Bo gdybym tak mogła stworzyć kraj idealny, połączyć moją Polskę i moją Australię, stworzyć wystrzałowy miks, w którym żyłoby mi się fajnie i nie tęskniło ani za jednym, ani za drugim. Bo gdybym tak mogła zamienić niektóre rzeczy, czegoś się pozbyć, a coś sobie przywieźć. Bo dziś mogę tak sobie pomarzyć…

Pisałam już Wam o 14 rzeczach, które w Australii kocham, o tej jednej, której w Australii nienawidzę i pisałam Wam też o tym, za czym tęsknię na emigracji, bardzo. Dziś w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie, do którego należę, napiszę Wam o 5 rzeczach, które zabrałabym z Australii i 5 rzeczach, które zabrałabym z Polski, żeby stworzyć kraj idealny. Wybór nie jest łatwy. Postaram się, żeby nie były to oczywistości, chociaż na początek zawieje sandałem.

Polska Żegiestów

5 rzeczy, które zabrałabym z Polski do Australii

1) Polską kuchnię i polskie smaki

Pomimo tego, że szczerze uwielbiam krewetki z grilla, australijską wołowinę, popularne fish & chips, hamburgery z burakiem, a nawet chicken parma (czyli pierść kurczaka zapiekaną w pomidorach), nijak się one mają do pierogów z kapustą, schabowego, gołąbków, zupy ogórkowej i sernika.

Australijska kuchnia jest uboga, niestety, a po za tym nie ma to jak smaki dzieciństwa. Odtworzone na emigracji, to nie to samo.

2) Wyczucie stylu i jakość

Dotyczy to wszystkiego – mody, architektury, prasy, telewizji i reklamy. Czasami wydaje mi się, że Australijczycy utknęli w tym temacie, gdzieś w latach dziewięćdziesiątych i to jedna wielka wiocha (pomijając oczywiście centra wielkich miast, chociaż im tam zdarzają się wyjątki). Do tego niespecjalnie się przejmują, czy coś jest na chwilę, czy na długo. Jakość nie ma większego znaczenia. Czasem, jak widzę co się dzieje w australijskich domach, to przeżywam wewnętrzny kryzys. Toż takiego bezguścia, to ja dawno nie widziałam!

To samo na ulicach – matko jedyna, kto wam kazał się tak ubierać (dodam, że o większości europejskich, czy amerykańskich marek możemy tu tylko pomarzyć. Zary są chyba ze 4 w całej Australii, H&My może ze 3 – w Brisbane nie ma, ani jednego ani drugiego, nie będę nawet wspominać o kilku innych moich ulubionych markach)?! Potem otwieram gazetę i mi się wydaje, że to numer ze stycznia 1999. Oczywiście nie zawsze i nie wszędzie, bo australijski Master Chef np. jest najlepiej zrealizowaną edycją na świecie i wymiata (polski może się schować), reklamy społeczne też zwalają z nóg, ale… wyjątki potwierdzają regułę.

3) Szybki internet 

Niby ta Australia taka nowoczesna i dobrze rozwinięta, a jednak… internet i zasięg telefonów komórkowych pozostawiają wiele do życzenia. Nadal są takie miejsce, gdzie przez setki kilometrów możemy zadzwonić jedynie na 112. Ale nie to jest najgorsze, bo w końcu busz to busz, outback to outback, przestrzeń ogromna, więc nie ma co się dziwić.

Najgorsze jest to, że czasem zasięgu w telefonie brak w centrum miasta, a darmowy internet, czyli tzw. free wifi, to wciąż rzeczy, o której w wielu hotelach, hostelach, knajpach, czy na kempingach można tylko pomarzyć. Nie dość, że nie jest darmowy, to jest pioruńsko drogi i często powolny, jak żółw.

4) Szczere i głębokie relacje międzyludzkie 

Bo to fajne, że Australijczycy się do Ciebie uśmiechają na ulicy i są dla siebie mili, ale czasem wydaje mi się, że relacje które budują między sobą przyjaciele, znajomi, rodzina są bardzo płytkie. Brakuje pomiędzy nimi takiej stu procentowej szczerości, brakuje przyznania się, że czasem jest się o co worries mate, że nie zawsze jest tak kolorowo. Brakuje przeniesienia na ten drugi poziom.

Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale wydaje mi się czasem, że to wszystko jest trochę udawane. A w Polsce to i można poszaleć, pośmiać się, pobeczeć i zawsze na siebie liczyć.

5) Historię 

To nie Australii wina, że jest taka młoda i nieopierzona, ale ja nie potrafię się zachwycać 50 letnim zabytkiem! No nie da rady. Nie ma w Australii takich miejsc, gdzie można się cofnąć 500 lat do tyłu, gdzie można poczuć jak żyli nasi przodkowie.

Nie ma w Australii takich historycznych wydarzeń, które pozwoliłyby Australijczykom lepiej zrozumieć kryzysowe sytuacje na świecie.  Australia to trochę taki dzieciak w luksusowej piaskownicy. Może i fajnie, niech tak zostanie.

Crayfish Beach

5 rzeczy, które zabrałabym z Australii do Polski

1) Sposób życia 

Po pierwsze ten wieczny uśmiech na twarzy przechodnia, budzi uśmiech na twojej twarzy i to jest cudowne. Pogaduszki w sklepach, na stacjach benzynowych, w kawiarniach – tu ludzie chyba bardziej cieszą się życiem i sprawiają, że ty też cieszysz się bardziej, bo jak tu się nie cieszyć, jak wszyscy dookoła się cieszą.

Po drugie to łapanie byka za rogi, korzystanie z życia, czerpanie pełnymi garściami. Kempingi, road tripy, śniadania w kawiarni, spacery po plaży, pikniki w parku, wspinaczki, kąpiele w jeziorach…

2) Kolorowe ptaki i palmy

Czemu? Bo są bajecznie piękne! Nigdy nie przepadałam za ptakami, a w Australii ptaki kocham. Są barwne, jak tęcza, śpiewają lepiej niż Madonna i przylatują na mój taras jeść śniadanie 🙂

Zielono-czerwono-niebieskie papugi, białe z żółtym czubkiem, różowo-szare, a do tego jeszcze puchate kookabury i ibisy w wygiętym dziobem. No cudne są! A palmy czemu? Bo są takie wakacyjne. Po prostu.

3) Tanią benzynę

Tu chyba nie trzeba nić wyjaśniać. Patrząc na wariujące ceny benzyny w Europie, ma się ochotę kopnąć w dupę narzekających Australijczyków, dla których $1,50 za litr to dużo.

Gdy dodamy do tego fakt, że średnia pensja w kawiarni to $20 za godzinę, ma się ochotę kopnąć ich dwa razy mocniej! No ale nie można ukrywać, że ceny paliwa tu też idą w górę, a do tego dochodzą olbrzymie odległości, co nie idzie ze sobą w parze.

4) Tasmanię

To jedno z tych miejsc. Wiecie, o co chodzi? Nie dość, że ma dla mnie sentymentalne znaczenie to jest piękna, zachwycająca i niedoceniania. Więc ja ją dzisiaj docenię! Niech jej będzie. Z Australii do Polski zabrałabym Tasmanię. Pasowałaby do krajobrazu?

5) Skrzynki na listy  i przydrożne kiermasze

Australijskie skrzynki na listy są boskie. Widać, że ludzie mają wyobraźnię  i starają się zrobić coś oryginalnego. Są ptaki, mikrofalówki, roboty, kwiatki i kolory. Ale jeszcze fajniejsze niż skrzynki są takie budki/ lodówki/ pudełka porozstawianie przy przeróżnych gospodarstwach, gdzie można kupić smaczne rzeczy.

Co jest w tym takiego wyjątkowego? A no to że przy takiej budce/ lodówce/ pudełku nie ma sprzedawcy, jest tylko tzw. „honesty box„, czyli skarbonka i wiara w to, że ludzie są uczciwi. Chciałabym, żeby to sprawdziło się w Polsce.

Mam w zanadrzu jeszcze kilka punktów: wodę z kranu, bliskość wysp Pacyfiku, koale, klify i plaże, operę w Sydney, kawę i wino, nieodkryte przestrzenie, zapach eukaliptusa, ocean, różowe jeziora, żółwie i rafę koralową, lasy deszczowe, ludzi z różnych stron świata i…