Emigracja i tęsknota idą w parze. Ale z nimi idzie też idealizacja przeszłości i konformizm. Nie chcę iść tą drogą, skręcam w swoją.

Polska Żegiestów

 

Wyczekiwane długo, wymarzone, cudowne – Święta w Polsce. To był czas bezcenny i… już jest za mną. Pojechałam na miesiąc. Pojechałam pewna pękającego serca przy nieuniknionych pożegnaniach. Ale ono nie pękło, zaskoczyło mnie. Nie chciało mi się nawet płakać…

Dom pierwszy i dom drugi…

To już sporo ponad trzy lata, odkąd wyjechałam w podróż dookoła świata i sporo ponad dwa, odkąd mieszkam w Australii. Do Polski wracałam kilkukrotnie, za każdym razem – jak do domu. Tego jednego, jedynego domu. I mimo, że mój nowy dom jest teraz tu, w Brisbane, to tam, w Milanówku, był ten… prawdziwszy? Jechałam niby w odwiedziny, a tak naprawdę do siebie, wreszcie wracałam na chwilę do siebie. Potem, po powrocie do Australii, długo wylizywałam się z tęsknoty i wskakiwałam w te, nie do końca jeszcze rozchodzone, buty. W Polsce, w tym rodzinnym domu, czułam się jak… w domu – w pierwszym domu. Australijski był drugim.

Przeprowadzka uczuciowa

Podczas ostatniego wyjazdu coś się jednak zmieniło… Po raz pierwszy, podczas pobytu w Polsce, czułam że jestem… na wakacjach, a że dom (ten prawdziwy i pierwszy) został tu, w Brisbane. Coś we mnie w końcu kliknęło, przestawiło się, a może pozwoliłam sobie sama na zaakceptowanie rzeczywistość?

Byłam szczęśliwa będąc tam i jestem szczęśliwa będąc tu. Nie musiałam się wylizywać po powrocie. Wreszcie! Nie żebym nie była szczęśliwa wcześniej (chyba znacie mnie na tyle, że wiecie o moich skłonnościach do ewakuowania się z miejsc, gdzie mi nie jest fajnie), ale korzenie jakoś nie mogły się głębiej zapuścić. Czemu?

Tęsknię…

Tęskniłam. Tęskniłam za polską kuchnią (och te pierogi i chleb) i piwem, tęskniłam za ulubionymi miejscami, za tą łatwością komunikacyjną, za swobodą, której zawsze w Polsce miałam więcej, za śniegiem i Świętami, za znajomymi, przyjaciółmi i rodziną.

Podczas mojego ostatniego wyjazdu do Polski – otrzeźwiałam. Dosłownie, jakby ktoś wylał kubeł lodowatej wody na moją głowę. Otrzeźwiałam. Czemu? Bo zrozumiałam, że wpadłam w te sidła tęsknoty i idealizacji. Jak mogę nie tęsknić za tym wszystkim, jak tyle osób wokół mnie za tym tęskni (sama zresztą popełniłam kiedyś tekst o tęsknocie za Polską)? Przecież wszyscy na drugim końcu świata tęsknią za polskim jedzeniem, zimą, relacjami! Jak mogę nie tęsknić za tym wszystkim, co z perspektywy czasu i odległości, staje się takie perfekcyjnie? No jak?!

Mogę nie tęsknić, tak niezdrowo i bezsensownie, tylko muszę sobie na to pozwolić. Podczas tego wyjazdu do Polski to właśnie odkryłam.

Nie tęsknię…

W sumie nie tęsknię za jedzeniem, bo po pierwsze nigdy nie byłam wielką fanką polskiej kuchni, a po drugie – wszystko co lubię, mogę sobie ugotować. Mogę sobie upiec też chleb z chrupiącą skórkę, czy zrobić mielone z buraczkami, a jak czegoś nie mogę, to moja nie-teściowa wyciągnnie mi to spod ziemi (zresztą zawsze czeka na mnie z garem ukochanej ogórkowej). Nie tęsknię też za piwem, bo przerzuciłam się na wino, które w Australii jest wyśmienite. Czy tęsknię za miejscami? Też chyba nie, bo tamte już wcale nie są moje i nie są takie same. Nie tęsknię też wcale za tą „łatwością komunikacyjną” i swobodą, bo sama nie wiem czy ta moja, australijska, nie jest już teraz większa. A śnieg? Dziękuję. Zimę wolę mieć z wyboru, tak na tydzień w roku. Zdecydowanie lepiej czuje się ciepłych klimatach.

Wszystko to darze wielkim sentymentem, to chyba lepsze niż tęsknota – sentyment. Nie chcę już rozdrapywać na siłę przeszłości, tylko po to, żeby tęsknić. Chcę patrzeć w przyszłość: na te nowe miejsca, nowe doświadczenia kulturowe czy kulinarne, na nowej znajomości i przyjaźnie, na to wszystko, co przede mną, a nie za mną. „Tamto” mogę zachować w jednej z szuflad i pilnować, żeby nie zgubiło się przy przeprowadzce, ale nie mogę ciągle tej szuflady otwierać. Muszę kochać bez uniesień. Dziś lubię być tu, gdzie jestem dziś i tym chcę się cieszyć. A gdzie będę jutro…? Kto to wie.

Bo są ludzie…

Jest jednak coś co się nie zmieni. Jedyne za czym tęsknię – to człowiek. To z tęsknotą z bliskimi muszę nauczyć się żyć.

Z tą tęsknotą muszę nauczyć się żyć.

Tylko czasem zastanawiam się, czy te moje relacje z rodziną i przyjaciółmi nie są teraz pełniejsze? Nie jest nam dane spędzać ze sobą dużo czasu, ale to chyba dlatego ten, który mamy, spędzamy na sto procent. Z każdej sekundy ciągniemy do dna, w żadnej rozmowie telefonicznej nie udajemy, nie zwlekamy z wyznaniami, nigdy o sobie nie zapominamy. Dbamy o to, żeby to, co między nami nigdy nie zwiędło.

Wy tęsknicie?

P.S. A może tak sobie wmawiam, żeby było mi łatwiej?