Mówiłam Wam już, że jestem szczęściarą? Jestem. Mam szczęście do ludzi. Kumulacja tego szczęścia przypada na Australię. To seria mniej i bardziej spodziewanych spotkań, nowych przyjaźni, dzięki którym ani przez sekundę nie czuję się sama. Nawet podczas Świąt.

Sydney podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Sydney

Wyleciałam z Bali. W samolocie dostaję kocyk i poduszkę. W ciągu pięciu minut usypiam i budzę się tuż przed lądowaniem. Tak mam ze środkami transportu, że wsiadam i odpływam w krainę snów. Mmm… Ale pora wstawać… Otwieram oczy, rozciągam się, wyglądam przez okno i co widzę? Sydney! Operę! Miasto! Aaaaa! Jestem w Australii. Moje marzenie właśnie się spełniło. Fantastycznie. Jest mi fantastycznie jeszcze w samolocie.

Na lotnisku będzie czekać na mnie Chmurka. Chmurka jest córką cudownej projektantki, z którą kilka razy współpracowałam. Poznałyśmy się z Chmurką kiedyś w charakteryzatorni, nasze spotkanie trwało całe 5 minut. Miałam się odezwać, jak będę w Sydney, bo Chmurka tu mieszka i miałyśmy iść na kawę. Więc się odzywam: „Hej! Tu Julia. Nie wiem, czy pamiętasz, Twoja mama poznała nas w pracy. Jestem sobie w tej mojej podróży dookoła świata i już niedługo będę w Sydney. Będziesz miała chwilę, żebyśmy się spotkały?”. Bip bip. Dostaję odpowiedź: „Hej Julia. Fajnie, że się odzywasz. Śledziłam Twoją podróż na fb i zastanawiałam się kiedy będziesz w Sydney…” . Chcecie wiedzieć, jaka była dalsza treść smsa? Chmurka zaproponowała żebym zatrzymała się u niej i jej narzeczonego! I powiedziała, że odbierze mnie z lotniska! Mam szczęście? Mam. Tym bardziej, że polubiłyśmy się od pierwszej sekundy. I już wiem, że to będzie znajomość na dłużej.

Chmurka i Kochanie, czyli moi gospodarze, mieszkają w cudownej części Sydney – Darling Point, a widok z ich balkonu powala. Zobaczcie sami. Port, łódeczki, a z drugiej strony miasto. Czy mogłoby być lepiej? W ramach sypialni przypada mi mała czerwona kanapa. Druga, duża czerwona kanapa należy do Żonglerki i Niuni – dwóch dziewczyn z Warszawy, które ruszyły na podbój świata i właśnie mają przystanek u koleżanki Chmurki. Jest nas więc więcej. Taki mały „refugee camp” w Sydney.

Zakochuję się w tym mieście od pierwszego wejrzenia. Po dwóch miesiącach spędzonych w Azji wyjątkowo doceniam brak pędzących skuterów i zgiełku na ulicach, porządek i ciszę, brak „wszystkosprzedających” i wszechobecnych handlarzy. Zdecydowanie przyda mi się trochę cywilizacji. Spaceruję i cieszę się, że tu jestem. Śmieję się sama do siebie! Trochę inaczej wyobrażałam sobie Australię, ale ta w rzeczywistości jest fajniejsza niż ta z wyobraźni. A do tego uliczki i domki przypominają mi te w Anglii, a do Anglii mam jakiś wyjątkowy sentyment. Tak, lubię Australię. Fajnie tu.

Pora na rodzinne śniadanie. Nic szczególnego, kanapka z serem, potem kanapka z Nutellą, gorąca herbata. Niby zwyczajnie, a jednak… Siedzimy wszyscy razem przy stole, jest tak domowo, tak bezpiecznie, tak jak mi było trzeba. Nie w hotelu, nie w restauracji, tylko w domu w polskim towarzystwie.

Na początek będzie bardzo australijsko, bo czas na piknik! Silna grupa polskich dziewczyn, w ilości pięć, sałatka z brokułami, pasta z łososia, białe wino, a na deser typowo australijskie ciastka. Wszystko to na trawniku w parku, tuż przy plaży Bronte. Wspaniale. To jest super, że tu wszędzie można piknikować i grillować. I wszyscy to robią. Są publiczne grille, altanki ze stołami i ludzie siedzą z rodziną, przyjaciółmi i dobrze się bawią. Tak, jak my – Chmurka, Niunia, Żonglerka, Agson i ja. No i jak to baby: siedzimy, jemy, popijamy wino, plotkujemy… Tak upływa nam boskie popołudnie. Jak widać do szczęścia wystarczy kawałek trawnika. Czystego trawnika.

Jest sobota. Kochanie wystawia stoisko ze skórzanymi torbami na markecie, Niunia pomaga w obsłudze, a Chmurka i ja postanawiamy tam dotrzeć piechotą. Zaliczamy kawę i banana bread w kawiarni w parku, potem spacer przez miasto w różne ciekawe zakątki i wizytę w WildLife Parku w Darling Harbour. No i są pierwsze kangury! Co prawda w centrum, w zoo, ale są. I są też koale, które wcale nie są misiami i wcale nie są naćpane, ale są za to przepiękne, przesłodkie i od dziś moje ulubione! Chcę mieć koalę i kropka.

Gubiąc się, szukając drogi, zastanawiając się czy zmierzamy w  dobrym kierunku, docieramy wreszcie na market, czyli sobotnie targowisko. Są super cudne rzeczy, do których zaliczają się na pewno skórzane torby sprzedawane przez Kochanie, ale jest też trochę azjatyckiego kiczu, który jest tu pięć razy droższy niż w Azji. Ehh… Trzeba było trochę przywieźć! Jest jedzenie i picie, ktoś żongluje w rogu, pamiątek nie sprzedają, fajny taki market. Wieczorem razem gotujemy, „całą naszą komuną” z Darling Point. Dołącza do nas jeszcze przyjaciel Kochanie – Łili. Pijemy wino, gadamy, gadamy i gadamy. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby znowu nie bolał mnie brzuch. Nie dobrze…

Nie budzą nas promienie słońca. W Sydney wieje, zrobiło się zimno. Dziś miała być wycieczka promem, ale to odpada. Będzie wylegiwanie się na kanapie, herbatka i pakowanie walizek. Nie nie. Ja nigdzie nie jadę. Po za tym nie mam walizki. Chmurka i Kochanie lecą do Beirutu na wesele, a potem na Święta do Polski. Jest trochę dziwnie – zostaję u nich w mieszkaniu, a na lotnisku robię im „pa pa”. Co więcej, jest mi bardzo smutno! Bardzo. Przez te kilka dni między Chmurką, a mną powstała jakaś super więź. Mam nadzieję, że uda się tą więź rozwinąć w przyszłości. Dobrze nam się gadało, okazało się że mamy trochę wspólnych znajomych, bo Chmurka pracowała kiedyś tam gdzie ja. Od dwóch lat jest w Australii. Kochanie poznała we Florencji na Erasmusie i postanowiła spędzić z nim życie. Na tzw. wizie partnerskiej wyprowadziła się do Sydney. Zostawiła swoje życie w Warszawie przynajmniej na jakiś czas i świetnie sobie radzi na innym kontynencie. Chmurka i Kochanie to super para. Coś czuję, że niedługo znowu się spotkamy!

Nadal boli mnie brzuch. Tak naprawdę od wyjazdu z Indonezji. Idę do lekarza. Nie ma żartów. Ale ten mówi, że to może zatrucie pokarmowe, żebym poczekała, zdrowo się odżywiała i zobaczymy. Ubezpieczenie w podróży się przydaje. Jeśli, gdzieś jedziecie koniecznie się ubezpieczajcie! You never know. Ja mam najlepszy pakiet w Compensie, ale czy faktycznie jest „najlepszy” to się okaże. Albo może niech się lepiej nie okazuje… Długo szukałam ubezpieczenia, ale wybór nie był zbyt duży – Compensa vs. Hestia. Potrzebowałam czegoś na 6 miesięcy i na cały świecie. Polska jest uboga w oferty dla podróżujących. Ale nie o tym, bo mało się znam na temacie…

Idę na wycieczkę wzdłuż klifów. Jest ścieżka długości jakiś 6 kilometrów. Z Bondi Junction jadę autobusem, aż do Conggee Beach i stamtąd spacerem do Bondi Junction. Wieje. Wieje bardzo. Ale widoki wspaniałe. Urwiska, potężne skały, fale rozbijające się o brzeg. Co jakiś czas plaże, w międzyczasie cmentarz. Magiczny cmentarz na klifie. Pada deszcz. Dobrze, że mam kurtkę i czapkę. Pogoda słaba, jak na lato w Australii… Usnę za to, jak niemowlak. Dotleniona i zmarznięta. Dobranoc.

Co trzeba zobaczyć będąc w Sydney? Operę! Zarówno w dzień, jak i w nocy. Nie wierzę sama, że to mówią, ale nie wyobrażam sobie pobytu w Sydney bez odwiedzenia Opery! No to jadę. Z naszej stacji Edgecliff Station na Town Hall, tam przesiadka i do Circual Quay. Pociągiem. Niestety komunikacja miejska nie jest tu najtańsza, ale jest przynajmniej punktualna i sprawna. Pociągi piętrowe, nie ma tłumów. Jedna stacja, kolejna i kolejna, i jeszcze jedna i wreszcie jestem. I jest też „ona”. Nie wiem czemu, ale jest wyjątkowa.

To jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków na świecie. Chyba wszyscy wiedzą, jak wygląda Opera House w Sydney, co nie? Mi się wydawała większa i bielsza. Nie jest taka duża. No i jest trochę już nadgryziona zębem czasu. To niby zwykły budynek, ale ma sobie „to coś”. Łażę wokół chyba godzinę, siadam na schodku, robię zdjęcie, potem idę do parku obok, czyli do National Botanic Gardens i rozsiadam się wygodnie na ławce z widokiem. Zachwycam się tym widokiem przez najbliższe dwie godziny. Wokół tłumy miejscowych uprawiają jogging, papuga z żółtym pióropuszem pasie się na trawniku, pachnie kwiatami. Piechotą przez King Cross, czyli najbardziej backpackerską dzielnicę, wracam do domu, żeby wieczorem po raz kolejny być w centrum i gapić się na Operę w nocnym wydaniu. Cudnie. I okolica też cudna. Wielki most, wielkie wieżowce, a pomiędzy nimi tradycyjne budyneczki. Wszystko ma swój niepowtarzalny, australijski urok. Bez pośpiechu, bez zadęcia, z uśmiechem na twarzy. „No worries!”, jak to mówią miejscowi!

Wstawać dziewczyny! Pobudka! Wstawać! Dziś wycieczka. Jedziemy z Niunią do Blue Mountains, gór położonych jakieś półtorej godziny jazdy od Sydney. Żonglerka zostaje i będzie trenować żonglowanie. Podróż dziewczyn jest zupełnie inna niż moja. Główną różnicą jest to, że zamierzają pracować po drodze. Ja zamierzam mieć wakacje i od pracowania odpocząć. Dziewczyny są mega pozytywne, ale totalnie inne od siebie. Jednak najważniejsze jest to, że się wspierają i postanowiły razem podbijać świat. Zazdroszczę im tego bardzo. Być z przyjacielem jest fajnie.

Blue Mountains w jeden dzień

Docieramy  pociągiem z centrum Sydney do stacji Katoomba za 8 dolarów w jedną stronę. Stamtąd człapiemy do Echo Point, czyli punktu widokowego na Trzy Siostry i wielką dolinę. Słyszeliście kiedyś o Trzech Siostrach? Jeśli nie to na pewno gdzieś widzieliście te trzy bliźniacze skały, z którymi wiąże się oczywiście miłosna historia. Ktoś zamienił siostry w skały, a potem umarł i siostry skałami zostały. Tak bardzo w skrócie. Widok z Echo Point jest imponujący! Więc się gapimy. A potem idziemy połazić. Najpierw w stronę wodospadów, potem dalej w stronę starej kopalni. Mija jedna godzina, druga godzina, chcemy iść dalej w stronę zamkowych ruin, ale zawracamy bo nikt inny w tym kierunku nie zmierza. Urządzamy sobie jednak piknik na skale zanim zawrócimy. My i natura. Jest pysznie i pięknie. Ale ile można… To gdzie idziemy? Giant Stairs? Brzmi trochę przerażająco, ale z drugiej strony schody to schody. Znowu człapiemy przez las godzinę, dwie, trzy i chyba zaczynamy mieć dość. Myślę, że za nami już jakieś 15 kilometrów, ale wreszcie docieramy do tych s c h o d ó w. Faktycznie są GIANT! Pamiętacie film „Lepiej późno niż później” i scenę, gdzie Jack Nicholson ma wejść po schodach na plaży i udowodnić sobie, że po zawale może uprawiać seks? Nicholson ma przed sobą jakieś 10 schodków, ale jego mina mówi wszystko. Ja mam przed sobą ponad 800 schodków. Po stu jestem bliska zawału. Serce bije mi w ekspresowym tempie, oczywiście dostaję zadyszki i gdybym tylko mogła to bym się poddała, ale nie mam wyboru. Znaczy mam. Mogę wracać sama przez las, przez następne 4 godziny. Zaciskam zęby, biorę kilka wdechów i pokonuję wroga stopniowo. Dłuższy przystanek zaliczamy z Niunią oczywiście przy Trzech Siostrach. Jest tu mostek na przepaścią i jest pięknie. Po horyzont rozpościera się zielona dolina ozdobiona pagórkami i pomarańczowymi skałami. Bajkowo. Bajkowa jest też sama Katoomba, czyli najbliższe miasteczko. Drogi są szerokie i puste, domki urokliwe, jest bardzo spokojnie. Aż szkoda wracać do miasta…

Wiecie ile jestem już w Sydney? Prawie tydzień. To był bardzo fajny tydzień. Trochę połaziłam, trochę odpoczęłam, trochę zaczynam czuć Australię. I mogłabym zostać dłużej, ale nie zostaję. Jadę do Brisbane, na północ, pociągiem. Kupiłam bilet na promocji za 69 dolarów i czeka mnie 15-godzinna podróż. Tak sobie myślę, że z pociągu to trochę pooglądam. Tak, tak… Usypiam oczywiście po godzinie. Budzę się nad ranem w Brisbane. Tyle mam ze zwiedzania Australii pociągiem.

Ale w Brisbane znowu mam szczęście. Niedługo poznacie moje szczęście.

I bardzo Was przepraszam za opóźnienie, ale czasem nie łatwo zebrać mi się do pisania. Nie chcę Was zapychać czymkolwiek, jakimś „fast foodem”. Wolę napisać coś od serca, tak szczerze, z emocjami, a to czasem długo dojrzewa. No i mam nadzieję, że to „dojrzałe” się przynajmniej dobrze czyta. Pozdrowienia z drugiej półkuli!

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.