O świcie budzi nas upalne słońce, w towarzystwie Basi. „Wstawać! Dziś wysyłam Was do łóżek wcześniej”, pokrzykuje z uśmiechem nasza gospodyni. Przed nami długi dzień, dzień pełen atrakcji, trzeba ruszać.

Road trip Brisbane – Sydney – Melbourne. Listopad 2014

Road Trip Brisbane – Sydney

Zwiedzając Coffs Harbour

Od wczoraj jesteśmy w Coffs Harbour. Dzień zaczynamy od spaceru po położonej nieopodal plaży w Sawtell. Ocean, jeszcze dość leniwie, dobija do brzegu, przepływając pomiędzy niesfornymi kamieniami. Woda, czysta jak kryształ, zbiera się w wyżłobionych dołkach, tworząc małe, ciepłe źródła. Piasek jest miękki, wciąż zimny, bardzo przyjemny. Przy naturalnym basenie (Sawtell Memorial Rock Pool), surferzy polują na fale, a wśród nich pływa rodzina delfinów. A my delektujemy się widokami z punktu Bonville Head Lookout. Czy ten dzień mógł rozpocząć się lepiej?

delfiny w Coffs

Jedziemy dalej, w stronę centrum Coffs Harbour, i zatrzymujemy się przy ujściu Boambee Creek, na Boambee Head Lookout. W jedną i w drugą stronę ciągną się długie plaże, a po horyzont rozlewa się nadzwyczaj spokojny ocean. Basia mówi, że spacer wzdłuż tych plaż to fantastyczna, chociaż męcząca, wycieczka.

plaże w Coffs

A potem spacerujemy po porcie w Coffs Harbour, popijając pyszną kawę na wynos i obserwując, wracających z porannych łowów, rybaków. A woda w tym porcie jest tak czysta, jak ta w mojej wannie! Uwierzycie?

port w Coffs Harbour

Objazdówka po Coffs kończy na punkcie widokowym, położonym na szczycie góry, z którego widać całą okolicę.

patrząc na Coffs Harbour

Ale zaczyna robić się gorąco, bardzo upalnie, pot leje nam się po czołach, słońce pali, dziś ma być ponad 37 stopni. Uciekamy więc. Do lasu deszczowego.

Dorrigo National Park

Dorrigo National Park, to jeden z najłatwiej dostępnych, z trasy Brisbane-Sydney, lasów deszczowych, należący do Gondwana Rainforests of Australia (Gondwaną nazywany jest południowy superkontynent, istniejący w paleozoiku). Co prawda, wspinaczka pod górę daje w kość naszemu vanowi (przypominam, że nazywa się Billy, jakbyście zapomnieli), ale jest warta jego wysiłku. Na początku droga, zwana Waterfall Way, wiedzie przez miasteczka, w których zatrzymał się czas, potem przez przyozdobione fioletowymi jacarandami zakręty, wzdłuż których płyną wzburzone strumyki.

Droga do Dorrigo

Na polach pasą się szczęśliwe krowy, nikt nigdzie się nie spieszy, farmerzy dopilnowują swoich codziennych obowiązków, a śmieszne skrzynki na listy tworzą bajkowy klimat.

Zieleń staje się coraz bardziej zielona, powietrze coraz bardziej wilgotne, a temperatura odwrotnie – mniej dotkliwa. Po prawej jest urwisko, po lewej skały porośnięte wysokimi eukaliptusami, poprzecinane co jakiś czas małymi wodospadami, a nad tym wszystkim rozciąga się bezchmurne niebo.

Na lunch zatrzymujemy się w miejscowości Dorrigo. Miasteczko przypomina trochę te z filmów o dzikim zachodzie, zresztą jak wiele tego typu miasteczek w Australii. Puste ulice, dziwne sklepy, wiktoriańska architektura i hotel/ pub stanowiący od zawsze serce miasta. A do tego najlepszy australijski paj, jaki jadłam (z angielska pie, z wołowiną, grzybami, serem, czy czym tam sobie zażyczycie, danie którego w Australii trzeba spróbować).

Miasto, jak z dzikiego zachodu, Dorrigo

Niedaleko Doriggo są wodospady, Dangar Falls, gdzie swoimi pajami się delektujemy.

wodospad Dangar

A potem jedziemy jeszcze kawałek w górę, na spacer po lesie deszczowym. Z góry widać zieloną okolicę, pagórki i doliny porośnięte drzewami, nad którymi szybują kolorowe ptaki.

punk widoowy w Dorrigo NP

Spryskujemy nogi płynem na pijawki i zanurzamy się w wilgotny las. Temperatura jest idealna, nie za zimno, nie za ciepło. Nie pada, ale wyraźnie padało kilka dni temu, bo gdzieniegdzie widać jeszcze zamulone kałuże. I te dźwięki! Świergot dziesiątek różnych ptaków, niepokojące syczenie w krzakach, skrzypiący na wietrze starodrzew, szelest przeskakujących przez powalone konary walabi (małych kangurowatych), odgłos łamiących się gałęzi. To miejsce powstawało przez miliony lat, powstaje cały czas, cały czas się zmienia, przyroda intensywnie tu pracuje.

Po niecałej godzinie docieramy do pierwszego wodospadu. Przekraczając wiszący most, schodzimy na dół, pospacerować za ścianą wody.

wodospady w Dorrigo

Po kolejnych trzydziestu minutach, zatrzymujemy się przy kolejnym wodospadzie, zupełnie innym, jakby mniej wilgotnym. I tak idziemy, przez tą pełną emocji i sztuki stworzonej przez naturę, gęstwinę. Słuchamy, patrzymy, wąchamy, dotykamy. Pracujemy wszystkimi zmysłami, inaczej się tutaj nie da.

jaszczurki w lesie deszczowym

Wracając, po kilkugodzinnym spacerze, do Coffs Harbour, zatrzymujemy się w Bellingen, miasteczku artystów. My chcieliśmy na kawę, Basia decyduje, że na piwo (co to się porobiło!). Więc na zdrowie. Pijemy piwo, zjeżdżamy na dół i chłodzimy się w naturalnych basenach nad oceanem, w Sawtell, o zachodzie słońca, bosko.

Po długim dniu, pełnym wrażeń i ciekawych rozmów, wszyscy z chęcią polegamy na kanapie (z obowiązkowym kieliszkiem australijskiego wina) i oglądamy film Rabbit-Proof Fence, opowiadający historię rdzennej ludności Australii. A potem śpimy, jak dzieci, bo rano trzeba wstać i ruszać dalej. W stronę Sydney, przez stare więzienie i krainę wielkich jezior.