Czekałam na to długo. Och, nawet nie wiecie, jak bardzo nie mogłam się doczekać! Każdego ranka niecierpliwie spoglądałam w kalendarz, jak dziecko wyczekujące Bożego Narodzenia. Bo mimo, że kocham Australię i lubię tu żyć, to tęsknię za bliskimi jak trzymiesięczny szczeniak. A teraz wreszcie ktoś miał mnie odwiedzić. Jestem tu już półtora roku i wreszcie ktoś miał mnie odwiedzić! Moja najlepsze przyjaciółka.

Wszystko wyszło przypadkiem. Była promocja na loty do Australii. Spytałam „Przylecisz?”, długo się nie zastanawiała. Kupiłyśmy bilet. To było jakieś 8 miesięcy temu. Od tego czasu, za każdym razem gdy rozmawiałyśmy przez telefon, planowałyśmy trasę podróży, kombinowałyśmy gdzie by pojechać, co zrobić, wzdychałyśmy jak to będzie cudownie wypić kieliszek wina na naszym tarasie, czy obserwować papugi o poranku degustując aromatyczną kawę. I tak za każdym razem. Przez osiem bitych miesięcy. Co najmniej raz w tygodniu.

Aż pewnego dnia przyszedł październik i już nie trzeba było odliczać miesięcy, bo zostały tygodnie, a potem dni, potem godziny. Siedziałam, jak na szpilkach, zastanawiałam się jak to będzie, czy łzy pociekną mi po policzkach, gdy się spotkamy, czy coś się między nami zmieniło, czy będzie tak, jak zawsze.

Znamy się już trochę. Jakieś 15 lat na pewno. Tak, lata lecą nie wiadomo kiedy, lata pełne wspomnień, wspólnych wspomnień. Wagary w liceum, regularne. Nie wiem, jak to się stało że obyło się bez kłopotów i zawsze miałyśmy dobre stopnie, bo momentami to chyba więcej nas nie było niż było. Imprezy w kultowej warszawskiej Klatce, do rana, w każdy weekend. Boże, jak patrzę na zdjęcia i widzę, jak my się ubierałyśmy to zapadam się pod ziemię. O, już mnie nie ma! Kłopoty z chłopakami, to był hit. Obydwie miałyśmy niezłych ancymonków, ale wstyd wspominać. Głupie, młode, naiwne i zakochane. No nic, niczego w życiu nie można żałować, przynajmniej się działo i mimo wszystko było nam wszystkim bardzo fajnie!

A, i te babskie wieczory. Bo w sumie to musicie wiedzieć, że było nas cztery. Cztery baby. Zawsze razem, zawsze za sobą. Tzw. ORMO, bo łobuzów trzeba było pilnować, nie? Razem na zakupy, razem na studia, razem na wakacje. Wymieniałyśmy się samochodami, ubraniami i tuszami do rzęs. Razem płakałyśmy, razem się śmiałyśmy i potrafiłyśmy sobie po razie też dać. Każda inna. Jedna romantyczka, jedna miękka jak świeżo pieczona bułeczka, jedna racjonalistka, inna marzycielka. Kiedyś mój tata powiedział, że powinnyśmy to doceniać, że jesteśmy cztery i że mamy siebie, bo takie przyjaźnie rzadko się zdarzają. Miał rację. W stu procentach. Czasem myślę, że doceniałyśmy to za mało. Bo to była wyjątkowa więź, wcale nie chwilowa… bo mimo że dziś to wszystko trochę się rozeszło, to wiem że gdybyśmy usiadły we cztery, to by było tak jak kiedyś. Po prostu. Jedna jest już szczęśliwą mężatką z uroczym maleństwem przy piersi, druga robi chyba to co kocha, trzecia trochę szuka, a czwarta to ja, która zgubiła się gdzieś na drugim końcu świata. Dziś jesteśmy jeszcze bardziej inne niż byłyśmy kiedyś. Inne od siebie. Ale wiem, że gdzieś w głębi jesteśmy takie same. I pomimo różnic, sprzeczek które się pojawiły, niedogadań, czasem braku zrozumienia, czasu i odległości który nas podzielił, jesteśmy przyjaciółkami. Tak czuję.

Asia, Julia, Sylwia, Aneta. Sardynia 2008

Mamy masę cudownych wspomnień. Najlepszych. Były wspólne wyjazdy na Openera, a wcześniej na Creamfields (Boże, znowu zapadam się pod ziemię). O, zapomniałabym o kursach językowych w Anglii. Tam to się działo, aj! Mogłabym Wam opowiadać długo o słonym bloku czekoladowym, o wycieczce pod Big Bena, której delikatnie mówiąc odmówiłam, o kradzionym papierze toaletowym i znienawidzonym chlebie z kminkiem, ale to są nasze wspomnienia, więc wybaczcie, ale niech nimi pozostaną. Rozmarzyłam się, przyznaję. Widzicie, co tęsknota robi z człowieka?!

W każdym razie, wreszcie przyszedł ten dzień. Stałam na lotnisku w Melbourne lekko skołowana. Ekscytacja na poziomie maksymalnym. Zawory się gotowały. W brzuchu motyle, normalnie jak przy zakochaniu! No a do tego, wiadomo, magia hali przylotów. Łzy szczęścia, rzucanie się na szyję, kwiaty i balony, szczera radość w oczach, momenty wzruszenia. Córka wita się z matką, widać że dawno się nie widziały. Chłopak wynosi dziewczynę i jej walizkę na rękach przez drzwi. Nie ważne, że razem trochę ważą, on nie czuje, tak się cieszy. Siłę ma nagle, jak Superman. Dzieci czekają, jak konie w blokach startowych. To tata wraca do domu. Tatoooo! No i ja, wśrod nich. Czekam na przyjaciółkę. Rzucam się na szyję i nie mogę się oderwać.

A potem jest tak, jakbyśmy widziały się wczoraj. Oto magia prawdziwej przyjaźni.

Podczas trzytygodniowego pobytu Anety w Australii zrobiłyśmy dużo, dużo zobaczyłyśmy, dużo rozmawiałyśmy, dużo czerpałyśmy z siebie. Było nam dobrze, mamy nowe wspomnienia, wspomnienia pełne emocji. Wspomnienia, bo już wyjechała. Niestety.

Ale wiecie, co? Nie płaczę, chociaż bez łez się nie obyło przy pożegnaniu. Nie płaczę, mimo że myślałam że ciężko to zniosę. Nie płaczę, mimo że już tęsknię. Jestem szczęśliwa i bardzo wdzięczna za to, że miałyśmy szansę spędzić ten czas, tak jak spędziłyśmy, że miałyśmy szansę spotkać się na drugim końcu świata, że mamy siebie pomimo, że dzieli nas olbrzymia odległość. Dostałam energetycznego kopa, a nie ukrywam że trochę mi trzeba go było. Akumulatory się zasiliły.

No i ktoś mnie wreszcie odwiedził w MOJEJ Australii. Wiecie, jakie to ważne? Bardzo. Bo to tu jest dzisiaj mój dom…

A czym jest przyjaźń według Ciebie?