Śnieg w Japonii, a nie kwitnące wiśnie? Snowboard? Czapka i rękawiczki? A, gdzie drewniane japonki i kimona?!

„Wiesz, marzy mi się Japonia. Nie mam wielu takich podróżniczych marzeń, ale Japonia chodzi mi po głowie od dawna”, powiedziałam zajadając australijskie sushi. „Pojedziemy. Będziesz ją lubić. Tam jest najlepszy powder na świecie, we will go snowboarding. Can’t wait!”, z podnieceniem w głosie, nie panując nad językową zmianą, odpowiedział Sam.

Chwilę zajęło mi skojarzenie faktów. No, jak to? Śnieg w Japonii, a nie kwitnące wiśnie? Snowboard? Czapka i rękawiczki? A, gdzie drewniane japonki i kimona?! Moja niewiedza o świecie  została obnażona, a wyobrażenia – przepadły. Bo okazało się, że Australijczycy do Japonii nie jeżdżą na sushi, tylko na narty właśnie (stanowiąc zresztą trzon japońskiej, zimowej turystyki). Najlepszym dowodem na to jest słoik australijskiej pasty Vegemite, uwielbianej TYLKO przez Australijczyków, na który natknęliśmy się w jednym ze sklepów na japońskiej wsi.

Aussie in Japan

„Snowboard w Japonii? To dopiero brzmi egzotycznie!”, pomyślałam na głos, kilka minut później. „Na pewno pojedziemy”, dopowiedziałam sobie sama w myślach.

W końcu nadszedł ten dzień. Polecieliśmy do Tokio, stamtąd superszybkim pociągiem przetransportowaliśmy się do Nagano, a potem autobusem do Hakuby, wioski leżącej w Alpach Japońskich. No i wreszcie jesteśmy na miejscu.

Dlaczego w Hakubie pada tyle śniegu?

Pomimo, że jest już wiosna, witają nas opady śniegu. I to dość obfite. Hakuba to takie miejsce, gdzie śnieg się nie oszczędza. Czemu? Dokształcona, spieszę z odpowiedzią.

Na snowboardzie w Japonii

Zjawisko to nazywane jest ‘the lake effect’. Zimne północne wiatry, wieją w kierunku Japonii z Syberii. Gdy przelatują na ciepłym Morzem Japońskim, zbierają dużo wilgoci, w czego efekcie powstają potężne chmury, które spotykając na swojej drodze pasmo Alp Japońskich, obsypują dolinę, bardzo solidnie, białym puchem. Tym sposobem Hakuba (ale nie tylko Hakuba) staje się narciarskim rajem.

Zima w Hakubie

Rajem nazywanym Hakuba Valley, w którym jest 9 ośrodków narciarskich, 9 różnych szczytów, dziesiątki (a może i nawet setki) hoteli, hosteli, mniejszych i większych noclegowni, restauracji, knajp i barów, sklepów i sklepików, i oczywiście dziesiątkami automatów z napojami (ciepłymi i zimnymi), ale przede wszystkim jest tu świetna infrastruktura do uprawiana sportów zimowych.

High Mount Hotel Hakuba

Nasza taksówka zmierza się z zaśnieżonymi ścieżkami i przeciska pomiędzy kilkumetrowymi zaspami. Wreszcie docieramy do High Mount Hotel, klimatycznego hotelu położonego w spacerowej odległości od wyciągów. Hotel jest rodzinnym biznesem, którym kieruje syn właścicieli, Japończyk Joe. Przypadamy sobie do gustu i popołudnie spędzamy na japońskich plotkach… przy kominku. Za oknem sypie.

Hakuba Tourism

Potem idziemy na spacer. Już we dwójkę. I jest tak bajkowo, że bardziej być nie może! Pagórki i lasy przysypane śniegiem, gałęzie uginające się pod jego ciężarem, mróz delikatnie podszczypujący policzki. A wieczorem objadamy na koreańsko – japońskim grillu w części Hakuby zwanej Ecoland i popijamy wino śliwkowe, na lodzie, żeby było jeszcze bardziej zimowo.

Sporty zimowe w Hakubie

Hakuba stała się ważnym i popularnym ośrodkiem turystycznym wśród Japończyków już w 1920 roku, trzydzieści lat później zbudowano tu pierwsze profesjonalne wyciągi, a w latach osiemdziesiąt nastąpił prawdziwy rozkwit. W tym czasie zasada była prosta – jesteś Japończykiem, to jeździsz na nartach. Światową sławę Hakuba zdobyła w 1998 roku podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Nagano, ale dopiero gdy jakieś 10 lat temu Hakubą zainteresowali się Australijczycy, okolica zaczęła się rozwijać w przyspieszonym tempie.

„80% naszych klientów to Australijczycy”, opowiada nam Joe. „W naszym hotelu jesteś pierwszą Polką”, dodaje. No cóż, nie będę ukrywać, że czuję się wyróżniona 🙂

Sam w Hakuba Cortina

Byłabym nudna, gdybym opowiadała Wam ze szczegółami, jak spędzamy kolejne trzy dni. Pobudka o 7:00, tradycyjny, poranny szok że wciąż pada śnieg, szybkie śniadanie, cały dzień na snowboardzie (z przerwą na gorącą czekoladę), kąpiel w gorącym źródle (czyli tzw. onsenie), japońska kolacja w miasteczku. Pobudka o 7:00, tradycyjny, poranny szok że wciąż pada śnieg, szybkie śniadanie, cały dzień na snowboardzie (z przerwą na gorącą czekoladę), kąpiel w gorącym źródle (czyli tzw. onsenie) dla ukojenia zbolałych nóg, lepienie bałwana, japońska kolacja w hotelu. Pobudka o 7:00, tradycyjny, poranny szok że wciąż pada śnieg, szybkie śniadanie, cały dzień na snowboardzie (z kilkoma przerwami na gorącą czekoladę, bo nie możemy się już ruszać), kąpiel w gorącym źródle (czyli tzw. onsenie), japońska kolacja w miasteczku. No dobra, niech Wam będzie, opowiem więcej…

Więcej o Hakubie znajdziecie na stronie Hakuba Tourism 

Telefon leży, gdzieś w kącie, z daleko od łóżka. Budzik drze się, jak opętany. Wkurzony Sam zwleka się, żeby go wyłączyć i lunatycznym krokiem wraca w kierunku łóżka. „Otwórz zasłony”, mówię zaspana, a on jak robot zawraca, odsłania i… podskakuje z okrzykiem! Całą noc sypało. Ilość białego puchu przekracza nasze wyobrażenia. Zbieramy się w ekspresowym tempie i godzinę później jesteśmy już na stoku, w Happo-one. Jest cudownie. Trochę europejsko, trochę japońsko, bardzo zimowo.

Snowboard w Japonii

Pierwszy raz od siedmiu lat zapinam się w snowboard i o dziwo pamiętam, co mam robić. Do tego warunki są FANTASTYCZNE! Byłam w wielu zimowych miejscach w Europie, we Francji, w Austrii, we Włoszech, Szwajcarii i z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że… japońska Hakuba jest najlepszym z nich, a jazda po stokach przykrytych puchem, a nie przeoranych przez ratraki, to czysta przyjemność (tyłek nie boli przynajmniej!). Jednodniowy karnet na wszystkie wyciągi w Happo-one (jest ich tam 21) kosztuje ok. 150 zł (5000 Jenów).

Plany przy piwie

Popołudnie spędzamy w onsenie, w naszym hotelu. Przywdziewany seksowne japońskie szlafroczki, tzw. yukaty i drepczemy (przez śnieg oczywiście) do celu.  Onsen to tradycyjne japońskie, gorące źródła, podzielone na męskie i damskie, w którym moczy się zmęczone zadki, na golasa oczywiście. Drewniane ściany, wielkie okna, wilgotne powietrze. No więc się moczymy, z widokiem na śniegowe zaspy.

Onses High Mount Hotel Hakuba

A potem objadamy się, jak świnie (inaczej się tego nazwać nie da) w tradycyjnej japońskiej knajpie, w okolicy Happo Information Center (stąd odjeżdżają autobusy, tu można wykupić wycieczki, wziąć mapy itd). Proszę Państwa, dziś w programie gryczane kluski Soba, czyli specjał regionu, zielony groszek na przystawkę, wino, piwo, zielona herbata w proszku i siedzenie na podłodze. Tak to wygląda. Smakuje najlepiej.

japońska kolacja

Dzień drugi jest jeszcze lepszy. Uwierzycie? Śnieg nadal pada (janiemogę!), a my jedziemy do Hakuba Cortina (pomiędzy ośrodkami w Hakubie kursują w większości darmowe autobusy, ale ten do Cortiny jest płatny i kosztuje jakieś 15 zł w jedną stronę, czyli 500 Jenów). W Cortinie jest jeden, wielki, piękny hotel (Hotel Green Plaza Cortina), który przypomina domek z piernika, leżący tuż przy stoku, a w hotelu przesmaczna kawa (niech nikt mi nie mówi, że w Japonii nie ma dobrej kawy, bo go wyślę do Hakuby).

Japońska kawa

W okolicy jest 7 wyciągów i warunki są tu ponoć  najlepsze w całej dolinie (karnet kosztuje ok. 120 zł,  4000 Jenów, w cenie jest 30 zł, 1000 Jenów, na jedzenie i wstęp do miejscowych gorących źródeł). W Cortinie pada zazwyczaj więcej niż w innych miejscach Hakuby (szaleństwo). Upajamy się więc i warunkami i widokami.

Cortina Hakuba

Wieczorem częstotliwość spadania płatków śniegu niepodziewanie wzrasta. Wzrasta też ilość zalegającego na ziemi puchu. Robimy więc, co? Lepimy bałwana! Naszego pierwszego, wspólnego bałwana! Mojego pierwszego bałwana od chyba 17 lat! Znowu jesteśmy w romantycznej komedii…

robimy bałwana

Dwa bałwany

Zmarznięci wygrzewamy się w naszym prawie prywatnym onsenie i zajadamy japońskie pierożki przy kominku w hotelu. Nuda, chciałoby się powiedzieć. Wybaczcie. Lubimy tę nudę.

W drodze do onsen

A kończy się ta historia tak: dnia trzeciego ledwo zwlekamy się z łóżek, musimy się przyznać bez bicia. Kości i mięśnie bolą! Bardzo. Umieramy. Ale dziś jest tzw. blue bird day, czyli błękitne, niebo i słońce, więc nie moglibyśmy nie skorzystać. Śmigamy góra – dół, góra – dół, góra -dół, zaciskając zęby ze zmęczenia. Poddajemy się mu około południa, bo mimo najszczerszych chęci, ciało odmawia posłuszeństwa.

Sam padł

Jesteśmy padnięci, nogi rozjeżdżają nam się, jak psu Pluto, ale przy tym wszystkim jesteśmy super zadowoleni.

I to chyba ten wewnętrzny entuzjazm, wysoki przypływ endorfiny, dodaje nam energii. Na popołudniowy spacer ruszamy do Matsumoto, miasteczka położonego jakąś godzinę od Hakuby, ale o tym następnym razem…

Wybralibyście się w Japońskie Alpy?

Jeśli podobał Ci się ten wpis –  zostaw komentarz. Albo przekaż dalej! 

Będzie nam bardzo miło. Julia i Sam