Ameryka Południowa to miejsce, do którego nigdy mnie nie ciągnęło. Wydawało mi się, że to nie dla mnie, że nie moje klimaty, że hiszpański a ja po hiszpańsku to umiem liczyć do dziesięciu, że niebezpiecznie bardzo, że jedzenie nie moje, że są inne miejsca na świecie, która powinnam odwiedzić wcześniej. Jak bardzo się myliłam! Ameryka Południowa mnie zauroczyła i rozkochuje w sobie każdego dnia. Wszystko jest na „tak”.

Santiago de Chile podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

tresvodka w wykonaniu C

Wspomnienia z Santiago, Chile

Pierwszy przystanek po Polinezji Francuskiej Chile. Samolot ląduje na Wyspie Wielkanocnej, ale nie. Nie zostanę tu. To chyba największa wtopa w moim bilecie. Jestem na Wyspie Wielkanocnej, ale to tylko tzw. międzylądowanie. Zwiedzam lotnisko. Ech… Nie wiedziałam o tym wcześniej, a jak już się dowiedziałam to było za późno na zmiany. Szkoda gadać. Z drugiej strony nic się nie dzieje bez przyczyny, będę musiała tu wrócić. No i zaliczyłam przynajmniej lądowanie na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk świata, a teraz ruszam do Santiago. To mój 20 lot w ciągu ostatnich 4 miesięcy. Se polatałam…

I wylądowałam. Pierwsze spostrzeżenie z Chile – każdy ma tu swoje zajęcie. Pani wita przy jednych drzwiach. Druga pani wita przy drugich. Pan wskazuje drogę do łazienki. Kolejny mówi, że trzeba wypełnić papierki. Następny podaje papierki. Trzy osoby wskazują, gdzie odebrać bagaż. Czyżby dlatego bezrobocie w Chile było tak niskie? Z drugiej strony, czy to ważne? Ważne jest efekt. Potem kontrola bagażu. Deklarujesz czy przewozisz coś nielegalnego, czy nie i naciskasz guzik. Jeśli zapali się czerwone światło, idziesz na kontrolę. Jeśli zielone, droga wolna. Taka loteria. Naciskam więc guzik, wstrzymujemy oddech i… zielone. Witamy w Chile Pani Julio. Teraz na lewo, na lewo. Ktoś ma tam na mnie czekać. Nie czeka. Rozglądam się. Nie widzę. Szukam. Nie znajduję. Nie mogę wysłać smsa, bo z niewiadomego powodu nie da się wysłać smsa z polskiego numeru na chilijski. No i co teraz? No wreszcie jesteś! Cześć Tresvodka. Miło Cię poznać.

Nie znamy się. To kolejne z tych dziwnych, magicznych spotkań, na drugim końcu świata, które po prostu miały się wydarzyć. Jeszcze przed wyjazdem z Polski, mój znajomy z byłej już pracy, Zielinka, napisał do mnie:  „Mam koleżankę, która od kilku lat jest w Chile, w Santiago. […] Może po prostu jej i Tobie będzie miło się spotkać.”. Ja się pytam: Skąd wiedziałeś, że będzie nam miło? Jest nam miło. Jedziemy autobusem Centro Aeroporto do centrum, jakieś 30 minut, bilet kupuje się w autobusie za kilka pesos. To najłatwiejszy środek transportu na trasie lotnisko-miasto. Gadamy, gadamy, gadamy. Potem przemieszczamy się spacerem w okolice kościoła San Francisco, najstarszego kolonialnego kościoła w kraju. Dalej na ulicę Paris, w niezwykle urokliwe miejsce, gdzie zarezerwowałam hotel. Hotel, który polecił mi Dejw z Polinezji Francuskiej – Hotel Paris 813, przy ulicy Paris 813. Jakieś 100 zł. za noc, więc nie najtaniej, ale super uroczo. Okolica piękna. Takie mini stare miasto.

Porzucam bagaże i idziemy na kolację. I gadamy, gadamy, gadamy. Zadziwiające jest to, jak dużo mamy wspólnego, jak dużo nas łączy, jak łatwo nam rozmawiać po zaledwie godzinach znajomości. Jeśli chcecie zrozumieć czemu musicie poznać lepiej Tresvodkę, a przynajmniej poczytać o literce „ę”… Obydwie wierzymy w przeznaczenie i w intuicję. I mamy szczęście do ludzi.

Rano idziemy na tzw. późne śniadanie. Co jemy? Hot doga! Hot doga z awokado tzw. completo. Typowa chilijska przekąska. Brzmi dziwnie, ale smakuje wyśmienicie.

A potem wycieczka po mieście z moją prywatną przewodniczką. Na początek główny plac Santiago – Plaza de Armas. Czy każde państwo Ameryki Łacińskiej ma swój plac broni??? Przy placu największa katedra w mieście – Catedral Metropolitana de Santiago. Piękna i olbrzymia. Robi wrażenie. Na placu pełno ludzi. Dzieje się. Sprzedają obrazy, śpiewają, siedzą na ławkach. My idziemy dalej no i się zaczyna. Historie o duchach. Chile to kraj duchów. Praktycznie, co drugi budynek kryje w sobie jakąś tajemniczą opowieść. Są tu nawet nocne wycieczki śladami niezwykłych zjawisk. Ale mi wycieczka niepotrzebna, bo mam Tresvodkę i jej bezcenną wiedzę. Zresztą sami sprawdźcie, bo ciemno wszędzie, głucho wszędzie…

Jakie są ulice Santiago? Różnorodne. Są piękne zabytkowe budynki, odnowione całkiem niedawno, są bloki takie nowsze, są paskudne bloki w komunistycznych stylu i rozpadające się kamienice. I co jest dziwne, to wszystko razem gra. Jak to możliwe? Nie wiem. Tylko jest trochę szaro. W Santiago trudno o kolory niestety. A przydałyby się. Idziemy dalej pod Akademię Sztuk Pięknych. I stąd jest taki widok, na który koleżanka Tresvodka zwróciła moją uwagę – nowe, stare i palmy. Zgadza się? Zgadza się. Całe Santiago. Obok płynie nieatrakcyjna rzeka, a po drugiej stronie zaczyna się Bellavista. Tam jeszcze pójdziemy.

Spacerujemy przez Lastarrię w stronę wzgórza Santa Lucia. W międzyczasie zatrzymujemy się na kawę. Są urocze sklepiki w stylu vintage, knajpy, w tym jednak która ma polskiego właściciela i sushi w menu, stragany z owocami na ulicach, murale i bezdomne psy, których tu niestety nie brakuje… Lastarria to taka trochę alternatywna dzielnica, śledząca europejskie trendy. A ze wzgórza Santa Lucia piękny widok na miasto! I teraz uwaga. Dlaczego wzgórze Santa Lucia jest takie ważne? Bo tu, zgodnie z historią, powstało miasto Santiago. Odrobiłam lekcje Pani Tresvodko. Widok na miasto – góry wokół i miasto w środku. Wielkie miasto i wielkie góry. Tak magicznie położone jest Santiago.

I wreszcie dołącza do nas brakujące ogniwo, czyli C.. Kim jest C.? Ukochanym, narzeczonym, bohaterem historii o „ę” i super kolesiem. Od tej chwili będziemy w trójkę. No to zaczynamy. Na pierwsze danie – kukurydza w dziwnej postaci, której nazwy nie pamiętam. Na drugie – piwo Austral w barze The Clinic. W fantastycznym barze The Clinic! W miejscu, gdzie ludzie pozwalają sobie kpić z kontrowersyjnej polityki rządu. I robią to podobno na piątkę.

A na deser, po zmroku – trzęsienie ziemi. Chile to kraj trzęsień ziemi w końcu, ale spokojnie zatrzęsło nami w nieco inny sposób… Terremoto, czyli trzęsienie ziemi to tradycyjny chilijski drink ścinający z nóg. Wino, z któregoś etapu fermentacji, lody ananasowe, grenadina. Pijesz, pijesz i nic nie czujesz, a potem jak cię walnie to… Więc pijemy Terremoto w jednym z najstarszych barów w Santiago, La Piojera. Śmierdzi, wszystko się lepi, jest tłum miejscowych, my robimy za atrakcję i jest cudownie. Koniecznie tu wpadnijcie, jak będziecie w Santiago. Koniecznie!

Wieczór kończymy w dzielnicy Lastarria, w barze, który jest wyjątkowym miejscem dla Tresvodki i C. Bardzo wyjątkowym, ale to ich opowieść. Co robimy oprócz tradycyjnego popijania zimnego piwa? Uczymy mnie hiszpańskiego.  Na początek tzw. podstawy zapisane przez C. po hiszpańsku i polsku!!! Bezbłędnie! Mimo, że C. po polsku nie mówi. A potem… no co potem? Oczywiście seria przekleństw, które mogą się po prostu przydać. A jakże. Więc się pilnie uczę i rozpaczam bo musimy wracać do domu. Niektórzy jutro pracują. Czas po prostu zleciał, nie wiem kiedy. Niestety.

W Santiago jest gorąco. Słońce świeci na całego, niebo jest bezgranicznie błękitne. Cudownie, ale pewnie na dłuższą metę męcząco. Dla ochłody Mote con Huesillo, czy pszenica z brzoskwiniami, zalane kompotem. Super słodkie, super pyszne i super orzeźwiające. Smakuje trochę jak… sama nie wiem co. Jak sok z takiej brzoskwini w puszce? Można się i na jeść i opić. Dwa w jednym. Do kupienia na ulicy za kilka pesos.

Zmierzam na Plaza de Armas. C. czeka na mnie o 11:00 pod katedrą. Idziemy kupować warzywa i owoce. Uwielbiam markety! Są kolorowe, są pełne ludzi, są piękne. Pachnie truskawkami. A tu świeżym arbuzem! Soczystym melonem. Dojrzałymi w słońcu pomidorami. Papryką, kukurydzą, dynią, kolendrą. Są ryby, mięso, mleczne sery. Jest brud i bałagan. Przepychanki i krzyki. Tak jest na targu La Vega. Wyjątkowo klimatycznie i smacznie.

Dziś C. gotuje. Zupa z kukurydzy, dyni i fasoli – Porotos granados. Pycha! Takie proste, a takie dobre. Chilijska kuchnia jest pełna nieznanych mi smaków i połączeń. Rządzi kukurydza w kilku odmianach i awokado. Jemy więc wspólny, walentynkowy obiad, Tresvodka, C. i ja. I znowu czuję się, jak w domu, w przyjacielskiej atmosferze. Dla takich chwil warto żyć.

Plączę się ulicami Santiago. Gubię się i obserwuję różnice. A różnic tu wiele. Są biedni i bogaci, jest czysto i brudno. Jest europejsko i egzotycznie zarazem. Santiago ma co najmniej kilka twarzy, ale żeby odkryć je wszystkie trzeba tu trochę pomieszkać. Ja dziś odkryję tą bardziej nowoczesną stronę – jedziemy na Sanhattan! Czy ta nazwa nie jest cudowna? Jedziemy metrem. Nie muszę chyba mówić, że nasze warszawskie metro nie dorasta temu do pięt? Jest kilka linii, wielkie stacje i większy tłum, co akurat jest minusem. Dojeżdżamy. Sanhattan to dzielnica biznesowa, pełna szklanych wieżowców i nowoczesnej architektury, z najwyższym budynkiem Ameryki Południowej. Nawet ludzie na ulicach są tu inni. Wszystko jest inne. Jest nienagannie czysto, a ulice ozdabia kolekcja kolorowych ławek. Gdybym nie wiedziała, że to w Santiago to bym nie zgadła. Tym bardziej, że Chile to przecież kraj trzęsień ziemi, a tu takie wystrzelone w niebo drapacze chmur. I wszystko stoi.

Zbliża się wieczór. Jedziemy na wzgórze Cerro San Cristobal, czyli stary wulkan w centrum miasta, z którego będziemy obserwować zachód słońca. U podnóża czekamy na taksówkę, bo chcemy zdążyć przed zmrokiem. „Gruby pies”. Co?! „Gruby pies”, mówi piękną polszczyzną stuprocentowy Chilijczyk C., który nie zna polskiego wskazując na faktycznie spasionego psa. Czy muszę Wam mówić, ile radości sprawiło mi to krótkie zdanie? Od dziś „gruby pies” będzie miał podwójne znaczenie…

Wskakujemy do taksówki, wjazd zajmuje dobre 10 minut. Są odważni co tu wbiegają i wjeżdżają rowerami, ale my dziś jesteśmy wygodni. I właśnie w tej chwili dociera do mnie, jak olbrzymie jest Santiago. Wokół przepiękne góry, z każdej strony i betonowy świat aż po horyzont. Jemy empanadas, pomarańczowe słońce powoli chowa się za szczytami, w dole zapalają się miliony światełek. To jest miasto pełną gębą, miasto w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie mogę się napatrzeć.

Wisienką na torcie pozostaje dzielnica Bellavista, czyli imprezowa część Santiago. Bar przy barze, klub przy klubie i tłumy ludzi. Tłumy!!! Wszędzie pełno. Głośno. Dzieje się. Więc i my zasiadamy w nowocześnie zakomponowanym Patio Bellavista i spędzamy wieczór przy drinku. Ostatni wieczór w boskim, różnorodnym Santiago, na którego poznanie trzeba mieć dużo czasu. Albo trzeba mieć świetnych przewodników, takich jak ja. Dziękuję. Dziękuję za perfekcyjne wprowadzenie do Ameryki Południowej.

Dobra, teraz szybko się pakujcie. Nie zostało dużo czasu. Jutro jedziemy nad morze, poznać wszystkie kolory Valparaiso. A będzie kolorowo bardzo…

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.

Boisz się wyjechać w samotną podroż?

Nie ma się czego bać 🙂 Oto 18 powodów, dla których powinieneś to zrobić jeszcze dziś.