Musieliśmy zafundować gościom jakieś wspomnienia. Wybraliśmy się na przejażdżkę autem po plaży i na Fraser Island.

Rodzinka

Great Beach Drive – z rodzinką

Zapakowaliśmy się po sufit, a dużo miejsca na bagaże nie było, bo samochód był pełny ludzi. Bylo nas… sześcioro: moja siostra z mężem, dzieciaki, Sam i ja. Nie chodziło jednak o wygodę, tylko o przygodę. W końcu musieliśmy zafundować gościom i sobie jakieś wspomnienia!
Od razu po wjechaniu na plażę w Noosa North Shore (miasteczku na Słonecznym Wybrzeżu, na północ od Brisbane) wiedziałam, że to będzie to. Tak, po wjechaniu na plażę, bo nasza trasa wiodła wzdłuż oceanu, przez Great Sandy National Park.
– Ale ciociu, przecież tu nie ma drogi! – krzyknął oburzony Kajtek, czyli mój siedmioletni chrześniak.
– To jest właśnie droga – staraliśmy się wytłumaczyć i jemu, i jego młodszej siostrze Celinie, ale nasze argumenty jakoś ich nie przekonywały.
Bo przecież plaża to plaża. Nie ma asfaltu, wyznaczonego pobocza, za to są fale, które wdzierają się pod koła. Zupełny brak sensu. Nawet znaki z ograniczeniem prędkości wydawały im się być nie na miejscu.
Po prawej – Pacyfik, a po lewej busz. Trochę zielony, a trochę wysuszony słońcem, z przygarbionymi drzewami i krzakami, pomiędzy którymi, na wysmaganych wiatrem wydmach, co i rusz kryje się jakieś pole kempingowe. Niby dzikie, ale całkiem oficjalne. W rządku, tuż na skraju plaży, stoją auta z napędem na cztery i namiociki. To było na tyle z cywilizacji.
widoki na autostradę
Jedni łowią ryby, inni grają w piłkę, karty czy po prostu opalają się. Od czasu do czasu spokój zakłócają im tacy jak my, którzy jadą przed siebie po tzw. Beach Highway.
Kilkanaście kilometrów dalej, tuż za zakrętem, jest już inaczej. Busz zmienia się w dość wysokie klifowe urwisko, zabarwione we wszystkich odcieniach pomarańczu.
To Rainbow Beach, czyli Tęczowa Plaża, która rozciąga się wzdłuż zatoczki. Niby coś o niej słyszeliśmy, ale nikt nie opowiadał o niej z należnym jej zachwytem!
– Idziemy na samą górę? – pyta Kajtek, podczas jednego z przystanku, pod ceglaną w kolorze ścianą.
No jasne, że idziemy, tylko we dwoje, Kajtek i ciocia, bo dla takich widoków warto się powspinać (nawet, jak się ma 7 lat). Według aborygeńskiej legendy, Yiningie, czyli duch bogów, często przyjmował formę tęczy. Zginął w walce i przy zderzeniu z klifami – zabarwił je na… tęczowo.
Przy Tęczowej Plaży, jest miasteczko o tej samej nazwie, Rainbow Beach, i to tu zatrzymujemy się na dłużej. Z samej plaży musimy zjeżdżać szybko, bo wszystko wymierzone jest na styk – przypływy i odpływy determinują twój plan dnia, a gdy woda za bardzo pochodzi pod koła, wiesz że musisz zmykać. Zaczyna też już trochę trząść, bo przez cały dzień, auta rozjeździły porządnie piasek, więc siedzenie w trzecim rzędzie, staje się powoli udręką…
Na szczęście w Rainbow Beach jest, co robić. Na nudę nie możemy narzekać, bo oprócz jacuzzi mamy w gościach kangury i kukubarę (która okazuje się zresztą być Wróżką Zębuszką i podrzuca w nocy pod Kajtkową poduchę $20), a na deser, o każdej porze dnia, możemy się wybrać na lody w wafelku i dobrą kawa.
Obowiązkowo idziemy też na potężną wydmę, Carlo Sand Blow, do której prowadzi ścieżka przez pachnący eukaliptusami las, i z której widoki zachwycają. Tylko, że te cztery małe nóżki nie są fanami długich spacerów i trzeba je przerzuć przez wujkowe ramie.
widoki na klify w Rainbow Beach
Buntują się też w drodze do latarni na Double Island Point, gdzie, szczerze, jest cholernie daleko i moje nogi też wymiękają. To stąd można wypatrywać żółwi, delfinów i wielorybów, można oglądać piękne wschody i zachody słońca, i można tu też wyzionąć ducha w ciągu dnia. Nie dość, że kawał drogi to i gorąco.
Double Island Point
Jednak atrakcją, która nas wszystkich bawi chyba najbardziej, jest ganianie małych, błękitnych krabów na plaży, których poruszające się tabuny sprawiają wrażenie, jakby ruszała się ziemia. Idzie taki niebieski dywan, a potem znika i zostają po nim tylko piaskowe, równiutkie kuleczki.
kraby w Rainbow Beach
z ukrycia
Z Inskip Point, cypla pełnego kempingów gdzie niedawno zapadła się ziemia, łapiemy prom, a właściwie to taką barkę, na największą piaskową wyspę świata – Fraser Island, zwaną Wielką Wyspą Piaszczystą. To miejsce wpisane na listę światowego dziedzictwa razem z Wielką Rafą czy Uluru.
Piętnaście minut później nasze koła zanurzają się w jej piachu, a wbite wszędzie znaki ostrzegające przed dingo – napędzają nam strachu.
ostrzeżenia o psach dingo
– Jesteście pierwszy raz? Jedźcie teraz rzez środek wyspy, na plaży nie będzie przyjemnie – doradza nam gość na promie.
Idziemy za jego radą i jedziemy piaskową drogą wewnątrz, a na plaże zjeżdżamy dopiero w szerszym miejscu. Sama nie wiem czy jest tu ładniej niż na Rainbow Beach? Niby szeroka plaża, niby fajny ocean, niby wszystko na tak, ale chyba nastawiłam się na wielkie „wow”, odbierając sobie tym samym wrażliwość na cudowne drobiazgi (zrobiłam sobie to samo z Hongkongiem).
– Samek, co oni wyciągają? – z zainteresowanie przyglądam się ludziom pociągającym zdechłymi rybami po piasku.
Nie mamy pojęcia co robią – obstawiamy szukanie muszli, które oni tym rybim zapachem chcą wyciągnąć na powierzchnie. Okazuje się, że faktycznie coś wyciągają, ale to nie są muszle, tylko metrowe glisty!
Po lenistwie, plażowaniu i skakaniu przez fale, przejeżdżając 75 Mile Beach, czyli kolejną autostradę na plaży, mijając wrak statku i uciekając przed lądującymi samolotami (plaża to nie tylko autostrada, ale też pas stratowy), tuż przed zmrokiem docieramy na ogrodzony wysokim płotem (płotem przed dingo) kemping Cathedrals i od razu ruszamy na wycieczkę w stronę wysokich wydm. Na piachu widać odbite psie łapy.
Kolejnego dnia rezygnujemy z plaży na rzecz lasu i jezior – przez środek wyspy, krętymi ścieżkami, na których tak łatwo byłoby się zaboksować, wśród solidnych drzew, jedziemy nad jezior McKenzie.
Na początku jednak nic nas nie zachwyca, tylko odrzuca, bowiem tu, w zupełnie dzikim środku, jest wygrodzone dla ludzi i odgrodzone płotem pole, gdzie można jeść i pić, bo nad jezioro nie wolno zabrać ci nic, co mogłoby skusić dingo. Z jednej strony, nieco nas to martwi – psy dingo bowiem potrafią być groźne jak lwy, z drugiej – po prostu uwiera. I to, że ludzie są nierozsądni i dokarmiają dzikie zwierzęta jak podwórkowego burka. I to, że jest ścieżka wyłożona plastikiem i te płoty. Bo chciałoby się, żeby w takim malowniczym miejscu była tylko natura! Ma się czym chwalić.
Co, oprócz krystalicznego błękitu, jest charakterystyczne dla jeziora McKenzie? Tu nie wód gruntowych, ani strumyków płynących ze źródeł – cała woda to deszczówka. Wokół gęsty lat, miękka plaża i cisza. Jest bosko!
jezioro McKenzie
A psa dingo spotykamy dopiero wieczorem na 75 Mile Beach – zasuwa przez środek drogi, dzierżąc rybę w zębach.
Więcej zdjęć z Fraser Island tutaj