Była w moich planach już podczas podróży dookoła świata. Wtedy nie wyszło, tak to z planami bywa, i trafiłam w zupełnie inny zakątek, ale teraz nie mamy wyboru, bo w końcu na ślubie nie wypada się nie pojawić. Lecimy więc na Koh Samui! Będzie ślub w Tajlandii.

Koh Samui podczas majówki 2014. Australia – Shenzhen – Hong Kong – Makau – Polska – Turcja – Tajlandia – Singapur.

Koh Samui, to chyba, zaraz po Pukhet, najbardziej znana destynacja turystyczna w Tajlandii. Palmy, plaże, beztroskie lenistwo. Zgodzicie się? Ta rajska wyspa leży po wschodniej części Tajlandii, w Zatoce Tajlandzkiej Morza Południowochińskiego i jest trzecią, co do wielkości wyspą w tym kraju. Nadal jest jednak na tyle mała, że skuterem można ją objechać w kilka godzin (i warto to zrobić!).

Samolot na Koha Samui

Można tu dotrzeć lądem i wodą z Bangkoku, wystarczy złapać autobus i potem prom, ale że my przemieszczamy się z dalekiej pięknej północy, łapiemy samolot i w mig (ziuuuuu!) jesteśmy na miejscu. Z lotu ptaka widoki są boskie, woda niebieska jak Blue Curacao, to będą wakacje z prawdziwego zdarzenia! Klapki, słomiany kapelusz, piasek w kieszeniach, kokos i krem z filtrem. Swoją drogą, też tak macie, że ten specyficzny zapach olejku do opalania przenosi was w wymarzoną urlopową rzeczywistość?

Nocleg z Airbnb

Nocleg znaleźliśmy przez Airbnb. Pierwszy raz zdecydowaliśmy się skorzystać z tego jakże ciekawego systemu wynajmowania łóżek i pokoi od nieznajomych. Z pewną dawką niepewności, wybraliśmy i opłaciliśmy fajnie wyglądający pokój z basenem i widokiem na ocean. Bardzo fajnie wyglądający pokój, ale teraz gdy stoimy na lotnisku i widzimy zdziwione miny Tajów zerkających na wskazany przez nas adres, zaczynamy się zastanawiać, czy to miejsce na pewno istnieje. Bo wiecie, kiedyś już brałam udział w historii o nieistniejącym hotelu.

Dawno dawno temu, wybrałyśmy się z siostrą i z malutką jeszcze wtedy Celinką siostrzenicą do Sopotu. Moja, z reguły dobrze zorganizowana, starsza i mądrzejsza siostra (która też uwielbia podróże) zorganizowała hotel. Wyglądał super. Na zdjęciach, bo okazało się, że to miejsce nie istnieje. NIE ISTNIEJE! To było z resztą oszustwo na większą skalę i nie tylko my dwie blondynki z Milanówka dałyśmy się nabrać. No ale do rzeczy – dziś jesteśmy z Samem na Koh Samui i opowiadam mu tę historię, że miał być hotel, że nie było hotelu, że ktoś nas zrobił w bambuko, że teraz może też tak jest, że… „Cicho! Nawet tak nie żartuj”, odpowiada Sam, nieco zmartwiony. 

W końcu udaje nam się zapakować do busika jadącego mniej więcej w tym kierunku, w którym powinniśmy jechać (na lotnisku możecie skorzystać, albo z lotniskowego transportu, albo iść piechotę) i ruszamy z nadzieją, że ten pokój z pięknym widokiem jednak istnieje. Kierowca zatrzymuje się na poboczu i wskazuje na małą uliczkę pnącą się w górę niczym drabina, „To chyba, gdzieś tam, ale ja tam nie podjadę”. My nie mamy wyboru.

Zgrzani 30-stopniowym upałem wspinamy się prawie na czworaka, ale okazuje że było warto, bo on istnieje, nasz piękny pokój z widokiem naprawdę istnieje! Uratowani! Postanawiamy więc rozkoszować się naszym prawie prywatnym basenem i nieprzeciętnymi krajobrazami. Będziemy tą czynność powtarzać z przyjemność przez następne kilka dni. Od tej chwili zakochałam się w Airbnb. Bo zapomniałam dodać jeszcze jedną ważną rzecz – ten pokój kosztował 20 Euro za dzień. Ach…

widoki z naszego pokoju na Koh Samui naszy prywatny basen i Sam nasz prywatny basen i Julia

Zwiedzanie Koh Samui

Szybko organizujemy sobie skuter. Wspinaczka kilka razy dziennie nie wchodzi w grę, więc albo skuter, albo siedzimy w basenie non stop (co wcale nie jest takim złym pomysłem). Po za tym nasz zajebisty hotelo-pokój jest dobre kilka kilometrów od wszystkiego, więc skuter po prostu ułatwi nam życie. 150 Bahtów za dzień i są kaski w naszych rozmiarach! No i co się dzieje, jak tylko przywdziewamy te seksowne orzeszki? No zgadnijcie. Zaczyna lać! Na górze ktoś stracił kontrolę i poodkręcały się chyba wszystkie zawory. Tak, deszcz jest naszym wiernym towarzyszem w tej podróży. Na szczęście szybko mija, a my możemy ruszać!

Na początek – do miasta. Chaweng położone jest blisko lotniska i zdecydowanie jest turystycznym zagłębiem wyspy. Jest piękna plaża ciągnąca się przez 7 kilometrów, ale… jest też hotel przy hotelu, resort pięciogwiazdkowy za resortem czterogwiazdkowym, knajpa meksykańska, australijska, indyjska, kawiarnie, sklepy, targowiska, taksówki, masaże, kluby, bary i puby, skutery, gwar i hałas. Jesteśmy poza sezonem, a na ulicach i tak szalone tłumy. Jak możecie się domyśleć Chaweng to nie do końca nasze klimaty, więc po spotkaniu z weselnymi gośćmi jedziemy na południe. Przez kolejne dwa dni będziemy jeździć tam, gdzie nie powinniśmy i odkrywać wsypę na własną rękę.

Plan jest następujący – okrążyć wyspę dookoła i przejechać w poprzek. I okazuje się, że im dalej się zapuszczamy, im więcej błądzimy, tym jest fajniej. Są uprawy palm kokosowych, malutkie wioski, markety gdzie jadają miejscowi i puste, szerokie plaże. Więc… kąpiemy się na golasa, opalamy się na golasa i… wsuwamy świeżutkie kokosy, popijając najsmaczniejszym w świecie sokiem z arbuza. Pachniemy kremem do opalania, brodzimy w wodzie, i mamy piasek między pośladkami. Tak – jesteśmy na wakacjach. Yupi!

kokosy na Koh Samui palmy

W jednej ze spokojnych zatoczek przyplątuje się do nas pies podróżnik i przez chwilę spacerujemy razem. Dajemy mu na imię Fred, szybko się zaprzyjaźniamy i smutno jest się rozstać, ale… czas na nas. Od czasu do czasu odbijamy wgłąb lądu i wjeżdżamy w góry, a widoki z góry są niesamowite, bo wokół Koh Samui porozrzucane są niczym ziarenka ryżu, malutkie, bajecznie zielone wysepki wchodzące w skład Mu Ko Ang Thong National Marine Park. Niestety tym razem dane nam będzie oglądać je tylko z tej perspektywy, ale nie ma co płakać – zawsze warto mieć powód, żeby gdzieś wrócić, co nie?

Południowy-zachód Koh Samui jest dość ruchliwy. To tu znajduje się chyba największy port na wsypie i to między innymi stąd odpływają promy w każdym wymarzonym kierunku. My też wyruszymy stąd alej w świat, ale to jeszcze nie teraz.

Julia i Sam na Koh Samui plaża na Koh Samui

Zachodnie wybrzeże Koh Samui jest mniej turystyczne niż wschodnie (gdzie leży Chaweng). Na zachodzie plaże są mniejsze, hotele pochowane są wysoko w górach, jest mniej kiczowatych sklepów dla przyjezdnych, a więcej miejscowych barów z wyśmienitą kuchnią. Sam wypatruje, gdzieś starszą Panią Tajkę mieszającą w woku pod parasolem. Obok sześć plastikowych krzeseł i stolik nakryty ceratą. Ciągnie mnie za rękę, „Tu będziemy dziś jeść”. Nie do wiary, ten sam facet który jeszcze niedawno patrzył na mnie nieufnie, gdy ciągnęłam go na bazar w Meksyku, dziś wybiera na kolację najbardziej obskurną knajpę przy ulicy! A jedzenie jest tu najsmaczniejsze. Nie wiem, jak udało nam się coś zamówić, bo starsza Pani Tajka ani mru mru po angielsku, ale udało się. Wsuwamy, aż nam się uszy trzęsą, a potem za zakrętem zatrzymujemy się na roti z bananem, czyli nasze ulubione tajskie naleśniki. Mniam!

Więc koniecznie będąc na Koh Samui wypożyczcie skuter i w drogę! Nie wyobrażam sobie lepszego sposobu na poznanie tej już nieco skomercjalizowanej wyspy. Można jechać w kółko, można jechać przez środek, można zwiedzać wodospady i można zostać nudystą. Na Koh Samui jest, co robić.

Ślub W Tajlandii

No ale koniec tego, w końcu przyjechaliśmy tu nie z byle powodu. Będzie ślub w Tajlandii! Trzeba się szykować, włosy, sukienka, makijaż i hop na skuter w tym iście wieczorowym wydaniu. Śmigamy do Chaweng, bo to będzie ślub na plaży, a w Chaweng plaże są najładniejsze.

Na piachu leżą swawolnie porozrzucane płatki fioletowych kwiatów, po bokach porozstawiane równiutko krzesła w białych, jak śnieg ubrankach, morze powoli wycofuje się, sprawiając że plaża jest coraz większa. Wisienką na torcie jest wielkie serce oplecione misternie ze storczyków i róż. Słońce nadal pali, jest gorąco, ale delikatna bryza ratuje sytuację. To będzie piękny ślub!

ślub na Koh Samuilampiony w Tajlandii

Nie nasz, chociaż mogłabym sobie taki wymarzyć. To ślub siostry Sama. Wszystko zorganizowane perfekcyjnie, idealna ceremonia, potem kolacja na plaży i puszczanie w niebo zakochanych lampionów. Jest smacznie, rodzinnie i uroczo. Chaweng Regent Beach Resort to miejsce idealne na taką okazję, więc jeśli zastanawiacie się nad ślubem na plaży, to to będzie całkiem dobry wybór.

Na zakończenie wieczoru, siadamy z butelką wina na naszym małym tarasie, wypatrujemy spadających gwiazd, wsłuchujemy się w szumiące w oddali morze i obserwujemy parę małych gekonów polujących na wielką ćmę.

gekon w akcji

To stanowczo najbardziej szałowy nocleg, jaki mieliśmy w tej podroży i relaks na całego, ale… podsumowując – Koh Samui było fajne. Dla nas na raz. Jeśli wrócimy to tylko po to, żeby pozwiedzać Mu Ko Ang Thong National Marine Park, ale  Koh Samui ma do zaoferowania coś dla każdego. Miłośnicy niskobudżetowych wojaży mogą przespać się w hamaku, a Ci którzy kochają luksusy mogą w luksusach przebierać. Koh Samui ma zielone góry i piękną rafę koralową, ma błękitną wodę, piaszczyste plaże i mnóstwo atrakcji, ale ma też mnóstwo turystów. To nie jest miejsce na odcięcie się od rzeczywistości, ale na urlop – tak.

zachod słońca na Koh Samui

Kupujemy bilety na prom w jednym z biur podróży. Postanowiamy przyoszczędzić, nie wiem po co bo to oszczędność rzędu 20 złotych, ale wąż w kieszeni daje o sobie znać. Więc przyoszczędzamy i w zamian za to płyniemy rozpadającą się łódką, z godzinnym przystankiem w samo południe na Koh Phangan. Gdy wreszcie docieramy na miejsce mamy ochotę leżeć, a przed nami dodatkowa atrakcja – znalezienie noclegu. Życzcie nam powodzenia. Proszę.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie nam bardzo miło. Dziękujemy.

Julia i Sam.