Spotkaliśmy się w malezyjskim autobusie. Siedzieli z tyłu i cały czas gadali, a ja się zastanawiałam czy dobrze słyszę… Chyba mówią po Polsku, pomyślałam. Czy to możliwe, żeby w ośmioosobowym samochodzie, gdzieś między tajską granicą a wyspą Penang, znalazło się trzech Polaków, oni i ja?! A no możliwe. Ktoś tam na górze chyba bardzo chciał, żebyśmy się poznali się i to właśnie tu i teraz.

Ania i Arek sprzedali swoje mieszkanie na warszawskich Kabatach i wyjechali. Na razie podróżują po Azji i Oceanii, ale kto wie gdzie poniesie ich los. Dziś są u nas w odwiedzinach. Dużo gadamy. W sumie to cały czas gadamy. A o czym? O życiu, o miłości, o pracy, o złych i dobrych ludziach, o zmianach i odwadze, i o sposobach na podróże. Z przyjemnością obserwuję, jak fajną i zgraną są parą, i słucham ich historii. Najwyższa pora Wam ich przedstawić. Poznajcie Anię i Arka, czyli duet blogujący na hapakuna.com

Zacznijmy w punkcie wyjścia, bo bez tego ani rusz. Dlaczego szanowni Państwo wyjechali w podróż? 

Bo zawsze nas ciągnęło. Próbowaliśmy krótkich wypadów i zawsze nam było mało, i trzeba było wrócić na czas. Poza tym żyliśmy, jak typowe stołeczne słoiki: dużo pracowaliśmy, mało się widywaliśmy i stresowaliśmy się coraz większą ilością wirtualnych problemów. Miarka musiała się w końcu przebrać.

I fajnie, że wykorzystaliście ten moment „przebrania” na podjęcie odważnej decyzji. Bo wiecie, ludziom często się „przebiera” i niewiele z tym robią… Kiedy wyruszyliście i ile zamierzacie podróżować? Wiecie już?

Wyruszyliśmy 13 września 2012 bez deadline’u… Pewnie pojedziemy za jakiś czas do Polski, w odwiedziny.

A na stałe kiedyś wrócicie? Czy szukacie jeszcze swojego miejsca na świecie?

Przy odpowiednim nastawieniu takie miejsca same się znajdują. Sęk w tym, że już teraz jest ich kilka, a tyle jeszcze świata przed nami! Póki co myślimy o tym, żeby zostać na dłużej w Azj, ale wiesz jak to jest z planami…

Opowiadajcie, jaki jest Wasz sposób na podróże, bo to nie jest wcale takie oczywiste. 

Głównym pomysłem jest praca za jedzenie i spanie za granicą znana, jako work exchange. Najczęściej korzystamy z serwisu Helpx.

Przyznam, że pierwszy raz słowo o tajemniczym brzmieniu “Helpx” usłyszałam od Was. Co to jest, na czym polega i z czym to się je?

Helpx to rodzaj społeczności podobnej do WWOOF, Workaway itd.

Czyli? Bo nadal niewiele mi to mówi. 

Helpx to strona www/społeczność z tysiącami projektów, prywatnych lub komercyjnych, w których można brać udział, czyli pomagać w zależności od umiejętności i doświadczenia. W zamian za pomoc, czyli najczęściej kilka godzin pracy dziennie, pomocnicy mogą liczyć na jedzenie i spanie. To takie domyślne korzyści, bo tak naprawdę w wielu z tych miejsc zyskać można znacznie więcej. Kwestia nastawienia.

Ok. Czyli Helpx to taka forma wymiany.  Pomagacie na różne sposoby osobie, u której się zatrzymujecie a w zamian za to macie nocleg, wyżywienie, nowe znajomości i pełno przygód, jak się domyślam. Brzmi fajnie. Tylko, co się robi na tych ‘projektach’?

Przeróżne rzeczy… Czasem sami nie wierzymy w to, co robiliśmy… Pracowaliśmy w ekskluzywnym resorcie na wyspie, oprowadzaliśmy ludzi po dżungli, budowaliśmy kafejkę z gliny, pomagaliśmy na farmie w japońskich Alpach w prefekturze Nagano, niańczyliśmy kangury etc. Część naszych przygód opisaliśmy w artykule dla portalu Peron4, który znajdziecie tutaj, a jednym z naszych noworocznych postanowień jest opisanie wszystkich projektowych przygód po polsku, obszerniej niż to robiliśmy w angielskim portfolio projektowym. Będzie ciekawie!

No to do roboty! Nie wiem na co czekacie. Wstyd! Powiedzcie, co Wam daje taka forma podróżowania? 

Zupełnie niepowtarzalne wrażenia i wspaniały rodzaj satysfakcji. Mimo, że nie są to projekty charytatywne to i tak często masz wrażenie, że naprawdę pomagasz ludziom. Innym razem zdobywasz po prostu niesamowite doświadczenia, gromadzisz inspiracje i poznajesz kulturę, w okolicznościach których nie jest w stanie zapewnić krótka turystyczna wizyta. Helpx i inne tego typu projekty mogą być też świetną alternatywą dla niekoniecznie zamożnych, ale zaradnych ludzi którzy zamiast odkładać latami na podróż mogą odwiedzić  wymarzone miejsca nie martwiąc się o budżet na jedzenie i spanie.

Czyli mamy kolejny argument za tym, że nie trzeba być milionerem, żeby pojechać w najdalsze zakątki świata. Czytelnicy słyszą? Argument “nie mam pieniędzy” wykreślamy z listy natychmiast! Dla chcącego nic trudnego, a jak się chce odpocząć od tych projektów można trochę popodróżować w inny fajny sposób korzystając np. z couchsfurfing’u… Tak robicie?

Tak, couchsurfing jest opcją, ale nie na siłę! Zwykle na couchsurfing decydujemy sie po dłuższym researchu mając choć trochę pewności , że będziemy pasować do hosta albo, że będzie to ciekawe doświadczenie. Nie podchodzimy do tego, jak do opcji „tania kima, byle gdzie”, a przynajmniej część kwoty, której nie wydamy na kwaterę przeznaczamy na wspólny wypad z hostami w ciekawe miejsce, czy choćby wspólną kolację w lokalnej knajpce bez angielskiego menu.

Mniam! Lubię Wasze podejście, bo wydaje mi się czasem, że ludzie traktują couchsurfing tylko, jako oszczędność a to nie jest fajne, ale… Muszę się przyznać, że ja nigdy nie korzystałam z couchsurfing’u, jako gość bo trochę się boję. Jest czego?

Zawsze jest się czego bać. Nieprzyjemnych historii couchsurfingowych nie brakuje. Spotkaliśmy trochę osób, które próbowały i zraziły się na dobre. To nie dla każdego. Najwięcej historii jest oczywiście o samotnie podróżujących dziewczętach zatrzymujących się u samotnych facetów bez referencji od wcześniejszyh gości… Ale to temat rzeka. Warto jest w tych kwestiach pójść za głosem rozsądku, zrobić głębszy research, wybrać się na kilka CSowych meetingów w swoim mieście lub okolicy i spróbować zrozumieć na czy polegał pierwotny zamysł tego przedsięwzięcia. Bo mamy wrażenie, że pojęcie „CouchSurfing” dotknęło podobne zwyrodnienie jak „Backpacking„. To jakaś choroba skali globalnej, czy co?

Chyba. Na ‚couchsurfingu’ się nie znam, ale z ‚backpackingiem’ na pewno tak jest. Moglibyśmy debatować na ten temat długo i zaciekle, ale dziś nie o tym. Kończąc couchsurfingowy temat – czy to jest fajna czy niefajna opcja? 

Ma swoje wady i zalety, ale nie jest to rozwiązanie dla każdego. My póki co mieliśmy szczęście poznać wspaniałych ludzi. Były też słabe sytuacje, które pomogły wyciągnąć wnioski ale nie zdołały nas zniechęcić.

Wspaniałe jest to, że trafiając w miejsce które jest zupełnie inne, możesz liczyć na kogoś dla kogo te różnice to codzienność. Couchsurfing pozwala nawiązać kontakt z lokalsami i często łagodzi szok kulturowy. Jednocześnie masz szansę dowiedzieć się więcej niż w hotelowej informacji. Warto chyba wspomnieć, że couchsurfingu nie traktujemy jedynie, jako alternatywę akomodacji. Korzystamy z zalet społeczności takich, jak meetingi np. Sunday CS Dinners w Bangkoku, czy Khaosurfing czyli couchurfingowe spotkania w tajwańskim Khaosiung. W wietnamskim Sajgonie członkowie CS chętnie oprowadzają po swoim mieście i robią to w ciekawy, i profesjonalny sposób.

W podróży jesteście ponad rok. Wymieniać, gdzie dotychczas byliście? 

Tu i tam.

Czyli hapakuna 🙂

Tak jest! Zaczęliśmy od Azji Południowo Wschodniej – Tajlandia, Malezja, Kambodża, Wietnam. Potem Borneo – to malezyjskie jak i indonezyjskie, a stamtąd na Tajwan, i do Japonii gdzie (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) utknęliśmy na 5 miesięcy. Był też krótki wypad do Korei Południowej, który tylko zaostrzył apetyt, a od kilku miesięcy Australia.

Gdzie chcielibyście wrócić? 

Fajnie by było wrócić wszędzie, bo wiesz mieliśmy takie dziwne doświadczenia  – wracaliśmy w miejsca, które za pierwszym razem wydawały się okropne, a przy następnej wizycie dawały się oswoić. Z drugiej strony jest jeszcze tyle do zobaczenia, że póki co nie warto się koncentrować na powrotach. Tak czy inaczej, za kilka dni wracamy na Tajwan, który mamy nadzieję że będzie bazą wypadową i inspiracją do odwiedzenia jeszcze kilku miejsc w Azji.

Zaraziliście mnie tym Tajwanem! Zostańcie tam na dłużej, to przylecę na herbatę. A gdzie raczej już nie wrócicie…? 

Do Kambodży… Ale tylko tak mówimy.

A czemu tak mówicie? Bo wiecie… Wybieramy się tam za kilka miesięcy chyba.

Prawdopodobnie pecha mieliśmy. Najgorsze zatrucie pokarmowe, hotelowo-transportowe potyczki. Nie jestemy też dobrzy w ignorowaniu korupcji i biedy.

Ok. Mam nadzięję, że był to pech, ale o tym że na jedzenie w Kambodży trzeba uważać, słyszałam już od kilku osób. Gdzie poznaliście najlepszych ludzi? 

Wszędzie! A tak bardziej statystycznie to wygrałby chyba Tajwan.

Gdzie najlepiej zjedliście? 

Na Tajwanie, w Tajlandii, w Malezji i u Ciebie też jest szaleństwo!

Dzięki 🙂 Najsmaczniejsze danie, które śni Wam się po nocach? Szczegóły proszę.

Ciężko byłoby wymienić jedno. Generalnie to, co nam się śni po nocach to różnorodność. Masa nowych smaków. Wielkie kafeterie bufetowe, owoce, soki, sałatki, przyprawy. Ehh, ale zadałaś pytanie… Ale ok, spróbujmy sobie wyobrazić taką uliczną ucztę snów, gdzieś w Azji. Wchodzimy do małej rodzinnej restauracyjki/kafejki/bufetu. Pan/pani/dziewczynka/babcia za ladą uśmiecha się promiennie. Zaglądamy do menu/do garnków/kafeteriowych tacek i wybieramy różne pyszności. Ośmiorniczki w mleczku kokosowym i chili, ryba z okrą w curry z trawą cytrynową, sałatka z glass noodles, krewetek i kwaśnej papaji, do-gan (rodzaj tofu) zasmażany z małymi rybkami i łagodnym jalapeno, liście słodkich ziemniaków lub „wąsy smoka” w sosie z ostryg, congee czyli ryżowa potrawka z owocami morza i imbirem… Im więcej nakładamy, tym szerszy widzimy uśmiech na twarzy właścicielki/kucharza/lokalnych gości. Gdzie ta drobna para to wszystko zmieści? A my przecież i tak wybraliśmy tylko procent tego, na co mamy ochotę! Tyle potraw, że trudno nie dostać oczopląsu!

Jeśli jeszcze mamy miejsce na deser (znajdzie się) to po drodze wstąpimy do herbaciarni na bubble tea – Ania bierze taką z marakują i podwójną tapioką, Arek taką z pomelo i kokosowymi żelkami. Albo zatrzymamy się przy ulicznym stoisku na naleśnika roti z ananasem, wiórkami kokosowymi, nutellą i słodkim kondensowanym mleczkiem. Albo na mango sticky rice w durianowo-kokosowym sosie. Albo… 🙂

Chociaż najsmaczniejsza kulinarna przygoda to chyba przygotowanie kinilao z naszym filipińskim kolegą Markiem na Borneo. Mark wstał o 4 rano, żeby na pobliskim targu rybnym zdobyć pięknego tuńczyka. Wspólnie kroiliśmy składniki – imbir, malutkie kwaśne pomarańcze, zielone mango, papryczki chili i cebulę. Marynowaliśmy rybkę w occie i podpatrywaliśmy tajemnice magicznej rybnej zupy według przepisu mamy Marka. Dużo śmiechu i próbowania uwieńczone prawdziwą ucztą w doborowym towarzystwie.  

Stop! Basta. Jestem głodna i chcę poznać Marka. Jadę na Borneo! Tylko nie Wiem, co Sam na to… Rozumiem, że jedzenie Was zachwyca, a co Was moi drodzy najbardziej rozczarowało w tej podróży? 

To, że plecaki są takie ciężkie i że syndrom dupka to przypadłość całej populacji ludzkiej i można się z tym spotkać wszędzie.

Słowo dupek przyciąga uwagę. Jak można scharakteryzować dupka, którego spotykasz w podroży i jaki jest sposób, żeby skopać mu dupę?

Panaceum na dupka jeszcze nie wynaleźliśmy. Radzimy sobie z taki delikwentami na bieżąco.

Jak wymyślicie to dajcie znać, a teraz powiedzcie co Was najbardziej, najmilej zaskoczyło? 

To, że Tajwan to nie tylko fabryki ale i piękna przyroda, i że Japonia okupowała praktycznie każdy kraj azjatycki, że w południowo wschodniej Azji jest tyle śmieci… Ciągle nas coś zaskakuje.

Jakaś mrożąca krew w żyłach historia? 

Zatrzasnęły nam się drzwi do pokoju u Ciebie w domu i nie wiedzieliśmy co zrobić 😉

Cieszcie się, że są drzwi bo jeszcze niedawno nie było… 😉 Jakieś trudne sytuacje podczas podróży? 

Zdarzają się czasem…

I co się wtedy robi, jak się zdarzą?

Trzeba spróbować sobie z nimi poradzić, albo pozwolić rzeczywistości działać, pogodzić się np. ze zmianą trasy i cieszyć się chwilą.

Tak jest chyba najfajniej. Czego dowiedzieliście się o podróżach, czego nie wiedzieliście wcześniej? 

Przede wszystkim, że to nie rurki z kremem, ale się da i warto!

Fajnie Wam podróżować we dwójkę? 

Tak, choć wiadomo że różnie bywa 🙂

Mamy podobne spojrzenie na niektóre sprawy, ale generalnie to bardzo się różnimy – dzięki temu każde ma szansę na swój wkład w podróż. Ania na przykład jest niezastąpiona na etapie researchu i organizowania, ale zgubiła by się zaraz po wyjściu z lotniska (albo wcale by się z niego z roztargnienia nie wydostała ;))  I tutaj wkracza męska połówka, dzięki której docieramy z punktu A do B przy okazji nie tracąc głowy.

A ta podróż dała coś Waszemu związkowi? 

Czy to coś dało naszemu związkowi? Tak naprawdę znamy się bardzo długo, nasz związek ewoluował – od etapu wspólnych wagarów, przyjaźni, przez rozkręcanie wspólnego biznesu w Polsce i pracę ponad siły w reklamie aż po ślub. Tak naprawdę wcześniej przez ostatnie lata mieszkając razem coraz mniej się widywaliśmy ciągle pracując, więc teraz mamy okazję nacieszyć się sobą. Ktoś mógłby powiedzieć, że podróżując we dwójkę jesteśmy na siebie skazani 🙂 Czasami pary się w podróży weryfikują – okazuje się, że nie mają o czym ze sobą rozmawiać albo mało się nie pozabijają. My, mimo albo może dlatego, że znamy sie od 12 lat potrafimy np. przegadać całą noc czekając na przesiadkę na lotnisku. I to są naprawdę fajne, ciekawe rozmowy. Stale stawiamy się w nowych sytuacjach, dowiadujemy sie o sobie nowych rzeczy. Inspirujemy odmienną kulturą, odkrywamy, zyskujemy nowych przyjaciół i wspólnie idziemy przez życie.

Ok ok ok. Starczy, bo mi się łezka w oku zakręciła! Piękne słowa i chyba nie powinnam pytać o nic więcej, ale spytam bo jestem romantyczką… Kochacie się bardziej? A może inaczej? Chociaż to może głupie pytanie, bo wystarczy na Was spojrzeć…

Arek: na pewno nie mniej!

Ania:  zmieniliśmy się w podróży, nabraliśmy dystansu do kiedyś ważnych spraw. Ale nie zmieniło się to jak bardzo się kochamy, jeszcze wyraźniej widzimy, co jest naprawdę ważne.

Kropka. Teraz skojarzenia. Wspólnie albo osobno. Zależy od Was. Ja rzucam słowa, Wy mówicie z czym Wam się kojarzy. 

Mango

Ania: lassi

Arek: Port Douglas

Tajwan

Ania: bubble tea

Arek: gdzie jest moja obrączka?!

Zdjęcie

Ania: wspomnienie

Arek: mój aparat jest zdecydowanie za ciężki w podróż

Blog

Ania: wyzwanie

Arek: kłótnie 🙂

Rower

Ania: Arek

Arek: delirium, brakuje mi

Ocean

Ania: Arka obrączka

Arek: nadal czuję niedosyt

Wakacje

Ania: nie ma już Poniedziałków!

Arek: co? a jaki dziś dzień?

Miłość

Ania: wspólna podróż przez życie

Arek: mimo wszystko

Przyjaźń

Ania: skarb

Arek: cenna „rzecz”

Kabaty

Ania: kiedyś dom

Arek: sympatyczne miejsce, dopóki nie zamknęli pizzerii Inferno 🙂

Koala

Ania: Julka, a dlaczego nie wombat?

Arek: albo swamp wallaby?

Bo ja kocham koale! Kłaniam się i dziękuję. Mogłabym Was jeszcze trochę popytać, ale… Poczekam i pogadamy znowu za kilka miesięcy, bo jestem ciekawa jaki życie napisało dla Was scenariusz i co się wydarzy na Tajwanie. Zgoda? Pogadamy?

Prawdę mówiąc również jesteśmy ciekawi tego scenariusza 🙂 My też dziękujemy i czekamy na waszą wizytę!

No dobra, czyli czeka nas wycieczka na Tajwan. Niech będzie… 🙂 Jeśli chcielibyście poznać lepiej Anię i Arka zaglądajcie na ich bloga. Hapakuna, czyli tu i tam. Hapakuna.com

Wszystkie zdjęcia zamieszczone powyżej, w rozmowie z Anią i Arkiem, pochodzą z ich prywatnych zbiorów i są ich własnością. Korzystanie ze zdjęć autora bez jego wiedzy jest zabronione (Dz. U. Nr 24, poz. 83).