Wyjechałam w podróż dookoła świata i… nigdy nie wróciłam. Życie napisało dla mnie zaskakujący scenariusz. To historia jak z bajki, która wydarzyła się naprawdę. Wakacyjna miłość, która przetrwała próbę.

Rzuć pracę, kup bilet…

To była druga połowa 2012 roku.

Pięknie się opal…

Siedziałam gdzieś na rajskiej-tajskiej wyspie, ze stopami zanurzonymi w miękkim piachu. Słońce namiętnie tuliło moje blade jeszcze wtedy ciało i nakładało na włosy farbę koloru superblond. To był relaks, niczym w najlepszym SPA. W ręku zamiast szampana – rum z kolą, w drugim – soczyste mango. Słodki sok lał się aż do łokcia.

To były wakacje. Dopiero zaczynała się moja przygoda z samotną podróżą dookoła świata, dopiero zaczynała się moja przygoda z pisaniem tego bloga, dopiero zaczynałam się rozgaszczać w podróżniczym świecie, qle już czułam się w nim dobrze, jak u babci, na starej, wysiedzianej kanapie. Bezpiecznie, ciepło i nie chciało się wstawać.

Koleżanka napisała do mnie wiadomość.

Julka, jak ty nie wiesz jeszcze, co chcesz w życiu robić, to ja ci powiem, bo już wiem, co powinnaś. Powinnaś pisać, wydać książkę. Ale żeby był sukces, to wiesz co jeszcze musi się stać? Musi być happy end, musisz się zakochać, bez wątku romantycznego się nie obędzie.

„Tak, tak”, odpisałam z uśmiechem…

Tylko, że… dokładnie tak się stało.

Zakochaj…

Po kilku miesiącach w Azji, wylądowałam w Australii spragniona jak nigdy cywilizacji. Pod swoje skrzydła przygarnęła mnie w Sydney Klaudia (to jedno z wielu tych spotkań, które zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa nigdy nie powinny się wydarzyć). To tu miałam spędzić kilka dni, żeby potem ruszyć do Cairns, bo z Cairns miałam kolejny lot, do Melbourne. Ale co odkryłam? Że dotrzeć do Cairns wcale nie jest tak łatwo, bo to cholernie daleko! Tak, tak, wielka Australio, pokonałaś moją wyobraźnię, przyznaję. Do tego okazało się też, że jest bardzo drogo i pokonałaś też zasobność mojego portfela. W lekkiej panice szukałam sposobu, jakby tu dostać się na północ. Znalazłam bilet na pociąg. 15 godzin za $60. Dzięki tej podróży znajdę się w jednej trzeciej drogi do celu, w mieście Brisbane, o którym nigdy nie słyszałam.

„Czy znacie kogoś w Brisbane?”, spytałam na Facebooku. Cisza, ale potem dzwoni telefon. To Magda z Melbourne. Mówi, że jej kuzyn przeprowadził się niedawno do Brisbane, ale on ciągle gdzieś jeździ, włóczy się i nie jest pewna, czy akurat w ten weekend będzie w domu. Po godzinie dzwoni drugi raz. Mówi że mam szczęście, bo akurat to pierwszy weekend kiedy ów kuzyn będzie w domu i zaprasza mnie do siebie. Szczęściara?

Julia w Australii

Ale skąd się wzięła i kim jest Magda z Melbourne? Poznałam ją na rok przed moim wyjazdem w podróż dookoła świata na tzw. wieczorze towarzyskim, czyli wódka i papierosy (tak, to kolejna z tych dziwnych znajomości). Magda jest z Milanówka, tak jak ja, i przyjaźniła się od dłuższego czasu z moimi bliskimi znajomymi, ale jakoś nigdy nie było nam po drodze. Nie wiem jak to możliwe, ale zawsze się mijałyśmy. Aż do tego wieczoru… Zaczęłam jej i jej mężowi Bartkowi opowiadać o moim, jeszcze wtedy niepewnym, planie wyjazdu, a oni opowiadali mi o swoim, całkiem pewnym, planie wyprowadzki do Australii, który miał zostać zrealizowany w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Powiedziałam, „Odwiedzę Was, zobaczycie”. Odpowiedzieli, „Będziemy czekać”. Przed ich wyprowadzką widzieliśmy się jeszcze tylko raz, a potem napisałam do nich, gdy kupiłam bilet. Mieliśmy spędzić wspólnie Święta w Melbourne. W sumie się nie znaliśmy, ale zarówno oni, jak i ja, bardzo cieszyliśmy się na to spotkanie.

Wróćmy jednak do chwili wyjazdu z Sydney do Brisbane. Wsiadłam w nocny pociąg, a kuzyn Magdy miał odebrać mnie ze stacji.

„I’m driving the white van”, napisał.

„I have two green backpacks”, odpisałam z uśmieszkiem.

Z samochodu wysiadł trochę zarośnięty cwaniaczek w roboczych ciuchach, ucałował mnie na dzień dobry i zabrał do domu. Siedzieliśmy w pokoju, dyskutując po angielsku o tym, skąd się wzięłam i kim właściwie jestem. Boże, ile ja się namęczyłam żeby go zrozumieć! Po jakieś półtorej godzinie poszłam rozpakować plecak, a on zajrzał nieśmiało do pokoju i powiedział: „Czuj się, jak w domu.” Po polsku! Piękną polszczyzną kazał mi się czuć, jak w domu! Co za drań, nic się nie wysypał, a ja się tak pociłam.

W Brisbane miałam zostać na weekend. Zostałam na tydzień, nigdy nie dojechałam do Cairns, a bilet zmieniłam. Po prostu świetnie się razem bawiliśmy. Po przyjacielsku. Były długie rozmowy, wypady na plażę i na piwo, wspólne oglądanie filmów i polskich teledysków do trzeciej nad ranem, poszukiwanie kangurów na wolności, było porozumienie dusz. A potem było dziwne przeczucie, że jeszcze się spotkamy…

Kolejne dwa tygodnie, cudowne dwa tygodnie, spędziłam w Melbourne, u Magdy i Bartka. Boże Narodzenie, pierogi, choinka. Potem był Sylwester i… kto do nas dołączył? Kuzyn z Brisbane.

Poznajcie Sama.

Zmieniłam plany

Moja podróż dookoła świata musiała trwać dalej, chciałam żeby trwała, więc kilka dni po Nowym Roku wyfrunęłam na nowy ląd, do bajkowej  Nowej Zelandii. Minęło zaledwie kilka dnia, a w Nowej Zelandii wylądował… Sam i wybraliśmy się na krótkie wakacje. Wariat postanowił mnie gonić! No wariat. Och, ile my mamy wspomnień z tego okresu. Najpierw struchlała ja, czekająca na prawie nieznajomego w Christchurch. Nie zapomnę tych uczuć nigdy w życiu. Potem wycieczka przez nowozelandzkie bezdroża i spełnienie, naszego wspólnego jak się okazało, marzenia o podróży kamperem.

Julia i Sam w Nowej Zelandii

Wydawało nam się wtedy, że tak dobrze się znamy, że wiemy o sobie tak wiele. Nie znaliśmy się wcale, a mimo wszystko postanowiłam się zawrócić. Wsiedliśmy do samolotu trzymając się za ręce, przekonani że dobrze robimy. Kilka godzin później wylądowaliśmy w Brisbane.

To był intensywny czas. Pełen wzlotów, upadków nie było. Ceniliśmy każdą minutę, którą było nam dane spędzić razem, bo wiedzieliśmy że tych minut nie ma zbyt wiele, że w końcu będę musiała wylecieć, ruszyć dalej, bez wiedzy o tym, kiedy spotkamy się ponownie. Nie nudziliśmy się ani przez chwilę, a potem ze łzami w oczach, płacząc jak dwójka dzieciaków w piaskownicy, powiedzieliśmy sobie: „Do zobaczenia”.

Spotkaliśmy się w Meksyku

Po dwóch miesiącach „do zobaczenia” się spełniło. Spotkaliśmy się, na drugim końcu świata, w kolorowym Meksyku. Tak, Pan Wariat, kuzyn, Sam, znowu za mną poleciał! Uwierzycie? I rozkochał mnie w sobie po uszy! Potem poleciał po raz trzeci, za kolejne dwa miesiące, tym razem do Polski, żeby poznać moją rodzinę, przyjaciół, moje miejsca i życie, żeby złapać mnie za rękę i wsiąść razem do samolotu.

I nigdy nie wracaj!

Obydwoje wiedzieliśmy od początku, że to, co nas połączyło, jest wyjątkowe. Obydwoje wiedzieliśmy także, że jedno z nas poniesie za tą szaleńczą miłość wysoką cenę – padło na mnie. Musiałam zostawić wszystkich za oceanem, żeby rozpocząć życie na nowe, żebyś ruszyli we wspólną podróż przez świat. Dziś Brisbane jest naszym domem.

A co jeśli musisz rzucić wszystko, żeby odnaleźć szczęście na drugim końcu świata? Kliknij i zamów moją książkę