Czasem wyobrażam sobie, jak coś będzie wyglądać, jakie może być miejsce do którego jadę, czego mogę się tam spodziewać. Myślę jakie będą ulice, budynki, przyroda, jakie będzie niebo, czy ludzie będą się uśmiechać, czy nie.  Czasem sobie wyobrażam, ale bardzo rzadko moja wyobraźnia jedzie po jednym torze z rzeczywistością. Szczególnie w Australii. Bo Australia to taki kraj, który w swojej naturze ma zaskakiwanie, kraj który nie chce za nic w świecie być przewidywalny. Wyobrażałam więc sobie wyspę Rottnest. I co z tego, jak po raz kolejny tak bardzo się pomyliłam!

Rottnest Island

Do Perth przylecieliśmy tylko na trzy dni. Niestety. Za mało czasu na wszystko, ale lepszy rydz niż nic, więc bez narzekania zawinęliśmy rękawy i zabraliśmy się za ciężkie zadanie – zrelaksowania się, połączonego z odkrywaniem. Ach, życie! Pierwszy dzień spędziliśmy w mieście (o Perth możecie poczytać tutaj), a po południe na plaży. Dzień drugi przeznaczyliśmy na wycieczkę na pobliską malutką wyspę, Rottnest Island. I to była świetna decyzja.

Rottnest Island leży jakąś godzinę od Perth. Promy pływają regularnie tam i z powrotem, kilka razy w ciągu dnia. Można zostać na noc, ale nie trzeba. Jest niby niedaleko od lądu, a jednak trwa samotna na środku oceanu, wysunięta na pierwszy front, na pustym zachodnim wybrzeżu Australii. Jest niewielka, zamieszkała w kilku procentach, prawie pusta. Jest rezerwatem państwowym, co oznacza, że nie można tu kupić ziemi na własność, czy osiedlić się na stałe. Czym była kiedyś? Więzieniem dla Aborygenów. A czym jest dziś? Rajem dla turystów, których swoją drogą nie ma tu wielu. Rottnest zachwyca wszystkim, a niepokoi jedynie nazwą, „Rottnest” pochodzi podobno od „rat nest”, czyli szczurzego gniazda. Czyżby to była wyspa szczurów?

Wyspa Rottnest, Australia Zachodnia

Bilety na Rottnest Express kupiliśmy wczoraj, wyruszamy rano, wracamy wieczorem, a na miejscu dostajemy rowery. Wypływamy o świcie z portu we Fremantle, jednego z największych portów na zachodzie Australii, położonego kawałek od Perth. Na Rottnest płynie się stąd o połowę krócej niż z miasta, bilet jest nieco tańszy, a do tego my zatrzymaliśmy się właśnie w tej okolicy.

Przeprawa trwa jakieś 30 minut. Po dobiciu do brzegu, odbieramy rowery oraz kaski (w Australii jeżdżenie w kasku rowerowym jest obowiązkowe) i ruszamy w drogę. W informacji łapiemy mapę i wściskamy ją w kieszeń, uzupełniamy butelkę wody, na bagażniku montujemy wypchany ręcznikami, maskami, kostiumami plecak, dokładnie smarujemy się kremem z filtrem, no i chyba jesteśmy gotowi.

Rowerami po Rottnest Island

W malutkim porciku jest kilka knajpek i pare sklepików. Dużych hoteli brak. Samochodów też, jak na lekarstwo. Ta wyspa należy do rowerzystów! I rower to chyba jedyna opcja na jej zwiedzanie. Jedziemy wzdłuż Thomson Bay. W oddali widzimy wychylające się wieżowce, mewy swawolnie zdobywają błękitne niebo, pelikany wygrzewają się w słońcu, a my jedziemy pod wiatr. Aj! Zawsze po wiatr.

Bunkry

Po drodze natrafiamy na… bunkry i stanowiska do instalowania armat. Rottnest Island była bowiem fortem obronnym w czasie II Wojny Światowej dla wspomnianego portu, Fremantle, dlatego zabudowań starych wojennych jest tu dość sporo. Chwilę potem, tuż nad naszymi głowami, przelatuje mały samolot, a kawałek dalej natrafiamy na stare torowisko prowadzące donikąd. Rottnest Island zaskakuje. Potem jest pod górkę. Bardzo pod górkę. I dalej na szczęście trochę z górki. Dwa zakręty, trzy zakręty, urwiska i klify, jakiś wrak tuż przy brzegu i lazurowy, wzburzony jak wariat ocean. 

Pływanie

Zatrzymujemy się na plaży, Salmon Bay. Już na pierwszy rzut oka zatoczka wygląda bardzo urokliwie. Mała plaża, w miarę spokojna woda. Jest pięknie, najlepiej, cudownie i zachwycająco! I jakie życie podwodne… kolorowe rybki tuż przy brzegu. Kto by pomyślał. Spędzamy tu chyba z godzinę, albo więcej, nie wiem. Jest po prostu tak, że szkoda liczyć czas.

Julia na Rottnest Island

Sam i nurki

Po godzinie lenistwa, jedziemy dalej i co się okazuje? Że nie zabraliśmy wszystkiego, co nam potrzebne. Ciapy. Nie mamy nic do jedzenia, a mój brzuch burczy na całego. Okazuje się też, że na jedzenie nie mamy co liczyć, bo jedyne knajpy i sklepy są w porcie! Możemy albo się wrócić 7 kilometrów, albo przejechać kolejne 7. Nie jest łatwo, biedny Sam. Bo wiecie, jak człowiek głodny…

Kuoki

Po drodze spotykamy rodzinkę kuoków. Nie słyszeliście o takich zwierzakach? My też nie. Kuoka to przeuroczy kangurowaty zwierzak, który występuje tylko na kilku malutkich wyspach na zachodnim wybrzeżu Australii, między innymi na Rottnest Island. Mówi się, że kuoki to najszczęśliwsze zwierzaki na ziemi i bardzo, bardzo urocze.

Kuokka

Jakby atrakcji było mało, po drodze mijamy też samotną latarnię morską (mówiłam Wam już, jak bardzo je kocham) i różowe słone jeziora! Nie miałam pojęcia o ich istnieniu, znaczy miałam, ale nie wiedziałam że są takie na tej wyspie. Po za tym nigdy nie widziałam różowego jeziora. Ba, kilku różowych jezior pomiędzy którymi, jak wstążka ciągnie się droga. My po tej drodze na rowerach, wokół różowo, możecie sobie wyobrazić ten klimat? Bajkowo to chyba mało powiedziane.

Różowe jezioro

Rzut beretem od jezior jest nasz port. Uratowani! Będzie jedzone. Fish & chips i piwko, a na deser lody w kulkach. Downloading. Wreszcie do mózgu dociera informacja “jesteś już najedzona”, więc na buzi może pojawić się szeroki uśmiech.

Regenerujemy siły i wracamy nad jeziora, ale tym razem trasą z tej drugiej strony. I po drodze naszym oczom ukazuje się zatoczka idealna, przyozdobiona dziesiątkami zacumowanych łódek, a nad zatoczką opalają się kolejne pelikany. Siadamy na schodach i po prostu się gapimy. Chwilo trwaj.

Mr Pelican

Rottnest Island zatoka

Na Rottnest spędziliśmy cały dzień, albo śmiało moglibyśmy zostać dłużej.  Udało nam się zobaczyć, jakąś połowę wyspy. Będziemy musieli wrócić, zobaczyć drugą, ale tym razem mądrzejsi. Będziemy mieć duży zapas picia i gotowe jedzenie. Tylko pytanie brzmi, czy znowu będzie tak fajnie, jak wiemy czego się spodziewać…?