Od razu wiedziałam, że to może być właśnie jeden z naszych najciekawszych road tripów. 

Pub Hebel

Road trip Brisbane – Adelajda

Ruszyliśmy wczoraj, na kolację był 5 kilowy hamburger w jednym z najstarszych pubów w Australii.

Słońce grzało niemiłosiernie, a to dopiero początek wiosny. Na wysuszonych polach, z szarości przebijały się dzikie kwiaty australijskiego outbacku zabarwione na intensywny fiolet. Jechaliśmy drogą prostą jak drut. Zgubić byłoby się tu ciężko, bo skrzyżowań niewiele. Zakrętów też. Jedyne, na co trzeba uważać, to wielkie ciężarówki i zwłoki kangurów porozrzucane na skraju drogi. Padlinę czuć przy najmniejszym uchyleniu okna. Pozostają, więc zamknięte.

A widok za oknem niewiele się zmieniał. Niby, bo ta „nicoś” zmieniała się bardzo im dłużej się jej przyglądałeś. Zmieniała się roślinność, ziemia stawała się coraz bardziej czerwona, a ja byłam tą nicością coraz bardziej zaintrygowana.

Zatrzymaliśmy się na kawę w Dirranbandi. Kilka sklepów, kilka domów i kilka przyczep kempingowych zaparkowanych na przerwie. Wszystko wzdłuż głównej drogi, w pobocznych kilka domów.

– Czemu robisz zdjęcia? – zapytała mała, aborygeńska dziewczynka, która wyrosła jak spod ziemi w towarzystwie dwóch koleżanek.

– Żeby pamiętać, gdzie byłam i kogo spotkałam – odpowiedziałam bez zastanowienia.

– Ale przecież wystarczy popatrzeć – dodała rezolutnie – Czemu robisz zdjęcia? – powtórzyła.

– Mogę zrobić zdjęcie Wam, jeśli chcecie – starałam się jakoś wybrnąć.

W ich oczach  zabłysła iskierka, chyba niewiele razy widziały swój portret na ekranie. Odbiegły chichocząc. My odjechaliśmy.

Aborygeńskie dziewczynki

Droga przywiodła nas do skrzyżowania w Hebel, miasteczka położonego niedaleko od granicy stanu Nowa Południowa Walia. Stary pub znany z okładek książek i pocztówek, tzw. General Store, motel, kilka zabytkowych już chyba budynków, to wszystko co miasteczko miało do zaoferowania. Kolejna perełka na środku pustyni. Niby nic…

książka o pubach w Australii

w pubie w Hebel

– Chyba widziałam strusia – krzyknęłam, pewnie za głośno, wypatrujący czegoś w tej nicości, chwilę po tym, jak ruszyliśmy dalej.

Dziesięć minut później dwa emu przeszły nam drogę, przyspieszając gdy tylko zobaczyły aparat. Szybko zniknęły w rozmazującym się od upału powietrzu. A my zniknęliśmy w unoszącym się kurzu – jechaliśmy w kierunku Lighting Ridge.

strusie Emu na Outbacku

kwiaty pustynie

Lightning Ridge to dziwna wioska na pustkowiu, gdzie pasjonaci szukają opali, najbardziej wyjątkowych czarnych opali. Górnicze miasteczko na Outbacku. Kilka kopalni, kilkanaście przydomowych wykopalisk i gorące baseny na gorącej pustyni. I tak od 1902 roku. A, zapomniałabym – i tysiące much, które wytrwale starały się skontrolować stan Twojego uzębienia i czystość uszu. Nie do przeżycia.

Opal to australijski kamień szlachetny. To w Lightning Rige produkuje się podobno 95% z nich. W małym miasteczku, od ponad stu lat, żyje i pracuje w zgodzie ponad 50 narodowości. I jest dziwnie. Tak zresztą chyba powinno być w górniczym miasteczku na Outbacku.

Miejscowi kreatywnie oznaczyli okolicę, aby ułatwić życie turystom, bo tych tu trochę zagląda. Obstawili je pomalowanymi na różne kolory samochodowymi drzwiami, wyznaczając w ten sposób trasy zwiedzania.

niebieskie drzwi Lightning Ridge

My zaczynamy od drzwi niebieskich, gdzie zdzierają z nas $20 AUD od głowy za dziesięciominutowy podziemny spacer, wykonany na własną rękę, czyli zwiedzanie jednej z kopalni (tej, do której prowadzi 30 schodów). Opali nie znajdujemy, więc się nie zwraca.

w kopalni

Stamtąd ruszamy w kierunku drzwi czerwonych, mijając po drodze domostwa (w większości blaszane małe chatki, wyglądające na tymczasowe) obstawiane znakami „Keep out! Private property”. Właściciele pewnie wciąż liczą na ten dzień, kiedy „drogo” zmieni dla nich znaczenie.

Jadąc trasą „czerwonych drzwi”, zwiedzamy tereny mieszkalne, najstarszą część Lightning Ridge. gdzie stoją wyjątkowe domy: Amigos Castle, dziwny niedokończony niby zamek z flagami na dachu (jest i polska) i domy ze ścianami zrobionymi z szklanych butelek. Jest dość… artystycznie.

Amigos Castle

domz butelek

dziwny zamek

I gorąco. Postanawiamy więc się wykąpać. W gorących źródłach, w łaźniach Bore. Woda jest tu pompowana z Wielkiego Basenu Artezyjskiego (Great Artesian Basin), źródła które ma ponad 2 miliony lat i jest największym i najgłębszym artezyjskim źródłem na świecie (do główne źródło wody pitnej w środkowej Australii). Woda w łaźniach ma stałą temperaturę wahającą się między 40 a 50 stopniami Celcjusza. Matko jedyna, wejść tu jest trudniej niż do lodowatego basenu. Stopień po stopniu, powoli, nie ma mowy o wskakiwaniu. Jest ciężko, ale za to, jak się wyjdzie z tej gorącej kąpieli, to pustynny upał zdaje się być niczym.

Niestety, upierdliwe muchy towarzyszą nam nieustannie, nawet gdy jesteśmy czyści i pachnący.

Z Lightning Ridge jedziemy przez strusiową krainę w kierunku Bourke. Jeśli chcecie zobaczyć w Australii dzikie emu, gwarantujemy że spotkacie je na tej trasie. Przechadzają się co chwilę, grzebiąc w ziemi w poszukiwaniu nasion i robali. Leniwie, a potem szybko uciekają gdy tylko Cię zobaczą.

Bourke

Wieczorem miasto jest nasze. W Bourke nie ma żywej duszy. Spacerujemy szerokimi ulicami w osamotnieniu. Jest dziwnie. Wysokie płoty odgradzają dom od domu, wiatr zamiata ulice, od czasu do czasu przejeżdża samochód.

Rano dowiadujemy się czemu. Jeszcze kilka lat temu Bourke uznane było za jedno z najniebezpieczniejszych miasteczek na świecie (biorąc pod uwagę ilość przestępstw na ilość mieszkańców)! Chwilę potrwa zanim otrząśnie się z tej wątpliwej chwały.

Przeczytaj wszystkie wpisy z road tripu Brisbane – Adelajda – Wyspa Kangura:

Czy to taka Australia, jaką chcielibyście zobaczyć czy jednak wybrzeże jest fajniejsze?