Tu matka natura udowadnia, że nie zna granic i że jest najlepszą artystką we wszechświecie. 

Flinders Chase droga

Na Kangaroo Island. Dzień pierwszy

Tu nie ma rzeczy, do której można by się przyczepić i nie ma możliwości, żeby się nie zakochać. Wyspa Kangura przywitała nas klimatycznym zachodem słońca, a rano błękitnym, bezchmurnym  niebem i letnim upałem na wiosnę. Z kempingu przy Brown Beach jedziemy na objazd wyspy, mamy na to 48 godziny. Czy wystarczy? To się okaże, ale nie ma po co tracić czasu.

Kangaroo Island to trzecia największa wyspa w Australii, zaraz po Tasmanii i jednej z wysp Tiwi położonych przy Darwin. Znajduje się w sumie jakieś 2,5 godziny na południe od Adelajdy (1,5 godziny autem plus godzina na promie). I niby tak blisko, a jednak przenosisz się w inny świat.

Bo to wyspa to zjawisko, piękny pomnik przyrody. Miejsce, w który trudno się nie zadurzyć. Nie ma tu dużych miast, wielkich supermarketów, całego tego pędu nowoczesnego świata. Jest za to spokój, cuda i natura, a to wszystko podane ładnie tym, którzy przyjeżdżają tu na wakacje.

Z Brown Beach jedziemy w kierunku zatoki fok, do Seal Bay Conservation Park. To tu, na plaży wylegują się australijskie lwy morskie, czyli tzw. uchatki. Miejsce jest zaaranżowane tak, żeby i zwierzęta i ludzie czuli się tu swobodnie. Otoczenie – przepiękne! Zielone pagórki, miedziane klify, delikatny piasek i turkus oceanu.

Seal bay Kangaroo Island

Przez ten świat jak z obrazka, wiedzie Cię do samego brzegu specjalnie przygotowany chodnik, a na tym brzegu odpoczywają setki leniwych grubasów, które nawet nie podniosą głowy, żeby się z Tobą przywitać. Świnie, chciałoby się powiedzieć, ale przecież to foki, nie wypada.

Wstęp do parku jest płatny, można wybrać samodzielny spacer wyznaczoną trasą, albo wycieczkę z przewodnikiem po samej plaży. Nie ważne, na którą opcję się zdecydujecie – każda Was zachwyci.

foki w Seal Bay

Z Seal Bay uderzamy w głąb wyspy, szutrową drogą zwaną hucznie „highway”. Kurzy się prawie tak, jak kurzyło się na Outbacku. Droga opada w dół, a potem pnie się w górę, uciekając w zakrętach. Na polach w spokoju spacerują puchate owce, a obok nie kto inny – kangury.

autostrada przez Kangaroo Island

A my świeże jemy langusty w Andermel Marron i popijamy tutejsze wino. Dobrych winiarni i innych lokalnych wyrobów na Kangaroo Island nie brakuje. Uczta dla podniebienia gwarantowana.

Langusty

Odpoczywamy w zatoce Vivonne, która od razu przywodzi nam na myśl wspomnienia z wyspy Rottnest, na której byliśmy w zeszłym roku (jeśli jeszcze nie widzieliście Rottnest Island to zobaczcie ten filmik). Te same, nieziemskie kolory wody, niebieski w barwach od błękitu to głębokiego granatu, niska krzaczasta roślinność i piach. A do tego to dziś idealne niebo. Z przyjemnością wbieglibyśmy do wody, ale powstrzymuje nas urwisty wiatr.

Vivonne Bay

pomost Vivonne Bay

Od kąpielowych pomysłów odwodzi on nas też w kolejnej zatoce, Hanson. Trudno jest sobie odmówić pływania, nawet próbujemy, ale lodowata woda to kolejny argument przeciw. W końcu Kangaroo Island leży daleko na południu, więc chłodne prądy to tu nic nadzwyczajnego. Patrzymy zatem, na kłębiące się fale, z których wychylają głowy wszechobecne foki.

Hanson Bay

A potem przez eukaliptusowy las, wypatrując koali na drzewach, dojeżdżamy do Flinders Chase National Park i dalej, drogą przez łyse połacie, do latarni morskiej w czerwonym kapeluszu. Och, jak je kocham! Latarnie. Wzdycham zawsze na widok tych bajkowych wieżyczek, marząc żeby cofnąć się w czasie i zostać latarnikiem.

Flinders Chase NP latarnia

Drewnianą ściężką wędrujemy w stronę niebieskiego horyzontu. W dole widzimy… foki, bawiące się w naturalnych basenach. Ale to, co spotyka nas za zakrętem, to dopiero niespodzianka! Admirals’s Arch, czyli wyrzeźbiony w skale łuk, przytłacza swoich ogromem, wyciskając z nas duże „wow”. Mimo, że zdjęcia nie udaje się zrobić dobrego, bo słońce świeci prosto w obiektyw, ten obraz, w głowie, jest wciąż żywy.

Flinders Chase wybrzeże

Admirals Arch

I jak już myślimy, że nie może być lepiej, bo jakby mogło być po takich wrażeniach, matka natura przypomina, że coś takiego jak granice, dla niej nie istnieją.

Remarkable Rock Kangaroo Island

Na skalnej półce leżą porozrzucane skalne skorupy, o kształtach nieprzypominających niczego. Leżą tak od setek lat. Nieruchomo, niezmiennie i tak bardzo niespodziewanie. To Remarkable Rocks, czyli po prostu Niezwykłe Skały. Niezwykłe to też najlepsze słowo, żeby je opisać.

Remarkable Rocks i Sam

Gubić się w zakamarkach między nimi moglibyśmy długo, ale przed zmrokiem chcemy dotrzeć na kemping w West Bay, gdzie jak się okazuje jesteśmy sami. Ciszę przerywają tylko tupiące echidny, czyli jeżopodobne kolczatki australijskie. Bosko.

Przeczytaj wszystkie wpisy z road tripu Brisbane – Adelajda -Wyspa Kangura:

Przekonani?