Są takie miejsca, które powalają cię na kolana. Zakochujesz się w ciągu sekundy. I równie szybko odkochujesz… Na początku wydaje ci się, że jest tak pięknie. Tak inaczej. Zachwycająco. Potem okazuje się, że trochę śmierdzi. Potem, że jest sztucznie i nieprawdziwie. A potem leci, jak domino… Wszystko jest nie tak. Wszystko jest nie tak na wyspie Penang w Malezji.

Penang podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Penang

Na plaży stoją dwa psiaki. I patrzą za nami smutnymi oczami. Odpływamy z Koh Lipe. Trochę z żalem, a trochę z nadzieją na nowe przygody. Płyniemy turbo szybką łódką do portu Pak Bara. Ja oczywiście usypiam… W porcie pokazujemy bilet i miła Pani w wielkim kapeluszu transportuje nas do mini busika, którym podążamy w stronę Hat Yai. Jazda działa na mnie, jak kołyska więc 5 godzin mija, jak 5 minut. W Hat Yai mamy chwilę, jakąś godzinę. Nie znamy miasta, ale raczej jest mało przyjazne. Robi głównie za punkt przeładunkowy między Tajlandią a Malezją. Wrzucamy na puste żołądki ryż z kurczakiem i warzywami, który nie należy do najsmaczniejszych. I ruszamy w dalszą podróż. W mini busie jest francuska rodzina z krzyczącym dzieckiem, Czech, Hiszpanka i trójka Polaków – Hanka, Marek i ja. Hania i Marek sprzedali mieszkanie na warszawskich Kabatach, zostawili pracę i postanowili trochę pożyć. I to jest super. Nie wiedzą przez ile będą w podróży. Nie wiedzą gdzie i kiedy będą. Cieszą się każdym dniem. Nie planują jutra, bo jutra przecież nie da się zaplanować. Są szczęśliwi. W przeciągu jakiś 5 godzin docieramy do George Town, miasta która ma być podobno namiastką Kuby. Dobry wieczór Malezjo.

Jest już ciemno. Wysiadamy tam, gdzie Hanka i Marek. Rozglądam się wokół i co widzę? Namiastkę Kuby. Naprawdę. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo Kuba dopiero przed mną. Uliczki pełne małych, kolonialnych budynków. Piękne. Urocze. Zachwycające. A obok azjatyckie życie, jedzenie na ulicy, zapachy. Przy Love Lane znajdujemy wyjątkowo tani hotel. Gwiazdek zero. Pin Seng Hotel. Właściciel chodzi bez koszulki. Zawsze. Jest Chińczykiem. Za pokój płacimy 35 RM, czyli jakieś 35 złotych. Jest prysznic. Dwa łóżka i wiatrak. Kibelek na dole. Wszystko jest stare, rozpada się i ma wyjątkowy klimat. Bierzemy. Nasze standardy są na poziomie minus jeden. Wolimy zaoszczędzić na mieszkaniu, żeby wydać więcej na jedzenie. Ruszamy odkrywać George Town. Zatrzymaliśmy się w chińskiej dzielnicy, czyli Chinatown. Kawałek dalej jest dzielnica indyjska, zwana Little India. Wszędzie kolory, nasycone barwy, intensywne zapachy, mieszające się języki, a w głośnikach przebój tego sezonu, grany wszędzie, na każdym rogu – Gangnam Style. Trafiamy na nocny rynek, gdzie oprócz jedzenia, można posłuchać też muzyki na żywo w wykonaniu lokalnych wokalistek. Jemy chiński makaron na ulicy. Pyszny. Lubię tu być. Lubię George Town.

Rano postanawiamy poznać wyspę trochę lepiej. I okazuje się, że Penang wyspę przypomina średnio. Można na nią z lądu dojechać mostem, jednym z najdłuższych na świecie zresztą. Za uroczymi budynkami kolonialnymi w George Town, wyrastają nowoczesne drapacze chmur, mniej lub bardziej ekskluzywne hotele, bloki z wielkiej płyty. Kultura chińska miesza się z indyjską. Trudno wyodrębnić rdzennych Malajów. Jedziemy miejskim autobusem na północno zachodni cypel wyspy w poszukiwaniu gospodarstwa z motylami. Autobusy są inne niż w Bangkoku. Wszystkie płatne. Nowe. Z klimatyzacją rozkręconą na maksa. Docieramy prawie na sam cypel. Motyli nie ma, ale też jest zajebiście. Jest Penang National Park. Idziemy w dżunglę w kierunku plaży małp – Monkey Beach. Upał. Gorąco. Przed nami 3 kilometry do przejścia. A dżungla prawdziwa. Zielona. Pachnąca. Trochę udomowiona, trochę dzika. Uzbrojeni w butelki z wodą, dzielnie kroczymy wyznaczonym szlakiem, żeby po półtorej godzinie dotrzeć do niewielkiej plaży, gdzie nie ma małp. Tak nam się na początku wydaje. Po chwili pojawia się szef gangu, jego żony i dzieci. Rozbiegają się po plaży w poszukiwaniu jedzenia. Piją Pepsi prostu z puszki, grzebią w śmieciach i dziwnie nam się przyglądają. Małpy są szybkie i zwinne. W ich towarzystwie trzeba mieć oczy naokoło głowy i trzymać swoje skarby przy sobie. Zmęczeni podróżą przez dżunglę, postanawiamy wrócić łódką. Poznajemy parę Niemców, zrzucamy się na transport i szybko dopływamy do punktu wyjścia. Szliśmy 2 godziny. Płynęliśmy 10 minut. Zmęczeni i zadowoleni wskakujemy to „autobusu lodówki”. Wyskakujemy w okolicach świątyń spragnieni ciepłego powietrza. Trochę pada. Świątynie są cudne. Złote. Olśniewające. Wielkie. Ucinam sobie pogawędkę z mnichem, któremu z Polską kojarzy się kto? Nie Lech Wałęsa. Nie Jan Paweł II. Jerzy Dudek drodzy Państwo! Mój mnich jest fanem piłki nożnej. Pochodzi z Birmy. W międzyczasie kusi mnie, żeby go dotknąć, ale wiem że kobietom nie wolno. Dlatego mnie kusi. To niesprawiedliwe. Rozmawiamy przez dłuższą chwilę. Obiecuje pomodlić się do Buddy za moją podróż. To brzmi dobrze.

Usatysfakcjonowani dzisiejszym dniem wpadamy na piwo do baru Mona Liza, w George Town. I szczerze? Piwo jest drogie. Generalnie alkohol w Malezji jest drogi, więc to nie jest przyjazny kraj do jego spożywania. A sam bar? Przyjemny. Ale… Nijaki. Nieprawdziwy. Turystyczny. Czar George Town zaczyna lekko pryskać. Pada deszcze. Na ulicy pojawiają się szczury. Zaczyna śmierdzieć, miejscami bardzo śmierdzieć.

Nie ustajemy w poszukiwaniach farmy z motylami. Trafiamy tam z Lorą następnego dnia, po kolejnej przejażdżce „autobusolodówką”. Brr… Okazuje się, że motylowa farma jest plastikowym muzeum, za wstęp do którego trzeba zapłacić 27 RM. Odpuszczamy. Nie jesteśmy tu po to, żeby oglądać plastikowy świat. Zawracamy. Zaczyna padać. Chowamy się pod daszkiem w nieczynnej restauracji przy drodze. I dobrze robi, bo w ciągu sekundy zaczyna lać! To jest urwanie chmury. Krople uderzają o metalową dachówkę i kompletnie uniemożliwiają rozmowę. Pada 15 minut. Przestaje na dwie. I znowu pada przez kolejne 30 minut. Utknęłyśmy. I musimy czekać, aż przestanie bo nasze przeciwdeszczowe kurtki nie dałaby rady tym ilością wody. W końcu ruszamy dalej. Po drodze jest ogród  przyprawami – Tropical Spice Garden. Dajemy mu szansę. Wstęp 15 RM. I rozczarowanie. W porównaniu do dżungli, którą widziałyśmy wczoraj porażka. Ze znanych drzew, ze znanymi przyprawami znajdujemy pieprz. Jest ładnie i zielono. Ale co z tego. Może i to byłoby fajne miejsce, ale na darmowy, a nie płatny spacer. Głodne wpadamy do pobliskiego baru i postanawiamy spróbować polecanej przez wszystkich zupy Laksa. I jak myślicie? Jesteśmy zachwycone jest smakiem? Mianowicie – nie. Zupa wygląda, jak brudna woda z białymi robakami. Ble. Ble. Ble. Smakuje, jak brudna woda z makaronem i odrobiną mydła. Ble. Odmawiam spożycia. Lora też. To chyba nie jest nasz dzień. Moja miłość do Malezji powoli zmienia się w nienawiść. Wiecie, jak to jest jak jedna rzecz po drugiej rozczarowuje? Ma się dość. I jeszcze bardziej ma się dość, jak po raz kolejny wskakuje się do „autobusulodówki” i jedzie przez półtorej godziny bo są korki. Nie chce już tu być. Władek i Lora też nie. Chcemy odpoczać od smrodu i bałaganu.

Postanawiamy pojechać w góry, na wzgórza Cameron. Tam są plantacje herbaty, jest zielono, spokojnie, czas wolniej płynie. Kupujemy bilet na mini busika za 37 RM. Zwykły autobus kosztuje 35 RM, więc różnica w cenie jest niewielka, a plus jest taki że mini busik zabierze nas sprzed drzwi hotelu. Odjazd jutro o 11:00 rano. A teraz czas na kolacje. Co będzie dziś? Jestem pewna, że chcielibyście poznać przepis… Bic Mac. Frytki. I cola. To jest to czego było nam trzeba. Co prawda potem umieramy na ból brzucha, bo po tygodniach spożywania ryżu i makaronu, dawka McDonalda przytłacza nasze żołądki. Ale jesteśmy szczęśliwi. Na początku dziwiłam się, czemu ludzie w egzotycznych krajach jedzą europejskie jedzenie, czy fast foody. Teraz to rozumiem.

Rano wskakujemy do naszego mini busa i ruszamy na Cameron Highlands. Jesteśmy my i Asia z Holandii, która podobnie jak ja podróżuje sobie sama. No i jest szalony kierowca. Podczas drogi je, liczy pieniądze, rozmawia przez telefon, wyprzedza chyba na dziesiątego i tym sposobem trasę, którą normalny autobus pokonuje w 7 godzin, my pokonujemy w 4 godziny. Uff… Jesteśmy na miejscu. Miasto Tanah Ranta. Znowu zagadka. Jest zielono, pięknie i spokojnie? Otóż nie. Tanah Ranta to brzydkie miasto. Pełne hoteli, hosteli, knajpek, pamiątek, samochodów. To najgorsze z możliwych turystycznych miasteczek w Azji. Ale wokół są góry.  Miejmy nadzieję, że za nimi ukrywają się boskie widoki… Malezjo daj się polubić proszę.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.