Najlepszy sposób na Australię? Road trip, czyli samochodowa wyprawa w nieznane. Australia jest po prostu stworzona do podróżowania na czterech kołach. Ok, odległości może są duże, ale drogi świetne i naprawdę, wierzcie mi, są miejsca które można odkryć tylko podróżując samochodem! Szczególnie, jak się ma taki z napędem na cztery koła. Żeby było jeszcze lepiej – australijskie trasy są świetnie oznaczone, dla tych którzy tych tras nie znają.

Za każdym zakręcie znajdziecie znak „Tourist drive” i wskazówki, gdzie jest jakiś oszałamiający widok pod hasłem „Lookout„. Nie myślcie sobie, że te wszystkie miejsca to tzw. turystyczne kicz. Absolutnie tak nie jest. Ktoś po prostu wykonał dobrą robotę i oznaczył, to co Australia ma do zaoferowania. Jasne, że jedne miejsca są fajniejsze od drugich, ale mimo wszystko warto rozglądać się za tymi znakami przemierzając tutejsze drogi.

Wybraliśmy się na 4 dniowy road trip z Brisbane do Byron Bay. Byron Bay jest fajne, nawet w deszczu (o naszym weekendzie tam możecie przeczytać tu). W drodze powrotnej zahaczyliśmy o kolorowe Nimbin, czyli australijski Amsterdam. Nie słyszeliście o tym miejscu? To koniecznie przeczytajcie o jointach i wielbłądach tutaj, bo ja do dziś nie wierzę, że ono naprawdę istnieje. A z Nimbin ruszyliśmy na północ, w stronę domu do Queensland i dopiero się zaczęła przygoda. Odpalcie Jacka Johnsona w głośnika i poczujcie kilmat.

Jack Johnson „I got you”

Rainforst Way, czyli 14 pięknych parków narodowych wiodących od Woodburn w Nowej Południowej Walii, przez górę Mt Warning, aż do granicy stanu QLD. Piękna przyroda, zieleń nad zieleniami, dzika zwierzyna w zasięgu wzorku (a czasem nawet ręki), krajoobrazy które powalają na łopatki, szumiące strumyki, szutrowe drogi do nikąd i niespodzianki, na każdym kroku.

Dochodzi 14:00, pakujemy się do vana i wyruszamy z Nimbin. Zanosi się na deszcz. Błękitne o poranku niebo przysłoniły szare chmury. Powietrze zrobiło się bardziej wilgotne, ale nie ma się co dziwić – w końcu jesteśmy wśród deszczowych lasów. Dzień jeszcze młody, więc postanawiamy wybrać się na mały tracking. Opad z nieba nam niestraszny, bo chwilę pada, a za chwilę przestaje. Przeprawiamy się przez piaskową drogę, którą ledwo widać na mapie, wśród drzew i krzaków Mebbin National Park.

Pilnie studiuję mapę i na swoje nieszczęście czytam umieszczone na niej dużymi literami ostrzeżenie: „The roads into Mebbin and Wollumbin National Parks are four wheel drive only and in wet weather can become slippery.” Nasz van napędu na cztery nie ma. Pada trochę, ale kierowca zdaje się nie przejmować i śmiało pędzi przed siebie, zostawiając w tyle chmurę kurzu. W samym środku parku, w tzw. dupie nigdzie jest kemping – Cutters Camp z miejscami do grillowania i łazienką, a wokół kilka tras na spacery. Przez chwilę myślimy, żeby to tu rozbić dzisiejszy obóz, ale coś nam podpowiada, żeby jechać dalej do Wollumbin National Park. To jedziemy. Hej przygodo. Po kilkunastu minutach docieramy do końca drogi i dalej ruszamy na nogach, bo inaczej się nie da.

Lekko nie jest, ciągle pod górkę, a ta górka zdaje się być najbardziej stromą z możliwych górek. Wyzionę ducha, albo padnę na zawał. Serio! Do tego wszystkiego brak celu. Niby zmierzamy na szczyt, ale dojść nie możemy. Po godzinie zawracamy. Ta droga prowadzi donikąd… Studiujemy dokładnie najbardziej niedokładną mapę na świecie, ale jedyną jaką mamy. No kurcze! Już dawno powinniśmy być na górze! Odpalamy GPS i co się okazuje? Że tam, gdzie doszliśmy na nogach według mapy powinniśmy móc jeszcze dojechać i wtedy spacer na szczyt byłby krótką, piętnastominutową wycieczką. Ale dojechać nie moglibyśmy bo był szlaban. Jakie wnioski? Nie ufać mapom, jak się jest w środku lasu!

Ok, pora zmierzać w kierunku noclegu. Postanowiliśmy zatrzymać się w Mt Warning Holiday Park tuż u podnóża góry Warning. Więc znowu pokonujemy szutrowe drogi, mijamy zapomniane miasteczka, przejeżdżamy przez rozlatujące się mostki na rwącymi strumykami, żeby przed zmrokiem dojechać na kemping. Kemping w środku lasu, przy rzecze, z szumiącymi na głową drzewami. Trochę jakbyśmy zatrzymali się na dziko.

Góra Warning to sam środek wielkiego wulkanu, który istniał tu dwadzieścia milionów lat temu, a rozciągające się na niej lasy deszczowe to okno na to, jak kiedyś wyglądała większość Australii. Tak, duża część kontynetu pokryta była kiedyś lasami deszczowymi. Dziś nie zostało ich za wiele, ale nadal są. Można tu spotkać niezwykłą florę i faunę, zagrożone gatunki roślin i zwierząt i poczuć się, jakby się było w środku dżungli. Kojarzycie taki świerszczowy dźwięk, który zawsze słyszy się w filmach z dżunglą w roli głównej? Tu też taki jest.  Słychać to. I przy tym tajemniczym dźwięku i przy odgłosach mokrego, ledwo palącego się drewna, spędzamy wieczór w Mt Warning Holiday Park. To inna Australia niż ta, którą znałam do tej pory. Co więcej, to inna Australia niż ta którą znał Sam! To miejsce, które Wy też powinniście odwiedzić.

Rano budzi nas ćwierkanie ptaków, szelest liści i dźwięki trzeszczących gałęzi. Obok auta echidna przekopuje tunel w poszukiwaniu jedzenia, a na śniadanie wpada do nas kookaburra. Czy życie nie jest cudowne?

Mamy kilka godzin, żeby dotrzeć do domu, a jeszcze tyle może wydarzyć się po drodze. Chcemy zacząć od spaceru przez lasy Mt Warning. Na nasze nieszczęście park dziś zamknięty. No cóż – będziemy musieli tu kiedyś wrócić. Jedziemy w stronę Murwillumbah, a dalej decydujemy się podążać za znakami wskazującym na Tourist Drive 32. Droga jest piękna, niebo błękitne, widoki zachwycają. To taka chwila, kiedy chcesz żeby czas się zatrzymał. Bajeczne okoliczności przyrody, w radio rytmy bluesa, a między nami ciekawe rozmowy. Chwilo trwaj.

Jack Johnson „Better together”