Ta myśl chodzi mi po głowie już od kilku miesięcy, a może i dłużej, ale nie umiałam jej wcześniej zidentyfikować.

Tempo życia, tempo podróży, tempo refleksji

Północ. Powinnam już iść spać, ale muszę to z siebie wreszcie wyrzuć. Chcę zwolnić tempo. Ta myśl chodzi mi po głowie już od kilku miesięcy, a może i dłużej, ale nie umiałam jej wcześniej zidentyfikować. Nie wiedziałam, co mi właściwie doskwiera. Teraz już wiem – chcę zwolnić.

Nie, nie chcę po raz drugi rzucać wszystkiego dla podróży. Wręcz odwrotnie. Chcę się zadomowić, chcę mieć psa, zdjęcia na ścianach i pomidory w ogródku, które nie uschną pod moją nieobecność. Chcę wyjeżdżać rzadziej, ale może na trochę dłużej?

Gdy kilka lat temu zostawiłam ukochaną pracę i wyruszyłam w świat, poczułam że występuję z korowodu biegnącego po sukces i staję z boku.

Wyjechałam bez szczegółowego planu, przewodnika, listy atrakcji. Nigdy nie lubiłam ich zaliczać, ani nie lubiłam zliczać odwiedzanych miejsc. Do dziś nawet nie wiem, w ilu krajach w życiu byłam i ile cudów świata udało mi się dotknąć chociażby wzrokiem, bo czy to ma jakieś znaczenie?

Szłam sobie spokojnie przez świat, z tym moim zarysem – biletem w ręku. Szłam tam, gdzie ktoś mnie zaprowadził, albo gdzie wysłał mnie przypadek. Nie miałam poczucia, że muszę, czy chcę więcej. Wolałam posiedzieć na tym krawężniku przez tydzień, niż codziennie spacerować ulicą innego miasta.

To się nie zmieniło. Trochę ewaluowało.

Pokochałam podróżowanie. Oszalałam na jego punkcie! Znalazłam się w momencie, w którym za życie w podróży, raz pod palmą, a raz na szczycie góry, oddałabym wszystko. Nie chciałam stabilizacji.

– Chodź, rzućmy wszystko i po prostu jedźmy przed siebie – mówiłam do siebie i do Sama.

Ale on nie do końca może, a może nie do końca chce wszystko rzucać?

Podróżujemy więc w kratkę, wykorzystując każdą okazję. Pięć dni tu, tydzień tam, trzy tygodnie tu. Zazwyczaj spontanicznie, ale też szybko.

Dziś chcę zwolnić.

Nie chcę już wyjeżdżać często. Chyba wolałabym rzadziej, ale na dłuższą chwilę. Sama nie wiem. Nie marzę już o wiecznej tułaczce. Cieszę się, że mam ściany, które mogą obwieszać wspomnieniami, że mam kuchnię, w której mogę ugotować jego ukochaną, tajską lasagne i taras, na którym z samego rana mogę wypić kawę. Cieszę się, że mam gdzie zapraszać gości i, że mam skrzynkę na listy, w której lądują pocztówki od przyjaciół i nieznajomych.

Chcę zwolnić, bo przyspieszyłam też w życiu, może trochę nieświadomie, a może przyspieszenie wymusiła sytuacja przeprowadzki i zaczynania wszystkiego od zera?

Daleko mi do perfekcjonistki, ale lubię być dobra w tym, co robię, a gdy widzę, że coś wychodzi mi nie najgorzej, myślę, jakby to wykorzystać. Ten mały sukces pcha mnie w kierunku do kolejnego małego sukcesu.

Wypadłam z korowodu biegnącego po sukces, żeby wpaść w kolejny – korowód tych podróżujących, gnających po mały sukces, który skieruje cię w stronę kolejnego. Trudno nie wpaść, jeśli wszyscy inni w nim pędzą. Konformizm to jedna z tych rzeczy, która ludziom w życiu przychodzi najłatwiej.

Pszczoły

Wszyscy lubimy sukcesy. Ja też lubię.

I chcę więcej. Chcę pisać lepiej, więc się douczam. Chcę prowadzić blog lepiej, więc chodzę na konferencje. Chcę wiedzieć więcej, więc godzinami czytam. Chcę publikować w prasie, dużych portalach, chcę wydać książkę. Chcę i działam, bo wiem, że wszystko w moich rękach. Chcę.

Tylko, czy nie przekraczam tej cienkiej granicy?

Moje intencje się nie zmieniły. Podróżuję i piszę, bo lubię. Nie zaczęłam tego robić, żeby osiągnąć jakikolwiek cel. Piszę prawdziwie, emocjonalnie, nie koloryzuję, nie idę za trendami, nie robię czegoś, bo jest nośne, albo tylko dlatego, że pozwoli mi zarobić lub dlatego, że ktoś da mi coś w prezencie. Nie. Oczywiście, pisanie i blog są dziś dla mnie też jakimś źródłem dochodu, nic w tym złego. Ale przede wszystkim, pisanie i podróżowanie, to moje dwie największe pasje, i wytrwale nie pozwalam, żeby wdarł się w nie jakikolwiek jad. Nieprawda. Przymus. Przykry obowiązek.

Jestem tu sobą. Chcę inspirować. Chcę, żeby inny inspirowali mnie. Wciąż.

Ale mam wrażenie, że niby tych stron podróżniczych, książek, gazet, było kiedyś mniej, ale inspiracji jakby więcej…

I czy wszyscy mają tak, jak ja? Czy są tacy, którzy nie czują dyskomfortu w zamienianiu dziewiczości podróżowania w ten swoisty wyścig?

Przyglądam się czasem temu światu blogerów, podróżników, pisarzy, zerkam na siebie samą krytycznie i myślę, że historia zatacza koło.

Wypadamy z wyścigu szczurów, tylko po to, żeby zaraz wpaść w kolejny, który sami organizujemy.

Uwiera pewnie wyjątkowo, bo w definicję podróży wpisuje się wolność. Przynajmniej dla mnie.

Zastanawiam się, gdzie jest granica? Dlaczego czasem nie umiemy jej dostrzec? Czy umiemy żyć bez chęci osiągania sukcesów? Czy ta chęć to w ogóle coś złego?

Chcę zwolnić tempo. Posadzę tę pomidory i tym razem nie pozwolę, żeby zwiędły pod moją nieobecność.