– Wiesz, kiedy pracowałam w liniach lotniczych, ciągle gdzie wyjeżdżaliśmy – wspomniała moja znajoma z pracy. Stałyśmy w porannym korku, w drodze do miasta. – Raz na urodziny mojej córki polecieliśmy do Disneylandu w Hongkongu. Lot był w piątek wieczorem, a powrotny w niedzielę. Mamy tyle świetnych wspomnień…

Nie trzeba wiele, aby zasiać we mnie to ziarnko. Szybko przeanalizowałam w głowie, dokąd można by wyskoczyć na weekend. W końcu mamy to szczęście, że też przysługują nam tańsze bilety.

I have an awesome idea. Let’s fly to Hongkong for you birthday, just for the weekend. Or maybe Tokyo… What do you reckon? – napisałam do Sama.

Jego też nie trzeba namawiać długo na takie pomysły.

We wtorkowy wieczór dyskutowaliśmy sprawę, sprawdzając obłożenie lotów i starając się rozciągnąć czas. W piątkowy wieczór, już o osiemnastej, siedzieliśmy w samolocie na Bali, sącząc szampana.

Nie jestem fanką Bali, czemu dałam już kiedyś wyraz (napisałam nawet tekst „Dlaczego nigdy nie wrócę na Bali”), ale podobno warto dawać drugą szansę miejscom, które z jakiegoś powodu nam się nie spodobały. Dla Sama była to za to pierwsza wyprawa w tamtym kierunku – serio, jeszcze w zeszłym tygodniu był chyba jedynym Australijczykiem, który nie odwiedził Bali, bo latają tam wszyscy. Dosłownie wszyscy!

– Wszystkiego najlepszego! – wznieśliśmy toast za jego zdrowie.

W Denpasar wylądowaliśmy po dwudziestej pierwszej (lot z Brisbane trwa około sześciu godzin), ale odprawa i przebicie się przez zatłoczone miasto zajęło niemal trzy godziny. Było już grubo po północy, gdy zajechaliśmy pod drzwi naszej wilii, wilii Sungai.

Wspomnienia z Bali

Pachniało kwiatami plumerii, a to przywołało wspomnienia.

Na Bali byłam niemal pięć lat temu, w trakcie podróży dookoła świata (uwierzycie, że zaraz minie pięć lat?!) i tu dołączyła do mnie mama.

Fragment wpisu z listopada 2012 roku

„Generalnie jest „tłumie i głośno”, a ja jestem raczej zwolenniczką „pusto i cicho”. Więc po 2 dniach mam dość i czekam niecierpliwie na… na mamę! Tak. Dołącza do mnie na najbliższe 3 tygodnie moja własna, ukochana mama. Jest jedną z tych osób, która zawsze marzyła o wizycie na Bali, więc ja zdecydowałam się tu przyjechać. Tym sposobem powstała okazja nie do odrzucenia i moja mama zakupiła bilet do Indonezji. W hotelu, gdzie się zatrzymałam – Warung Coco Hotel, poznałam Emmę, która ostatnie pół roku spędziła w Indiach. Czemu jest teraz w Kucie? Bo przylatuje do niej mama i będą zwiedzać Bali wspólnie. Córki z mamami podróżują sobie po Bali. Fajnie.

Już czas. Pakuję manatki, wskakuję do taksówki i docieram na terminal lotów międzynarodowych. Wreszcie. Wychodzi przez drzwi lotniska. Trochę zagubiona, trochę zmęczona. Cześć mamo! Witamy w Denpasar na Bali! Z jednej strony łza kręci mi się w oku, mam ochotę rzucić jej się na szyję, ale z drugiej strony jestem przerażona. Mam już swoją harmonię, swój spokój, swój rytm, poradziłam sobie jakoś z tęsknotą, mam niezależność którą uwielbiam i którą muszę zawiesić na najbliższy czas. A do tego za 3 tygodnie pożegnanie. Ech… Ale nie ma co teraz o tym myśleć. Trzeba się sobą cieszyć i podładować „tęsknotowe” baterie! Podłączam się więc do ładowary.”

Tym razem czekało na mnie inne Bali – dużo bardziej luksusowe i ciche, a to oblicze miałam poznać w towarzystwie Sama.

– Wszystkiego najlepszego! – wznieśliśmy toast po raz drugi nad naszym prywatnym basenem.

Chyba nie było jeszcze szóstej rano, a ze snu wyrwały mnie zawodzące koguty. Zapomniałam już, że to nieustanny akompaniament każdego poranku w tej części świata. Gdy koguty łapały oddech, do chóru dołączały zawodzące niemniej psy.

Villa Sungai

Niedługo potem siedziałam już w tym basenie, bo w tropikach trudno odmówić sobie takiej orzeźwiającej przyjemności. Podobnie jak soczystych owoców na śniadanie i schłodzonego piwa jeszcze przed południem.

Tanah Lot i wybrzeże

Potem ruszyliśmy na przejażdżkę przez pola ryżowe w okolicy wioski Cepaka. I wreszcie dalej na wybrzeże, spacerować po czarnym piasku. Oddech złapaliśmy przy jednej ze świątyń zagnieżdżonych na końcu niewielkiego cyplu. A potem wpadliśmy w turystyczny wir w sławnej Tanah Lot – najbardziej znanej, balijskiej świątyni morskiej. Na zachód słońca ściągają tu i miejscowi, i przyjezdni, a oprócz ładnych widoków można też kupić wiatraczki, grillowaną kukurydzę czy spinki do włosów ze sztucznymi kwiatami. Mimo, że było dość festyniarsko, dzień układający się do snu odpalił dobrą dobranockę – płonące słońce utonęło w granatowej wodzie.

Wioska Cepaka

Kolejnego dnia (i zarazem ostatniego) wybraliśmy się na spacer po wiosce Cepaka, gdzie mieściła się nasza boska willa. Jakże wielkie było moje zaskoczenie! Wioska była zadbana, po ulicach nie walały się śmieci (przynajmniej nie w wielkich ilościach, a śmieci to przecież zmora Bali) i nie oferowała kompletnie nic turystycznego, prócz dwóch guesthousów i kilku domów do wynajęcia! Więc spacerowaliśmy do woli, zaglądając w bramy i w wąskie ścieżki, które prowadziły niewiadomo gdzie, przysiadając na schodku, żeby podejrzeć, jak toczy się to zwykłe życie.

W poniedziałkowy poranek popędziłam do pracy prosto z lotniska. „Czy to był tylko sen?”, pytałam się siebie sama w myślach. Weekendowy wypad na Bali wciąż brzmi dla mnie dość nierealne.

Ale tak to jest, gdy mieszka się na tym końcu świata. Jest niewiele miejsc, gdzie można wybrać się na kilka dni z Australii. Z Warszawy lata się na weekend do Barcelony czy Rzymu, z Brisbane… na Bali.

Czy ten wyjazd zmienił moje zdanie o Bali? Nie, był zdecydowanie za krótki w porównaniu do poprzedniego i taki nieco nierealny. Nauczył mnie jednak, że mówienie „już nigdy” jest bez sensu. Podobnie, jak skreślanie miejsc czerwoną kreską.

Jakie są wasze ulubione, weekendowe kierunki?