączką smakują wyśmienicie. A na śniadanie chińskie przekąski w knajpie zwanej małym Hongkongiem. Kelnerzy podchodzą z pełnymi tacami, a Ty wybierasz na co masz ochotę i się zajadasz. Nawet, jak masz gorączkę. Czy warto przyjechać do Ipoh? Na pewno tak. Jest najfajniejsze ze wszystkich miast w Malezji, jakie udało mi się do tej pory zobaczyć.

Pora ruszać do Kuala Lumpur. Przed nami 2 godziny drogi i witaj stolico! Piotr nie lubi Kuala. Dlaczego? Uważa, że jest zakłamane, zatłoczone, za głośne. Ale ja chcę je bardzo zobaczyć. Lora i Władek też. Nie ma dyskusji. Musimy tam dotrzeć i chociaż przez jeden dzień się nim nacieszyć. I docieramy. Leje, jak z cebra… Jakby ktoś odkręcił kran i zapomniał wyłączyć. Nie przestaje przez 40 minut, więc siedzimy w samochodzie, w którym jest oczywiście jak? Zimno! Nie pomaga to mojemu przeziębieniu, chociaż gorączka powoli spada… Jutro będzie już chyba lepiej. Tylko biedny Władek biega od hostelu do hostelu w poszukiwaniu miejsca dla nas. Znajdujemy pokój w guest housie niedaleko China Town. Wrzucamy plecaki, Władek zakłada suchą podkoszulkę, bo przemókł do suchej nitki i jedziemy z naszymi miejscowymi przyjaciółmi na ostatnią wspólną kolację do chińskiej knajpy oczywiście. Po chwili na stole ląduje gliniany garnek z makaronem w środku – Clay Pot. Makaron plus wieprzowina. Specjalność zakładu. Mniam. Na popitkę oczywiście mrożona ziołowa herbata. Tak się je po chińsku w Malezji. A do jedzenia się czyta świeżutką chińską gazetę, informującą o zwycięstwie Obamy. A potem trzeba się pożegnać z Samantą i Piotrem. I znowu jest przykro. Dzięki nim będę dobrze wspominać Malezję. Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Piotr ma kilka bungalowów na wyspie Tioman i zaprasza tu na wiosnę, więc kto wie… Są dwa miejsca, które w Malezji chcę zobaczyć – Borneo i Tioman. Do tych, w których nie muszę wracać.

Mam jeden dzień na poznanie Kuala Lumpur. Mało, ale chyba wystarczy. Faktycznie natężenie ruchu jest dość spore, a do tego upał, który przerywany jest po południu ulewnym deszczem. Jedziemy metrem w kierunku Petronas Tower, czyli największego chyba symbolu KL. Zakup biletu i poruszanie się metrem jest dość proste i cenowo porównywalne do Warszawy. Ale jest jedna podstawowa różnica pomiędzy metrem w Kuala Lumpur, a metrem w Warszawie i chyba nie tylko… Pociągi są automatyczne. Nie ma kierowcy! Wsiadamy do pierwszego wagonu. Nie ma konduktorki. Jest szyba. Można oglądać migające w tunelu światła. Można się trochę bać, ale przede wszystkim można się cieszyć z takich widoków. I wreszcie są. Dwie wieże. KLCC. Petronas Towers. Wielkie. Trzeba zadzierać głowę w niebo, żeby zobaczyć czubek. Przed wieżami fontanny, a w środku oczywiście centrum handlowe. Cóż innego mogłoby się tam znaleźć.

Pstrykamy kilka fotek i ruszamy w kierunku największego w mieście meczetu. Jak dla mnie nic szczególnego, podobnie jak największy miejski park. Głodni biegniemy oczywiście do Chinatown. Zjadamy pieczoną kaczkę z ryżem. Pycha. I ruszamy na zakupy w krainę chińskich podróbek. Wszystko. Jest tu wszystko. Tłumy ludzi. Miliony stoisk. Zegarki. Torebki. Ubrania. To chyba największa atrakcja turystyczna Kuala Lumpur. Przeciskając się przez tłum i ignorując zaczepki sprzedawców, zastanawiam się czemu zlikwidowaliśmy Stadion Dziesięciolecia. Przecież mogliśmy z niego zrobić największą atrakcję w naszej części Europy! Już widzę te nagłówki w Lonely Planet: Azjatycki raj na starym stadionie piłkarskim. Albo: Polskie China Town. Nie wykorzystaliśmy takiej okazji. Co za szkoda… A! Co z moją gorączką? Przeszła. Jest 36,6. Na szczęście. Tylko teraz męczy mnie kaszel. Ech…

Wieczorem wracamy w okolice Petronas Tower, ale nie po to żeby wjechać na górę. Ta przyjemność nie należy to najtańszych, a po za tym co to za przyjemność być W wieży? Lepiej patrzeć NA wieże. Pamiętacie Polaków, których spotkałam w autobusie z Tajlandii do Malezji? Hania i Marek podpowiedzieli mi ciekawe rozwiązanie. W jednym z hoteli w okolicach Petronas Tower jest skybar na ostatnim piętrze. Rozglądamy się wokół. Hoteli i wieżowców jest mnóstwo. O który mogło im chodzić? Wchodzenie do każdego po kolei wydaje się bezsensowne, więc pytamy jakiegoś biznesmena. I już wiemy, gdzie iść. Traders Hotel. Jest skybar. Są piękne widoki. Luksusy. Basen. Cola za 17 RM. Spędzamy przyjemny wieczór, warty najdroższej coli w mieście.

Ten wieczór jest też wyjątkowy z innego powodu… To ostatni wspólny wieczór Lory, Władka i mój. Jutro się rozstaniemy. Robimy ostatnie wspólne zdjęcia. Obiecujemy sobie, że jeszcze się spotkamy. Łezka kręci się w oku. A tak zupełnie serio to: beczę jak głupia! To jest chyba najgorsze w tej podróży. Ciągłe pożegnania. Nie przewidziałam tego. Nie wiedziałam, że tak szybko można przywiązać się do nowo poznanych ludzi. Nie wiedziałam, że mogą stać się tak ważni. Lora i Władek są moimi przyjaciółmi. Są moją rodziną. Będę za nimi tęsknić… Już tęsknię!

Rano ruszam na lotnisko. Pociągiem prosto na terminal. Check in jeszcze na dworcu kolejowym, więc nie muszę dźwigać plecaka. Ale z drugiej strony… Czy mój plecak na pewno dotrze tam, gdzie ja? Mam nadzieję, że znajdę go na taśmie w Jakarcie. Oby.

Pa pa Malezjo. Nie zakochałam się w Tobie. Teraz czas na Indonezję.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.