Tak, jedziemy do Tokio! Sama w to nie wierzę. Będziemy jeść i jeść i… jeść. Głównie sushi. Na śniadanie, obiad i kolację. Taki mamy plan. Tokio to „typ” Azji, którą kocham.

Po czterech dniach spędzonych na śniegu, mieliśmy dość. Nie, nie zimy, bo nią nie mogliśmy się nacieszyć, mieliśmy dość jeżdżenia na desce. Daliśmy sobie sami nieźle w kość i nieco nadwyrężyliśmy swoje rozleniwione, wiecznym latem, ciała. Pożegnaliśmy się więc z białą Hakubą i ruszyliśmy w stronę Tokio.

Shibuya Tokio

Koło południa łapiemy pociąg w Nagano i ruszamy do tętniącej życiem stolicy. Potem metro, krótki spacer i jesteśmy na miejscu. Postanowiliśmy zatrzymać się w dzielnicy Tsukiji, która jest dość dobrze położona. W Tokio wszędzie jest daleko, a na zależało na tym, żeby mieć wszędzie możliwie blisko, bo spędzimy tu tylko dwa dni i nie chcielibyśmy większości tego czasu poświęcić na dojazdy. Na nocleg wybraliśmy sieciówkę,  APA Hotel Tsukiji-eki Minami, który jest tuż za rogiem od sławnego rybnego targu – targu, który jest naszym głównym celem. Bo kto by nie chciał zobaczyć japońskiej aukcji tuńczyków na żywo?!

Japońskie hotele

Nasz hotel jest dość nowoczesny, chyba niedawno odnowiony, wbity jak plomba między inne budynki. Pokoje, jak to w Japonii, są w wersji mini (nie możemy się do tego przyzwyczaić). Ledwo można obrócić się wokół własnej osi, a gdy ma się ze sobą dodatkowo wielką torbę i snowboard, to jest jeszcze ciaśniej. Opcja „dwie osoby chodzą po pokoju na raz”, nie wchodzi w grę. Podobnie jest z łazienką, ta jest równie kompaktowa. Generalnie japońskie łazienki przypominają mi trochę te samolotowe, albo takie w kamperach. Chyba kupowane są w zestawach – plastikowy kubik, w środku wanna, umywalka (w ramach zaoszczędzania powierzchni kran jest wspólny), no i obowiązkowo zaawansowana technicznie toaleta. Otwarcie przyznaję – uwielbiam japońskie toalety. Podgrzewana deska zimowym porankiem, to rozwiązanie idealne. Chyba zgodzą się ze mną wszystkie panie, bo nie ma nic gorszego niż siadanie na zimnym kibelku z samego rana, gdy za oknem mróz.

Ale zostawmy temat toalet i chodźmy w miasto, piechotą z Tsukiji do Shibuya, na wieczorne spotkanie. Z kim? O tym już za chwilę.

Spacer po Tokio

W pierwszym lepszym sklepiku kupujemy paczkę sushi na wynos i oczywiście – jest przepyszne! Świeże i rozpływające się w ustach. Dobrego smaku dodaje mu też pewnie jego tokijskie pochodzenie, bo nie ma to jak sushi w Tokio. Miejsce robi swoje, nie da się ukryć. Co prawda psujemy sobie wszystko na własne życzenie kawą ze Starbucksa (w tym przypadku jestem chyba trochę Australijką, bo Australia to miejsce największej porażki Starbucksa), ale obiecując sobie „nigdy więcej”, szybko zapominamy o sprawie i cieszymy się dalej.

Z Tsukiji szybko dochodzimy do dzielnicy Ginza, czyli zakupowo-rozrywkowego centrum miasta. To tu jeden metr kwadratowy kosztuje 10 milionów jenów, to tu można kupić kawę za 10 dolarów, to tu są jedne z najdroższych nieruchomości w Japonii i wszystkie topowe sklepy. Jedyny zakup na jaki my się decydujemy to… rybka, ale tym razem nie sushi.

japońskie Taiyaki

Taiyaki to japońskie ciastko w kształcie rybki, z różnymi nadzieniami. Podstawowym jest nadzienie z czerwonej fasoli, ale my wybieramy rybkę na słodko, z truskawkami i jest wyśmienita. A na popitkę zielona herbata, oczywiście z automatu (w całej Japonii automatów z różnymi rzeczami jest prawie 6 milionów!).

Spacerując ulicami Tokio, nie da się nie zauważyć, że to bardzo czyste miasto (przynajmiej takie jest pierwsze wrażenie). Zaśmiecone ulice to raczej rzadkość i to trochę kłóci się moimi azjatyckimi stereotypami. Nie ma brudu, smrodu, barów na chodniku i dzieci biegających bez gaci. Uff… W Tokio jest mi dobrze. To takie coś pomiędzy Singapurem, a Bangkokiem i chyba „typ” Azji, która mi odpowiada. Chociaż Tokio jest betonową dżunglą (w końcu to jedna z największych metropolii świata), zachowało fajny klimat. Zaskakuje w zdrowych dawkach. Czym? No np. takimi stacjami benzynowymi, które pozwalają zaoszczędzić powierzchnię. Sprytne? Bo każdy centymetr jest w tym mieście zagospodarowany i to chyba właściwie.

tacja benzynowa w Tokio

Po dobrej godzinie dochodzimy do dzielnicy Rappongi, czyli imprezowej części Tokio. To tu balują do rana wszyscy turyści, ale my jesteśmy z tych niebalujących, więc rzucamy okiem i idziemy dalej.

Rappongi

Siedmiokilometrowy spacer z Tsukiji do Shibuya pozwala nam poczuć klimat wielkiego miasta i odkryć ciekawe zakamarki. Szliśmy przed siebie, bez mapy i planu, skręcając tam, gdzie mieliśmy ochotę i zawracając, gdy nam się nie podobało. To jest właśnie taki rodzaj zwiedzania, jaki tygryski lubią najbardziej – łazić i się gubić. A do Tokio, mimo że wielkie, nadaje się na spacerowy styl zwiedzania.

Shibuya i pies Hachiko

Gdy docieramy do sławnego skrzyżowania w Shibuya, pomimo niedzielnego wieczoru, wciąga nas tłum. Wirujemy. Shibuya to zdecydowanie najbardziej energetyczna strona Tokio. Tętni życiem przez 24 godziny, charakteryzuje się przepychem, rykiem silników, tupotem tysięcy stóp. Jest wypełniona sklepami, knajpami i barami. Na ekranach migoczą reklamy, a barwne neony rozświetlają okolicę. Jedyne, co mi się tu nie podoba (oczywiście to tylko pierwsze wrażenia) to sklep z psami i kotami. Do jasnej ciasnej, to nie buty!

Sklep ze zwierzętami

Wreszcie charakterystyczna melodia sygnalizuje zmianę świateł. Przepychając się między przechodniami uświadamiam sobie, jak bardzo chciałam tu być. W Tokio. I jestem.

Skrzyżowanie Shibuya

„Spotkajmy się o 18:30 pod pieskiem”, napisałam do dziewczyn. „Wybrałaś najbardziej popularne miejsce spotkań w całym Tokio”, odpisała Ada.

Jesteśmy umówieni pod rzeźbą Hachiko, najwierniejszego pieska na świecie. Znacie tą historię? Rudy Hachiko odprowadzał i odbierał swojego pana każdego dnia, z przed stacji kolejowej. Dzień w dzień. Latem i zimą. Przychodził nawet, gdy jego Pan umarł i to przez następne dziewięć lat! Przez dziewięć lat i dziewięć miesięcy Hachiko wciąż na niego czekał. Wierny, jak pies, chciałoby się powiedzieć. Jeśli macie ochotę popłakać ze wzruszenia, obejrzyjcie film Hachi: A Dog’s Tale

Dziwne spotkania na końcu świata

Wśród tłumu pstrykającego zdjęcia, od razu dostrzegam jej zwinięte w koka rude włosy. To Ada i Grzesiek, zakręcona para które jeszcze tak niedawno pisała do mnie o swoim podróżniczym marzeniu (list od Ady możecie przeczytać tutaj), a dziś jest w swojej podróży dookoła świata. No i co? I los chce, żebyśmy byli w Tokio w tym samym czasie. Ten los to niezły cwaniak.

Chwilę potem zauważam z boku blondynkę i od razu wiem, że to ona. Panna M i Pan H, znajomi Kamili z bloga Kami Everywhere. Tu los też się postarał – z Kamilą znam się tylko wirtualne, dzięki blogowaniu. Gdy ta zobaczyła na Facebooku, że jedziemy do Japonii, od razu skontaktowała mnie ze swoją kumpelą Panną M, która niedawno przeprowadziła się do Tokio. Co więcej, Panna M studiowała razem z moim kolegą z klasy, co tylko udowadnia małość tego świata.

Poznaj naszą i historię i przekonaj się, jaki świat jest mały

Tym niezwykłym sposobem, silną, polską grupą, ruszamy na podbój tokijskiej okolicy. Zaczyna się niewinnie, od sushi. Okazuje się, że tradycyjny sushi train to już przeżytek (ale jesteśmy zacofani). Teraz na czasie jest zamawianie sushi z pomocą tabletów (byliśmy w sieciówce Ganki Sushi). Wybieramy co tam chcemy, a chwilę potem podjeżdża mały wagonik z dostawą. Takie czary. Dodatkowo każdy stolik wyposażony jest w kran z gorącą wodą, co pozwala na własnoręczne parzenie zielonej herbaty, w proszku… Uwielbiam Cię Tokio.

Nowoczesna susharnia w Tokio

Nasze spotkanie kończy się na dużej ilości przelanego piwa i wina śliwkowego, które w sumie winem nie jest. Siedzimy gdzieś na 8 piętrze, w japońskim pokoiku bez okien. Bo w Tokio nie żyje się tylko na poziomie zero. Każdy piętro jest zagospodarowane, trzeba tylko wiedzieć gdzie iść, a jak się nie wie, to znajdziecie się japoński naganiacz, który zaprowadzi zagubione twarze tam, gdzie trzeba. Uważajcie tylko na oferty, bo jak to z naganiaczami bywa, lubią koloryzować i okazuje się, że oprócz 2500 Yenów od osoby za 2-godzinny otwarty bar oraz 5oo Yenów stołowego, musimy zamówić jeszcze po jednym daniu. Ale i tak się to opłaca.

Spotkanie z Adą i Grześkiem

Po japońskim doświadczeniu, schodzimy do podziemi, do irlandzkiego baru, gdzie śmierdzi browarem, jak w irlandzkim barze przystało. Chyba bawimy się dobrze, bo ledwo zdążamy na ostatnie metro. Rozmowom o nie zawsze fajnej modzie na podróże i o sensie bycia, czy niebycia backpackersem, nie było końca. Nie zabrakło też japońskich opowieści od Panny M i Pana H o tym, jak się żyje w Tokio.

Bo są ludzie, których trzeba spotkać i miejsca, które można zobaczyć… A, tym razem nie udaje nam się wstać o 3 nad ranem na rybny targ, zgadnijcie czemu…? Jutro podejście drugie.

Jeśli podobał Ci się ten wpis –  zostaw komentarz. Albo przekaż dalej! 

Będzie nam bardzo miło. Julia i Sam