Do aukcji tuńczyków w Tokio robiliśmy dwa podejścia. Dlaczego? Bo, żeby tam dotrzeć na czas trzeba wstać przed czwartą rano. Nie było łatwo, ale było warto! To nie jest atrakcja przereklamowana. Jeśli będziecie w Tokio, poświęćcie się. Byle szybko, bo ten światowej sławy targ rybny ma zostać przeniesiony poza centrum miasta już w 2016 roku. 

AUKCJA TUŃCZYKÓW

Budzik bezczelnie dzwoni w środku nocy. Nie chce przestać. Budzik. Drzemka. Budzik. Drzemka. Jeszcze nawet nie świta. Za oknem ciemno, księżyc wciąż rozświetla ulice. Leniwie wystawiamy nosy spod kołdry. Wstać, czy nie wstać, pytamy się siebie sami w myślach. Czy mamy wystarczająco dużo samozaparcia, żeby wyczołgać nasze odurzone snem ciała z łóżka? Czy nie?

Proces decyzyjny nieco się rozciąga, ale… wstajemy. Jest 4:05 nad ranem.

Co zadziwiające, ulica już zaczyna budzić się do życia, nie jesteśmy sami. Starsza pani zamiata przed domem, pan gotuje gar zupy, samochody stoją grzecznie w kolejce na światłach. Amy idziemy. Jak zombi.

Market Tsukiji znajduje się tuż za rogiem od naszego hotelu. Chyba tylko dzięki temu udaje nam się tu dotrzeć tak wcześnie. A innego wyboru nie mamy, jeśli chcemy zobaczyć sławną aukcję tuńczyków (każdego dnia wpuszczanych jest na nią tylko 120 turystów). Metro jeszcze nie kursuje, więc aby dostać się tu na czas, pozostaje opcja taksówka, albo własne nogi.

Jest 4:15.

Gdy docieramy na miejsce, w poczekalni jest już 108 osób. Sześćdziesiąt w zielonych kamizelkach. Czterdzieści osiem – w niebieskich. Dziesięć minut później strażnik zamyka drzwi i wywiesza kartkę „Reservation for today’s visitor is ALREADY FINISH.” Limit na dziś wyczerpany, druga sześćdziesiątka pełna.

ilość turystów ograniczona

Zaspane głowy z całego świata, kłębią się w jednym pomieszczeniu. Jedni drzemią, inny popijają kawę z puszki, żeby się rozbudzić. Zawierane są nowe znajomości. Amerykanie plotkują z Węgrami, o Japonii. Japończycy łamaną angielszczyzną rozmawiają z Francuzami, których możliwości językowe są na podobnym poziomie. Są tu zakochane pary, ojcowie z córkami, szczęśliwie rodziny, podróżujący przyjaciele. Wszyscy z aparatami na szyjach. Tuż koło nas siada czwórka Polaków. Rozmowa się nie klei.

wejście na aukcję tuńczyków

Czekamy długo, czasem brakuje tlenu, a zegarek tyka, jak w zwolnionym tempie. Tik tak. Tik Tak. Sekundy wydają się być minutami, a godzina ciągnie się, jak trzy. Marzę o łóżku. Pierwsza grupa popędzana przez groźnie wyglądającego japońskiego przewodnika idzie na aukcję tuż przez wpół do szóstej.

Jest 5:50.

Rusza druga grupa, czyli my. Równiutko, w rządku, maszerujemy za naszym przywódcą. Nie wiadomo kiedy zrobiło się widno. Mgła przysłania widoczność, nad mokrymi chodnikami unosi magiczna para. Trzaskają metalowe drzwi. Pędzące skutery przecinają nam drogę. Wózki widłowe załadowane „po samo niebo”, jadą na oślep. Handlarze uwijają się, jak mrówki, przerzucając się kartonami. Sceneria stała się iście filmowa. Wszędzie się dzieje.

Idziemy grzecznie, ostrzegani przez naszego przywódcę przed wszechobecnymi zagrożeniami. „Tu się pracuje”, krzyczy. „Na bok, na bok. Uwaga na samochody.”

My, turyści, jesteśmy trochę, jak dzieci we mgle. Gapimy się i nieostrożnie wchodzimy tam, gdzie nie powinniśmy. Ściskamy swoje wścibskie nosy, w najmniejsze szpary. Zatrzymujemy się zrobić zdjęcie, nie zważając na resztę grupy. Jeden wpada na drugiego, a potem powtarza błędy poprzednika. I tak w koło Macieju.

Wreszcie dochodzimy do hali. Przewodnik otwiera wrota i zapędza nas do wąskiego korytarza. „No flash”, ostrzega. „You can take photos but no flash.”

Tuńczyki

Na betonowej podłodze leżą one, poukładane równiutko zamrożone tuńczyki. Tuńczyki błękitnopłetwe. Średnio każdy ma jakieś 150 cm. długości. Gdyby położyła się na ziemi, sięgałyby mi od stóp do głów. Jedne są trochę mniejsze, inne znacznie większe. Ogony mają obcięte, brzuchy porozcinane, każdy opisany jest niechlujne czerwoną farbą.

Wśród tuńczykowych alejek przechadzają tuńczykowi kupcy, uzbrojeni w latarki i haki. Każdy obserwuje. Każdy dotyka. Każdy rozciera mięso w palcach. Każdy idzie dalej. I znowu: obserwuje, dotyka i idzie dalej. I znowu…

Tuńczyki na targu w Tokio

To taki teatr stworzony przez życie. Reżyser jest geniuszem.

Akcja rozkręca się, gdy dzwonią dzwonki. Kilka na raz. Jak kiedyś na przerwie w szkole, wszyscy stają na baczność. Adrenalina rośnie.

Licytacje czas zacząć. Odbywa się ich kilka, równocześnie, w każdym kącie, każda prowadzona przez wysoce pobudzonego Japończyka. Prowadzący aukcję wypowiadają słowa w przyspieszonym tempie, bijąc rekordy w rankingu „ile można powiedzieć w czasie jednej minuty”. Mówią szybciej i szybciej, głośniej i głośniej, szybciej i szybciej, i szybciej i szybciej szybciej ybciej ciej ej. Można by im przypisać wysoce zaawansowane uzależnienie od kofeiny. Sprzedane. Sprzedane. Sprzedane.

Aukcja tuńczyków Tsukiji Market

Nie rozumiemy nic, ale słuchamy w skupieniu, przeżywając, jakbyśmy rozumieli wszystko. Hala powoli pustoszeje, tuńczyków ubywa, przewodnik zapędza i nas do wyjścia. Minęło nasze 15 minut.

Wspomnienia pozostaną na długo.

Nie wiemy, jakie sumy padły tego ranka, ale wiemy, że potrafią być zawrotne. W styczniu 2013 za 220 kilogramowego tuńczyka wzięto 1,1 mln euro. W 2014 roku sprzedano tu rybę za 1,38 mln. euro. W styczniu 2015 roku 120 kilogramowy okaz poszedł za 31 tyś. euro. Aż to się w głowie nie mieści!

Ale jest też druga strona medalu. Tuńczyka (maguro) błękitnopłetwego, ubywa w zbyt szybkim tempie. Zalicza się go do gatunków „nadmiernie eksploatowanych.” W Japonii konsumuje się aż 80% jego światowych połowów. A gdy go zabraknie…

Japonia bez tuńczyka będzie, jak Święta bez Świętego Mikołaja. Jak Polska, bez pierogów. Jak Francja, bez gorących bagietek. Jak Peru, bez kukurydzy. Oby to były czarne scenariusze.

Więcej informacji o aukcji i Tsukiji Market znajdziecie na stronie Japan Guide.

Jeśli podobał Ci się ten wpis –  zostaw komentarz. Albo przekaż dalej! 

Będzie nam bardzo miło. Julia i Sam