Każdego dnia budzi nas urokliwe ćwierkanie ptaków. Ciepłe promienie słońca wpadają przez niedokładnie zasłonięte okna. Powietrze jest wilgotne, ale chłodzi je od czasu delikatna bryza z nad pobliskiego oceanu. Siedzimy na tarasie popijając kawę z mlekiem. Wokół latają kolorowe, jak tęcza papugi. Mnóstwo papug. Wysokie palmy zza płotu rzucają przyjemny, chłodny cień. Obok rośnie fioletowa jacaranda, dokładnie taka jak te w Mexico City. Tak właśnie zaczyna się wiosenny dzień na przedmieściach Brisbane.

Brisbane leży mniej więcej w połowie wschodniego wybrzeża Australii, w stanie zwanym Queensland, czyli miejscu gdzie nosi się klapki przez 10 miesięcy w roku. Przez pozostałe 2 miesiące pada, więc w sumie klapki też się sprawdzą… Na pewno lepiej niż kalosze, bo temperatura podczas pory deszczowej raczej nie spada poniżej 25 stopni. W kaloszach stopy mogłyby się nieco skisić, więc klapki to zdecydowanie lepszy wybór. To podstawowe obuwie każdego mieszkańca Brisbane. Po za tym, tu jak pada to na całego i kalosze na nic by się nie zdały, bo mamy tu klimat subtropikalny… Jest też inna opcja, dość popularna wśród mieszkańców, można chodzić na bosaka. Co Wy na to? Druga i trzecia niezbędna rzecz to krem z filtrem i okulary z ciemnymi szkłami. Kapelusz też się przyda, żeby nam się nie przytrafiło żadne przegrzanie. Ale tak naprawdę to niewiele tu do szczęścia potrzeba.

W Brisbane żyje się powoli. To trzecie, co wielkości miasto w Australii, zaraz po Melbourne i Sydney, ale mówi się tu że Brisbane jest mniej więcej 10 lat za swoimi większymi kuzynami. I chwała mu za to! Pogoda sprzyja wolniejszemu tempu życia, a dzięki temu na twarzach przechodniów częściej pojawią się uśmiechy, ludzie jakoś mniej się stresują… Fajnie, nie? Co jeszcze jest charakterystyczne dla Brisbane? Piwo XXXX, czyli „four ex”. Nikt poza „lokalesami” raczej go nie pija. Na samochodowych rejestracjach są palmowe drzewa. Może być też napis „Relax! It’s Queensland”, ewentualnie podobizna Elvisa Presleya. Takie rzeczy tylko w BrisVegas mili Państwo! A czemu nazywają to miejsce BrisVegas? Tego chyba nikt nie rozumie, bo w Brisbane chodzi się spać o 21:00 i wstaje o 6 rano… O, i to jest jeszcze zabawne – wiecie jak nazywają mieszkańców Queensland? Banana benders, czyli „wyginający banany”. Czemu? Nie mam pojęcia, ale osobiście uwielbiam to określenie i jakoś ono tu tak pasuje.

Jakąś godzinę drogi na południe od Brisbane jest Gold Coast, czyli chyba ulubiona wakacyjna destynacja wszystkich Australijczyków. Obok leży sławne Surfers Paradise, czyli największa imprezownia na tym kontynencie. W okolicy są rozmaite parki rozrywki. Movie World, gdzie można spotkać Tweetiego i przejechać się na szalonej kolejce górskiej Supermena. Wet and Wild, czyli gigantyczne zjeżdżalnie i wodne atrakcje we wszystkich możliwych wydaniach. Jest i Sea World, czyli delfiny i rekiny, Adventure World i król wszystkich parków, czyli Dream World!

Są też góry z pięknymi widokami, a jeszcze dalej na południe Byron Bay. Byron Bay leży już w innym stanie, New South Wales, czyli tym samym co Sydney, ale spokojnie można tam wyskoczyć na weekend (co już niedługo zrobimy). To krótko mówiąc jedno z najbardziej kultowych miejsc w Australii – stara hipisowska osada. Zresztą nadal można się tam wybrać i oczywiście nielegalnie wypalić skręta w towarzystwie backpackersów z całego świata, albo pobawiać się na full moon party, takim samym full moon party jak na tajskim Koh Samui.

Na północ od Brisbane jest Sunshine Coast, czyli mniej popularny kawałek wybrzeża, który moim skromny zdaniem bije na łeb ten południowy. Są piękne plaże, fantastyczne wyspy i jest brak tłumu turystów, co zdecydowanie działa na korzyść okolicy. Więc tak, najpierw jest Redcliff skąd można wypłynąć na obserwację wielorybów. Potem jest Australian Zoo dla fanów dzikiej zwierzyny. W głąb lądu góry o ciekawych kształtach, zwane Glass House Mountains. Dalej wyspa Bribie, gdzie można śmigać terenówką po plaży! A jeszcze wyżej Noosa, czyli miejscowość bardziej elegancka z bardzo fajnymi knajpami i wypasionymi łódkami. I jest dużo, dużo więcej, ale nie wszystko na raz. Jeszcze jedna ważna rzecz – im wyżej na północ, tym cieplej. O tak, to tygryski lubią najbardziej.

A jakie jest Brisbane, jako miasto Brisbane? Brisbane leży nad rzeką o tej samej nazwie i rozciąga się po obu jej stronach. Jest różnorodne. Są górki i pagórki, kręte drogi i ścieżki, wąskie kładk, stare kościoły, a obok nowoczesne wieżowce. Jest wielkie koło widokowe i sztuczna plaża. Są muzea i teatry, są dzielnice artystyczne i biznesowe. Są parki i miejscówki do grillowania w samym centrum. I jest most, na który można się wspinać, o pięknej nazwie Story Bridge. To takie pierwsze wrażenia, bo przed nami kilka wycieczek bez mapy po jego zakamarkach. Zgubimy się tu, obiecuję! Póki, co o moich pierwszych wrażeniach ze słonecznej stolicy Queensland możecie przeczytać tutaj.

No więc tak, tu właśnie jesteśmy. I jest nam cudownie.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz. Albo przekaż dalej! Będzie nam bardzo miło. Julia i Sam.