W Airlie Beach, miasteczku z którego mamy wypłynąć, leje. Wieczór jest pochmurny, wilgotny i raczej rześki. To nie wróży dobrze na tygodniowy rejs. Siedem dni w deszczu, na łódce, kołysząc się na zapewne silnie wzburzonym w takich warunkach pogodowych oceanie, wróży nawet bardzo źle.

Airlie Beach

Pierwszą noc spędzamy w porcie i idąc na kolację zapominamy zamknąć okienek. Szybko się orientujemy, ale bagatelizujemy sprawę. Zalewa nam łajbę na wstępie. Wygląda na ten, że przez następne kilka dni będziemy się zaprzyjaźniać z zapachem stęchlizny. Szkoda, bo ta łódka to fajny jacht. Cztery sypialnie, dwie łazienki, w pełni wyposażona kuchnia, piękna drewniana podłoga. Szkoda, że będzie śmierdzieć.

Potem przychodzi czas na szkolenie. Jacht jest z wypożyczalni, więc musimy wysłuchać całej litanii wskazówek i ostrzeżeń. Musimy wysłuchać dokładnie, bo tak naprawdę tylko kuzyn Sama na żeglowaniu trochę się zna., a reszta ma jedynie chęci do nauki.

Wypożyczanie jachtów na rejsy wśród wysp Whitsundays to popularna praktyka i chyba najlepszy sposób na ich zwiedzanie (można wybrać opcję z kapitanem lub bez). Żeby wyczarterować tu żaglówkę, nie trzeba mieć żadnych uprawnień. Trzeba mieć tylko trochę oleju w głowie i budżet. Bo to nie jest tania zabawa-  7 dni, z jedzeniem, benzyną i wszystkimi opłatami kosztuje mniej więcej $700 na głowę. Czy to dużo? Tak i nie. Jeśli wziąć pod uwagę, że za tą kwotę można spędzić tydzień na tropikalnym wybrzeżu, w pobliżu Wielkiej Rafy Koralowej, oglądając widoki, które wciąż tak niewielu jest dane oglądać, to nie. Firm wynajmujących jachty jest tu kilka. My korzystamy z Whitsundays Escape.

Są też inne opcje na poznawanie tych terenów np. jednodniowe wycieczki na wyspy i rafę, prom i nocleg na jednej z wysp, albo… łapanie stopa czyli jachtostop. Nad wyspami można też polatać małymi samolocikami, albo helikopterami. Bez względu na to, który wariant wybierzemy, czy spędzimy tu dzień, dwanaście czy miesiąc – warto, bo Whitsundays to jedno z tych miejsc w Australii, które powinno się znaleźć na liście must-see.

Gdzie są wyspy Whitsundays?

Whitsundays (zwane Wyspami Zielonych Świątek) to archipelag 74 wysp położonych przy wschodnim wybrzeżu Australii, w środkowym Queensland, gdzieś w połowie drogi między Brisbane a Cairns (ok. 1000 km na północ od Brisbane, 1000 km na południe od Cainrs). Należą do Whitsunday Islands National.

Wyspy rozrzucone na ciepłym Morzu Koralowym i oddzielone od głębin Wielką Rafą. Są w większości niezamieszkałe, a tylko na paru znajdują się wakacyjne resorty albo kempingi. Najwięcej turystów zatrzymuje się na Hamilton Island (tu jest też lotnisko). Ci, którzy mają kartę Visa bez limitu, wybierają Hayman Island. Ośrodki wczasowe znajdują się też na bardziej budżetowych Daydream Island czy Long Island. Reszta wysp jest pusta i dzika.

Hook Island i Hayman Island

Wyprowadzeni bezpiecznie z portu w Airlie Beach (z miasteczka, które jest bazą wypadową na Whitsundays), rozkładamy żagle i suniemy w kierunku zatoczki, która ma być naszym pierwszym przystankiem. Wieje jak diabli, więc szybko okazuje się, że z żeglowania nici. Po półtorej godziny na silniku docieramy do Nara Inlet, zatoki na południu wyspy Hook, gdzie przed wiatrem będziemy schronieni idealnie. Zaczyna padać.

I w tej właśnie chwili moje wyobrażenie o Whitsundays przepada. Deszcz zmywa je bezpowrotnie. Bo z czym kojarzą się wam tropiki? Mi przychodzą na myśl palmy, plaże wysypane delikatnym piaskiem, krystaliczna, przyjemna woda i ryby, które można oglądać tuż przy brzegu. Okazuje się, że to nie ma nic wspólnego z australijską rzeczywistością. Jeśli usnęłabym i w czasie tej mojej błogiej drzemki ktoś wywiózłby mnie w nieznane, i obudziłabym się tutaj, pomyślałabym że jestem w… Kanadzie!

Woda ma ten dziwnie niebieski, trochę mętny kolor, po kamienistym brzegu skaczą chyba kangurowate (chociaż sami nie wiemy, czy nie myli nas wzrok), a sosny i eukaliptusy obrastają wyspę aż po czubek. Po piaszczystych plażach i palmach – ani śladu, a do tego – zimna woda, w której krążą rekiny młoty.

Nara Inlet Hook Island view

Jest zjawiskowo. Bezdyskusyjnie zjawiskowo. Moje wizja sztampowych tropików, to w zestawieniu z prawdą obraz kiepskiego malarza, czyli Julia vs Vincent van Gogh. Pomimo, że widziałam tysiące zdjęć i filmów z Whitsundays, stworzony w mojej głowie obraz zupełnie nie odpowiada temu zastanemu. To tylko dowód na, że lepiej wszystko sprawdzać na własne skórze. Nie słuchać innych, doświadczać.

Kotwicę zarzucamy na środku, wskakujemy w nasz żółty ponton i ruszamy odkrywać. Skrawek plaży, do której docieramy, wyłożony jest kiepskim piachem wymieszanym z kamieniami, a ukryte w skałach schody prowadzą na górę. Do jaskini, wymalowanej rysunkami sprzed setek lat.

Tereny wysp Whitsundays i wybrzeże środkowego Queensland zamieszkałe były przez aborygeńskich ludzi Ngaro (Ngaro People), od co najmniej 7000 p.n.e. do 1870 roku, czyli do chwili przybycia kolonizatorów. To wtedy zaczęła się aborygeńska masakra i prawie przepadła jedna z najstarszych kultur świata.

W ciszy, odpływamy. Do snu układamy się przy melodii rozbijających się o pokład kropel.

Poranny kapuśniaczek nie zachęca do wstawania, ale jakoś się udaje. I dobrze, bo szybko wychodzi słońce. Pakujemy się na ponton i płyniemy zobaczyć wodospad. Dostać się do niego można tylko wtedy, kiedy jest przypływ. Niski poziom wody odsłania niebezpieczne skały, dlatego nie spędziliśmy tu wczorajszego wieczoru. Musieliśmy cierpliwie czekać. Sam wodospad nie powala, ale jest wyśmienitym punktem widokowym. Na tą dziwnie niebieską wodą, szare skały przysłonięte zielonymi sosnami i kolebiące się na prawo i lewo żaglówki.

Nara Inlet Hook Island Waterfall

Po śniadaniu wyruszamy w dalszą drogą. Wychodzi słońce, a wiatr o sile jakiś 5 węzłów w dobrym tempie pcha nas na północ. Nasz kolejny przystanek na trasie to zatoka Blue Pearl Bay na wyspie Hayman.

Wszystkie wyspy Whitsunday otoczone są rafami, więc maski, rurki i pianki (a latem takie ubranka na parzące meduzy) są ekwipunkiem obowiązkowym. Tęczowych ryb są setki. Niektóre leniwie snują przy dnie, inne nerwowo chowają się w koralowcach. Te są bardzo różnorodne. Jedne przypominają przerośnięte ludzkie mózgi, inne kwiaty z naszego ogrodu. Są pomarańczowe, fioletowe i niebieskie. Pomiędzy nimi rozrastają się wielkie muszle, a obok płynie Pan żółw.

Nie jesteśmy sami – Blue Pearl jest jednym z tych miejsc, gdzie przypływają łódki wycieczkowe. Na szczęście tłumów tu nigdy nie będzie.

W wodzie spędzamy zdecydowanie za dużo czasu, nie wiadomo kiedy ucieka, robi się zimno. Ogrzani gorącą herbatą, zbieramy się na plażę, kolejną plażę utkaną z martwych koralowców. Gdy zaczniesz przyglądać się im z bliska – oszalejesz z zachwytu. Te rozliczne kształty, arcydelikatne wzory i dziesiątki odcieni białego. Najlepszy artysta by tego nie wymyślił, mogła tylko natura.

A gdy z plaży wchodzimy w las, nagle z gałęzi, które niechcący poruszamy, w niebo lecą setki motyli. Potem zasiądą z powrotem, zasypiają, a gdy znowu drgniesz, drgną i one. I tak ci będą towarzyszyć w drodze na szczyt. W drodze przez motylową krainę, jest ich tu tysiące.

Dzień pełen wrażeń kończymy w cieniu zachodzącego słońca, łapiąc niepowtarzalne chwile.