Myślałam, że to będą wakacje, że wyjadę i od razu się wyluzuję, odetnę od wszystkiego, a tu nic. Wręcz odwrotnie. Ciągły stres. I to chyba nie tylko związany z pobytem w Bangkoku. Czy starczy mi pieniędzy, gdzie mam dalej jechać, gdzie spać, czy tam jest bezpiecznie. Każdego dnia zadaję sobie różne pytania. Pytania, na które ciągle nie znajduję odpowiedzi. A głównie pytam się siebie, po co właściwie wyjechałam? Chyba potrzeba mi odpoczynku. Plaża, piasek, szum fal… kierunek Krabi.

Ton Sai podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Ton Sai

Na lotnisku kupuję kawę i tosta. Umieram z głodu. Bording opóźnia się 40 minut. Czekam. „Więc lecisz do Krabi?”, pyta dziewczyna siedząca obok. Tak. Do Krabi. Pyta gdzie. Odpowiadam, że nie wiem. Może stamtąd popłynę na Koh Lipe. Ona nigdy nie była na Koh Lipe, ale mówi, że powinnam za to wybrać się do Ton Sai. To dla nie wyjątkowe miejsce, będzie tam już po raz trzeci i zostaje na 3 miesiące. Nazywa się Devin. Postanawiam jechać z nią.

Na lotnisku w Krabi wsiadamy do autobusu, 150 Bahtów. Okazuje się, że mamy takie same okulary przeciwsłoneczne. To musi być dobry znak. Devin pyta, czy kiedyś się wspinałam. Nigdy. Pyta czy chcę. Czemu nie, odpowiadam. Pyta, jaki mam rozmiar buta. 36. Świetnie! Ona ma dwie pary i ten sam rozmiar. Jutro będziemy się wspinać. Autobusem jedziemy do Au Nang. Devin zawsze zatrzymuje się w domkach Jungle Hat. Obsługa jest podobno najfajniejsza i jest najtaniej. Pytam, czy są robaki i inne stwory. Mówi, że widziała nawet węża kobrę i zauważa moją minę. Urywa. Mówi, że nic więcej mi nie powie, bo nie będę chciała jechać. Z Au Nang tutejszą taksówką, czyli łódką za 100 Bahtów płyniemy na plażę Ton Sai. Devin mówi, żebym nie patrzyłam w stronę morza, tylko w stronę lądu. Morze będę oglądać każdego dnia, a ląd widać tylko z łódki. Więc patrzę i podziwiam. Wielkie skały, dużo zieleni, dpokój. Totalny spokój. Cała podróż autobusem i łódką zajmuje jakąś godzinę. Lot z Bangkoku do Krabi – godzinę dwadzieścia minut. W przeciągu kilku godzin trafiam z hucznej stolicy, do miejsca gdzie czas nie płynie. Witamy na Ton Sai.

Ton Sai to plaża, zatoczka, na półwyspie zachodniego wybrzeża Tajlandii. Nie dotarła tu masowa turystyka. Jest trochę brudno, miejscami nawet bardzo. Od czasu do czasu z dżungli wybiegają małpy, które robią trochę zamieszania. Wszyscy się znają. To miejsce definiują ludzie. Jest takie, jakie oczekują Ci którzy tu przyjeżdżają. To najlepszy dowód na to, że to od ludzi właśnie wszystko zależy. Jeśli narzekamy, że gdzieś jest za bardzo turystycznie to pamiętajmy, że tam jest tak jak sobie człowiek życzy. Są wielkie hotele, bo takich się szuka. Są sklepy z pamiątkami, bo się je kupuje. Są zorganizowane wycieczki, bo jest na nie zapotrzebowanie. A na Ton Soi są bungalowy, ściany to wspinaczki, obskurne knajpki i hipisowski klimat. Wielka turystyka omija to miejsce. Ciekawe, ile jeszcze to potrwa.

Z łódki zwanej „longboat” wysiada z nami jeszcze jeden chłopak. Devin od razu do niego zagaduje. Nazwy się Kail, jest z Alaski, ma 18 lat. Chce się nauczyć wpinać, dlatego tu jest. Devin zabiera mnie i Kaila. Idziemy w górę, spory kawałek. Po drodze mijamy kilka ośrodków z domkami. Jedne lepsze, jedne gorsze, inne dopiero się budują. Docieramy. Devin rzuca się na szyję właścicielce.

Kierujemy się wgłąb dżungli. Miejsce nazywa się Jungle Hut i nie ma nic wspólnego z plastikowymi kurortami. W moim bambusowym domku jest łóżko z moskitierą i łazienka. Żeby do niego wejść, trzeba wspiąć się kilka stopni w górę. Domek kosztuje 100 Bahtów, czyli jakieś 10 zł. Przed drzwiami stoi tuńczyk w puszce. Dla kotów. Dużo ich tu. Ja nie lubię kotów. Jedyny, którego akceptuję to kot mojej przyjaciółki Anety, Mośka. Ale Devin mówi, że te koty z dżungli są fajne. Faktycznie są jakieś takie inne… tak, jakby nad wszystkimi czuwały. Kail mówi, że nie ma w domku prądu. Ja jeszcze nie sprawdzałam, ale Devin uprzedza moje zamiary. „Zapomniałam Wam powiedzieć. Prąd jest od 18.00 do 6.00 rano. To dżungla”. Jest dopiero 14:00.

Umieram z głodu. Zresztą nie tylko ja, więc ruszamy w dół, w kierunku plaży. Dołącza do nas Bill, totalnie wyluzowany czterdziestolatek. Będzie udko z kurczaka z ryżem. Chicken Mama. Wszyscy się tu znają. Kail i ja jesteśmy nowi. Czas na deser, czyli mrożonego szejka o smaku lodów ciasteczkowych Haagen Dazs. Pycha. Z dżungli przybiegły małpy. Wskakują do kuchni. Rozdzierają worki ze śmieciami. Robią sporo zamieszania w otaczającym spokoju. Dołącza do nas para z Niemiec i ze Stanów. I jeszcze raz – wszyscy się znają. Wspominają. Czuję się dobrze w swoim towarzystwie. A ja powoli przestaję czuć się tu dobrze… siadam na plaży. Obserwuję tych, którzy wspinają się w zasięgu wzroku. Staram się poczuć swobodnie, ale coś mi nie pozwala.

W domku czeka na mnie dwóch gości. Karaluchy. Zaczyna się.

Wieczorem znowu idziemy jeść. Uzbrojeni w psik psiki na komary, bo te tu podobno mogą mieć malarię i latarki, żeby swobodnie dotrzeć do domku. Spotykamy się w jeszcze większym gronie ludzi, którzy dobrze się znają. Po jedzeniu czas na piwo i skręty. Są oni i jestem ja. Brakuje mi moich przyjaciół. To jest ten czas, kiedy mi Was brakuje! Anetka, Sylwia, Kamka, Kaśki, Agatka, Tuśka, Gośki i wszyscy którzy tam jesteście – nie możecie się tu teleportować? Usiadłabym tak z Wami. A teraz się z Nimi. Są super mili. Devin stara się o mnie dbać. Rozmawiamy. Interesują ich czasy wojny i Polska. Kalin opowiada, że będzie łowił łososie. To u niego, w Alasce rodzinna tradycja, Bill odpływa nieco. Rano mamy płynąć, gdzieś się wspinać. Spędzamy miły wieczór, w gronie super ludzi, ale to chyba nie jest to czego mi teraz potrzeba.

Dwa karaluchy twardo na mnie czekają. Niewiele myśląc biorę gaz pieprzowy który mam ze sobą na czarną godzinę, W końcu to powinno je wykończyć. To było raczej kiepski pomysł. Siedzę przed domkiem. Do środka nie da się wejść. Jestem bliska łez. Ty głupia blondynka, skąd ci się biorą takie pomysły! Po pół godziny kończę polowanie. Tym razem sukces. Gaz nieco osłabił przeciwników. Trafieni klapkiem. Osłonięta moskitierą odpływam przy dźwiękach dżungli.

Postanawiam ruszyć dalej. Żegnam się z Devin ze łzami w oczach, ale wiem, że nie tego teraz potrzebuję. Obiecuję jej, że kiedyś tu wrócę, ale teraz nie mogę zostać. Po prostu. Miejsce jest cudowne, trochę brudne, ze specyficznym klimatem. Pasuje do ludzi, którzy tu są. Wrócę. Na pewno tak. Łapię łódko-taksówkę za 100 Bahtów i płynę do Au Nang, Stąd chcę ruszyć na Koh Lipe, wyspę którą poleciły mi moje dwie tajskie kumpele. Może tam znajdę to, czego mi potrzeba…

Wysiadając z łódki zagaduję do dziewczyny, nauczyłam się tego od Devin, w podróży musisz być otwarty. Przynajmniej próbuj być otwarty, jeśli ktoś okaże się niefajny, możesz po prostu przestać mówić. Dziewczyna nazywa się Dominika i jest z Ekwadoru. Dziś wraca do Bangkoku, a potem jedzie do Korei, gdzie pracuje. Jemy razem obiad. Rozmawiamy o Ameryce Południowej. Notuje w moim zeszyciku, co powinnam tam zobaczyć. Odprowadzam ją na autobusem i ruszam na poszukiwanie noclegu, bo na Koh Lipe mogę jechać dopiero rano. Mam chwilę na poznanie turystycznego Au Nang.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.