Miał być ślub na Zanzibarze. Kameralnie, romantycznie, dokładnie tak, jak to sobie wymyśliłam. Tylko my, nasi przyjaciele i wszechobecny święty spokój. Ślubu nie było. Spokoju też nie. I to bynajmniej nie dlatego, że któreś z nas postanowiło uciec sprzed ołtarza! Mamy za to historię na dość skandaliczny bestseller. W roli głównej – Dorota Katende Vanilla House.

Autorką tego tekstu jest nasza przyjaciółka, Aneta. Stwierdziliśmy, że to ona, jako niedoszła panna młoda, powinna napisać, co wydarzyło się podczas naszego wyjazdu na Zanzibar we wrześniu 2017 roku.

Długo szukaliśmy odpowiedniego miejsca i osoby, której moglibyśmy zaufać przy organizacji tak ważnej ceremonii. Zależało nam nie tylko na tym, aby było bajkowo, ale przede wszystkim na tym, żeby ten ślub na Zanzibarze odbył się zgodnie z zasadami prawa. Dobre recenzje zaprowadziły nas pod drzwi Vanilla House, pensjonatu położonego w uroczej wiosce Jambiani, i do biura podróży Safari Travel, których właścicielką jest Dorota Katende — promotorka Afryki i autorka książek „Dom na Zanzibarze” i „Kobiety na Zanzibarze”.

Ustaliśmy szczegóły, zarezerwowaliśmy pobyt, podpisaliśmy umowę, przelaliśmy pieniądze i ruszyliśmy w drogę na Zanzibar. My z Polski, Julia i Sam z Australii.

Dorota Katende i jej dom na Zanzibarze

Do Vanilla House przyjechaliśmy w niedzielny wieczór, na dwa dni przed naszym planowaną ceremonią. Wtedy jeszcze nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy, a może po prostu nie zwracaliśmy uwagi na te drobne szczegóły?

Następnego dnia, tuż po śniadaniu, właścicielka poprosiła nas o rozmowę. Szybko wprowadziła nas w temat sąsiedzkich kłótni oraz swoich prywatnych, małżeńskich problemów.

Według relacji właścicielki owi sąsiedzi, także Polacy, nieustannie uprzykrzali jej życie, a ich głównym celem było przejęcie Vanilla House. Podobno nawet podkradali jej gości — ci, którzy w pensjonacie zatrzymali się przed nami, mieli bez słowa opuścić swoje pokoje, aby przeprowadzić się za płot.

Jeszcze ciekawiej zrobiło się przy tematach małżeńskich. Justin, mąż pani Katende, został nam przedstawiony jako narkoman i dealer, który również czyha na jej dobytek i rości sobie prawo do nieswojego majątku.

Złapaliśmy haczyk. Zaczęliśmy pocieszać nieco zdruzgotaną kobietę.

Na koniec pani Dorota uprzedziła nas, że musi jechać do miasta, aby załatwić jakieś dokumenty i wróci dopiero po południu. Powiedziała, że w ciągu dnia może zjawić się ktoś z urzędu, a gdyby pytał, kim jesteśmy, mamy odpowiedzieć, że kuzynami.

Niepewnie przytaknęliśmy i zajęliśmy się najzwyczajniejszym wakacjowaniem. W końcu przyjechaliśmy tu na urlop, a dzień zapowiadał się przjemnie — piękne widoki, słońce i plaża. My z Julią siedziałyśmy na górze i szykowałyśmy się do ślubu, który miał odbyć się nazajutrz. Chłopaki popijali piwo na parterze.

Niespodziewana wizyta

W pewnej chwili usłyszałyśmy, że na dole jest jakieś zamieszenie. Kątem oka zauważyłyśmy mundurowego. Niedługo później na górę wpadł Sam wraz z moim narzeczonym. Przyszli po paszporty, mieli się wylegitymować.

Na dole czekał nie jeden a pewnie dziesięciu urzędników. Był ktoś z policji, biura imigracyjnego, urzędu skarbowego czy turystycznego i wojsko. Cała grupa! Kilku panów miało krótką broń przy pasie. W tym zbiegowisku znalazła się też zanzibarska telewizja!

Chwilę później o paszporty zostałyśmy poproszone także my – urzędnik pofatygował się na pięterko, gdzie my miałyśmy relaksować się podczas masażu. Oczywiście, nikt się nam nie przedstawił i z niczego nie tłumaczył. Zestresowana obsługa Vanilla House błagała nas ukradkiem, abyśmy potwierdzili, że jesteśmy kuzynami, ale żaden z funkcjonariuszy nie zadawał nam szczególnych pytań. To nie my byliśmy celem, tylko pani Katende, która zapadła się pod ziemię.

Wierzcie mi — spotkanie z taką ilością afrykańskich urzędników, nie jest niczym przyjemnym! Szczególnie gdy wokół nie ma tej osoby, która może wyjaśnić sytuację i zadbać o twoje bezpieczeństwo…

Niespodziewani goście wyszli po jakiś trzech godzinach i dopiero wtedy, po kilku próbach, udało nam się skontaktować telefonicznie z właścicielką. Kluczową informacją okazało się to, co powiedzieliśmy  – „Czy na pewno potwierdziliście, że jesteście moimi kuzynami”, powtarzała pani Katende, nie przyjmując do wiadomości, że nikt nas o nic nie pytał. Na sugestię, że może to nie to jest teraz najważniejsze, że chcielibyśmy usłyszeć wyjaśnienia, rozłączyła się.

I jeszcze bardziej niespodziewany rozwój wydarzeń

Mimo że sytuacja stawała się coraz bardziej niezrozumiała, staraliśmy się zachować dobry humor. Liczyliśmy na to, że właścicielka zjawi się za chwilę z jakąś dobrą historią i wszystko odkręci. Przecież zorganizowaliśmy pobyt przez biuro podróży!

Niedługo potem zorientowaliśmy się (wcześniej ani urzędnicy, ani obsługa, ani pani Dorota, nie poinformowali nas o tym), że parter Vanilla House, gdzie znajduje się kuchnia, został oficjalnie zamknięty. Urzędnicy zostawili do dyspozycji jedynie piętro, gdzie znajdowały się nasze pokoje — możemy się tylko domyślać, że to było dla nich łatwiejsze rozwiązanie.

Wiedzieliśmy już, że nie możemy tam zostać (zarówno ze względów legalnych, jak i naszego bezpieczeństwa), a zaplanowany ślub raczej się nie odbędzie. Poza tym, kto chciałby brać z ślub w takiej atmosferze?

Gdy kolejny raz udało nam się dodzwonić do właścicielki (tak — nam udało się dodzwonić), wiedzieliśmy już, że pora zbierać walizki. Właścicielka jednak uparcie brnęła w to, że opłaciła już jutrzejszą ceremonię, a przez nas będzie strata (tak — przez nas będzie strata). Wspomniała, że może pomóc nam załatwić inny nocleg, skoro Vanilla House jest do połowy nieczynne. Podziękowaliśmy, powątpiewając w jakość świadczonych przez tą panią usług. Zmęczeni, zestresowani i wkurzeni chcieliśmy już tylko odzyskać nasze pieniądze za ślub i tygodniowy pobyt, i wyjechać stamtąd jak najszybciej. Poinformowaliśmy o tym telefonicznie wciąż nieobecną właścicielkę, prosząc, aby jak najszybciej spotkała się z nami i rozliczyła.

Zapadła już noc, kiedy to w oczekiwaniu na nią, odwiedził nas mąż, Justin (ten przedstawiony nam wcześniej jako narkoman i dealer). Przepędził ochroniarza i oświadczył, że to jego dom, a my nie mamy prawa w nim przebywać. Zaczęliśmy się pakować w pośpiechu, a dobre humory przepadły na dobre.

Czekaliśmy cierpliwie na panią Katende. Doczekaliśmy się na telefon od niej. Okazało się, że… źle się czuje, nie jest w stanie prowadzić auta, więc nie wróci dziś do domu… Była nam za to w stanie wysłać kilka esemesów dziwnej treści poruszających kwestie zaufania.

Pewnie nie wiecie, ale na Zanzibarze mieszka sporo Polaków. Są właścicielami hoteli, szefami kuchni, menadżerami. Pomocni i przyjacielscy — to dzięki nim, mieliśmy gdzie przenocować tej nocy.

Ze ślubu nici

Dzień niedoszłego ślubu zamienił się w mały koszmar. Od rana zastanawialiśmy się, jak odzyskać pieniądze, a w głowie rysowały się najgorsze scenariusze. Poprosiliśmy panią Dorotę, aby do godziny dziesiątej przesłała nam potwierdzenie przelewu, bo inaczej udamy się na policję i poinformujemy ubezpieczyciela. W odpowiedzi usłyszeliśmy – „Zadzwoni do was moja adwokatka”. Od tamtej pory nie rozmawialiśmy z panią Katende.

Kilka godzin później, adwokatka poinformowała nas, że jej klientka nie może wrócić do Vanilla House, ponieważ zostanie aresztowana (!), a my mamy się wstrzymać z działaniami (serio?). Przelew na pewno zostanie wykonany.

Próbowaliśmy dodzwonić się także do biura Safari Travel w Trójmieście, ale włączająca się w godzinach pracy poczta głosowa, wskazywała na to, że jest zamknięte. Nie wróżyło to nic dobrego.

Przelewu wciąż nie było, a nasze zaufanie zostało już nieźle nadszarpnięte, więc w końcu pojechaliśmy na policję. Funkcjonariusz poinformował, że Dorota Katende nie płaci podatków za swój dom na Zanzibarze i stąd to zamieszanie (nie wiemy, czy to była prawda).

Sprawę zgłosiliśmy także do ubezpieczyciela biura podroży Safari Travel, Signal Iduna.

Na facebookowej stronie Vanilla House & Safari Travel zostawiliśmy informację dla innych, że dom został zamknięty przez oficjalne służby. Kolejni, nieświadomi goście mieli się tam zjawić na dniach. Nikomu nie życzyliśmy, aby przeszedł przez to samo piekło co my…

Wszystko wskazuje na to, że nasze wzmożone działania, zadziałały. Późnym wieczorem, podczas kolacji, dostaliśmy potwierdzenie wykonaniu przelewu, a następnego dnia… pretensjonalnego maila  (oczywiście bez słowa „przepraszam”)! Pani Dorota zażądała odkręcenia sytuacji i wysłania pisma do ubezpieczyciela potwierdzającego, że odesłała pieniądze (z nią na CC) oraz wizyty na policji, aby ją usprawiedliwić.

Czy spytała, czy może trzeba nam w czymś pomóc? Chyba potraficie sami odpowiedzieć na to pytanie.

Recenzje Vanilla House

Po zostawieniu recenzji na Facebooku (która chyba nie jest już widoczna dla wszystkich?) na Dorotę Katende i Vanilla House wylała się fala żalu i pretensji. Nagle okazało się, że nie tylko my czuliśmy się niesprawiedliwie potraktowani przez właścicielkę, a rzeczywistośc i opowieści Doroty okazały się dwoma równoległymi światami. Otworzyliśmy puszkę…

„Mam wrażenie zajmuje się głównie promowaniem siebie jako wielkiej pisarki, niemal celebrytki.”

„My byliśmy 6 dni i uciekliśmy, chociaż zapłacone było za 12 nocy”.

„Miało być 12 dni w raju a była ucieczka do innego hotelu, stres, syf, trauma, naloty policji i wizyty na komisariacie. Czy tak mają wyglądać „wakacje życia”?”

„Bo od momentu, kiedy postawiliśmy stopę na Zanzibarze, wszystko było zorganizowane na kolanie. Cały czas musieliśmy być czujni, bo może coś jest niedograne, albo może ktoś o nas zapomniał”.

„Wszystko to wielka ściema. Pani Katende to chora kobieta, ale przebiegła i bezlitosna bussines woman”.

„Pani właścicielka zwyczajnie bezczelna i arogancka. Moje wpisy są ciagle usuwane lub blokowane wiec już mi się nie chce pisać.”

„Dobrze, że ktoś w końcu zaczął pisać prawdę. Wcześniej było wstyd się przyznać, że dał się człowiek tak naciągnąć.”

Jak widać, goście długo wstrzymywali się z negatywnymi komentarzami, pewnie z różnych powodów. Doskonale to rozumiem – ja również potrzebowałam czasu, aby dojść do siebie i opisać to, co nas spotkało.

I co dalej?

Pieniądze za pobyt i ślub zostały zwrócone.

Za sukienkę ślubną, obrączki, podróż moich przyjaciół z Australii już nikt nie zwróci, ale mówi się trudno, to tylko pieniądze. Jednak żal towarzyszący temu, że ten „najpiękniejszy dzień” się nie odbył, niesmak po tym, jak ani razu NIE usłyszeliśmy słowa „przepraszam”, stres kosztujący znacznie więcej niż cały ten wyjazd, to wszystko zapamiętamy na długo. Niestety.

Nikomu nie życzę takich przeżyć. Jestem na siebie zwyczajnie zła, że byłam tak naiwna, by uwierzyć w bajki Doroty Katende i te cudowne historie opisane w książce „Dom na Zanzibarze”.

Szczęśliwie, dzięki tym wszystkim nieszczęściom, mogliśmy poznać dobrych, pomocnych ludzi, ale o tych spotkaniach opowie wam już Julia.

Do usłyszenia!

Aneta (ta sama, która była z Julią na Kubie, w trakcie podróży dookoła świata).

Podajcie dalej! Ku przestrodze.