Indonezja to kraj tysiąca wysp. Trzeba by mieć tysiące dni, żeby wszystkie zobaczyć. Marzy mi się Papua. Marzy mi się Kalimantan. Marzy mi się Flores. Ale marzy mi się też po prostu plaża i drink z palemką. To marzenie jest łatwe do zrealizowania. Szczególnie w Indonezji.

Gili Meno i Gili Air podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Gili Meno i Gili Air

Płyniemy z mamą na Gili Trawangan. Taki jest plan. Coś trzeba wokół Bali zobaczyć w końcu. Za 700 000 IDR od łebka, kupujemy bilety na speed boat w obie strony. Speed boat okazuje się być zwykłą, wcale nie najnowszą łódką, ale w ciągu półtorej godziny dostarcza nas bezpiecznie w okolice Lomboku. Przystanek Gili Trawangan. 99% pasażerów wysiada. My też powinnyśmy. Zerkamy na siebie i na tłum wypełzający na brzeg. Wysiadamy…?  Może popłyniemy na Gili Meno, kawałek dalej? Tam jest podobno bardziej spokojnie. Ok. Niech będzie. Mała zmiana planów. Płyniemy na Gili Meno. Fale robią się nieco większe. Zaczyna bujać. Z daleka od brzegu musimy przeskoczyć do małej taxi łódki. Trochę się kiwa. Trochę trzęsie. Uwaga skaczemy!!! Hop! Udało się. Płyniemy 5 minut, tylko mama i ja. Zapowiada się cudownie. Tłum został obok. Jesteśmy same. No prawie. Na wyspie jest trochę turystów, ale nie ma skuterów, ani samochodów, jest cicho i spokojnie. Są tylko koniki. Biedne. Muszą zasuwać w takim upale. To niezbyt humanitarne. Siadamy w barze w porcie i sączymy sok z Dragon Fruita! Pycha! Trudno porównać ten smak do czegokolwiek. I kolor też. Fioletowo, różowo, buraczany napój. Rozkoszujemy się widokami. Odpoczywamy. Od czasu do czasu zakłócają nasz spokój sprzedawcy wszystkiego. No i wreszcie ruszamy na poszukiwanie noclegu. Znaczy ja ruszam.W głąb wyspy. I przeżywam szok. Takiego syfu to dawno nie widziałam! Pomiędzy tonami plastikowych butelek pasą się krowy. Dalej leżą hałdy kokosowych skorup. To na szczęście eko odrzuty, ale generalnie środek wyspy do wieś, która można by nazwać wysypiskiem śmieci. Wracam. Teraz kolej na mamę. Idzie w lewo. I znajduje dla nas domek, przy plaży, w ostatnim czynnym ośrodku – Baru Meno. 300 000 IDR za domek, czyli nie najtaniej. Ale jest czysto, ładnie, spokojnie, a plaża jest praktycznie tylko dla nas. Czas na opalanie i lenistwo w czystej postaci. Tego nam było trzeba. Fale rozbijają się przy brzegu, morze wyrzuca muszle i martwe korale, chmury powoli przemieszczają się po niebie. Jest nam fajnie.

Jak spędzimy kolejny dzień? Też na plaży! Co innego można tu robić? Idziemy na spacer wokół wyspy. Mijamy kilka ośrodków, które splajtowały po zamachach terrorystycznych w 2002 roku na Bali. Wcześniej przywozili tu turystów statkami. Potem turyści przestali przyjeżdżać na Bali, no i nie było już kogo przywozić na Gili Meno. Piękny, największy ośrodek na wyspie, z basenem zaraz przy plaży popada w ruinę. Obok inny, który spotkał ten sam los. Teren można kupić. Ktoś chętny? Ja w sumie może spytam o cenę… Dalej jest lepiej. Szkoła nurkowania, nowe bungalowy, knajpki i ludzi jak na lekarstwo. I tak w kółko. Ośrodek, szkoła nurkowania, ośrodek, szkoła nurkowania, restauracja, szkoła nurkowania, ośrodek. Generalnie okolice tych wysp są fajne na nurkowanie i snorklowanie. Plaża miejscami szeroka, miejscami wąska. Morze miejscami spokojne, miejscami fale są dość spore. Wybrzeże na Gili Meno, mimo że wyspa jest malutka i można ją przejść wokół w półtorej godziny, jest bardzo zróżnicowane. Tu gdzie mieszkamy plaża jest szeroka, ale fale są duże, dno kamieniste. Do kąpania słabo, ale życie podwodne można tu obserwować. Bliżej portu woda jest lazurowa i spokojna, a dno piaszczyste. Po drugiej stronie wyspy jest trochę glonów, trochę skałek, no ale to właśnie tu można podobno zobaczyć żółwie! Chcę zobaczyć żółwia. I kolorowe rybki. Jutro będę snorklować, ale najpierw trzeba wrócić do punktu wyjścia… Idziemy już chyba trzy godziny. Robimy przystanki od czasu do czasu. A to na sok ze świeżego mango, a to na szybką kąpiel, na coś do jedzenia, na zrobienie zdjęć. I tak sobie tuptamy i gadamy, i tak upływa nam cały dzień.

Wczoraj wieczorem byłyśmy na „świeżej” rybie. Podana z ziemniakiem w mundurku, suchą jak wiór kukurydzą z grilla i sałatką coleslaw. Zestaw dość dziwny i niezbyt smaczny. Dziś robimy podejście drugie. Ryba podana w ten sam sposób, więc to chyba jakaś lokalna reguła. Smakuje słabo. Niestety na Gili Meno, ani na żadnej innej z trzech wysepek w okolicy nie ma świeżych ryb. Nikt tu nie łowi. Wszystko kupują na Lomboku i przywożą, a zakupów nie robią codziennie… Wielka szkoda. W takich miejscach chce się jeść ryby i owoce morza, a tu nie ma w czym wybierać. Za to wszędzie można zjeść pizzę. Każda knajpa ma piec, ogrzewany żywym ogniem i jako specialite serwuje pizze. Ok. Spróbuję. Po proszę tę z ananasem. Jest w porządku. Chyba lepsza nim podejrzana ryba.

Uzbrojona w maskę, rurkę, różowe płetwy i Arribową koszulkę ruszam na poszukiwanie żółwii. Nie znajduję ich. Za to znjaduję tysiące kolorowych rybek i rybeczek. Potem mam krótki kurs noszenia na głowie kosza pełnego owoców. Masakra! Trzeba się chyba uczyć tego od dziecka, żeby tak swobodnie nosić sobie rzeczy na głowie. Indonezyjki są w tym mistrzyniami.

Tak mija mi trzeci dzień na Gili Meno. Mama zaczyna nudzić się na plaży. Ile można nic nie robić pyta? Trzeba się ruszyć dalej dziecko! Do wyboru oprócz Gili Meno mamy jeszcze Gili Trawangan i Gili Air. Te trzy najbardziej popularne gili, czyli po prostu wyspy, leżą blisko wybrzeża Lomboku. Każda jest inna. Trawangan to imprezownia, indonezyjska Ibiza. Meno jest idealne na podróże poślubne. Cisza, spokój i romantyczne zakątki. Gili Air jest czymś pomiędzy. Wszystkie trzy wyspy są kierunkiem wybieranym przez europejczyków odwiedzających okolicę. Goście z Australii wpadają tu rzadko. Wolą Bali. Ale podobnie, jak Bali najbardziej znane indonezyjskie gili zmieniają się w szybkim tempie i dostosowują do wymagań klienteli. Chociaż woda w kranie nadal jest słona… Tak. Pod prysznicem też. Myjemy się w zimnej słonej wodzie. Można się przyzwyczaić. Uwierzcie.

Dzień czwarty. Łapiemy łódkę na Gili Air. Będziemy sobie dawkować natężenie człowieków na metr kwadratowy. Trawangan jest trzeci w kolejce. Po piętnastu minutach jesteśmy w innym świecie. Port jest większy, ludzi więcej, głośniej. Odmiana się przyda. Znajdujemy bungalow po prawej od portu. Kawałek drogi, cena jak na Gili Meno, plaży praktycznie brak, ale właścicielka miła. Więc zostajemy. Tylko zróbmy coś! Nosi mnie! Mamę też ewidentnie. Wypożyczamy rowery i śmigamy w głąb wyspy. Fajnie tu. Prawdziwa wiocha i prawdziwe życie lokalesów! Kolorowe domki, małe uliczki, mango na drzewach, koguty biegają. Są też bungalowy. No i są śmieci. Miałam o nich nie wspominać, ale są. Trudno to przemilczeć. Dojeżdżamy na Sunset Beach. Tu jest fajny piasek i klimatyczne bungalowy, i spokój! Tam gdzie my się zatrzymałyśmy jest ośrodek przy ośrodku i „główna” droga wzdłuż wybrzeża. Albo fajnie się tu zatrzymać w środku wyspy właśnie. Jest mniej sztucznie, żyjesz z miejscowymi. No ale trudno. Jesteśmy zakwaterowane i nie będziemy się już przeprowadzać. Jedziemy dalej, w drugą stronę. Plaża do której docieramy to imprezownia. Wszyscy zmelanżowani. Totalny chill out. Jointy i grzybki. To samo było na Gili Meno. Grzybkowy shake to standard. Niby narkotyki takie nielegalne w Indonezji. Kto by pomyślał. No to co? Musimy spróbować! Mama i ja. Grzybkowy shake razy dwa.

Żartuję. Chociaż mama jest bardzo chętna. Ja się cykam. Skąd mam wiedzieć skąd oni biorą te grzybki?! Mama uważa, że jestem mięczakiem chyba. Jezu! Role się odwróciły. Chyba ja tu jestem bardziej mamą teraz.

Trochę się umęczyłyśmy na tych rowerach. Pora wracać. Tym bardziej, że znalazłyśmy zajęcia jogi i moja mama, czyli znana milanowska fanka jogi się wybiera. I nieźle dostaje w kość, ale daje radę. Chapeau bas mamo! Jesteś dzielna. Ja siedzę i się patrzę. I odpoczywam. Atmosfera w ośrodku, gdzie prowadzone są zajęcia to totalny zen. Więc odpływam na poduchach, otoczona świecami, przy dźwiękach relaksującej muzyki.

Jest niedziela. Słońce wstało, niebo jest błękitne, szum fal. Teraz popłyniemy na Gili Trawangan trochę poimprezować! Co Wy na to? Ja bym bardzo chciała, ale… Mój brzuch mówi, że to nie jest najlepszy pomysł. Poszłyśmy wczoraj na rybę. Ewidentnie świeża nie była. Mam pierwsze zatrucie pokarmowe w podróży. Tadam! Wszystko trzeba przeżyć, nawet to… Kiedyś musiało mnie dopaść. Zostajemy na Gili Air. Leczę się wódką i colą. Lekarstwo jest skuteczne chociaż po całym dniu ciągnie ode mnie chyba, jak od żula. Lekko zawiana podejmuję decyzję o dalszym planie na podróż. Będą smoki z Komodo!

Zawijamy się na Bali. Speed boat. Półtorej godziny i jesteśmy w Patang Bai. Stąd 30 minut i gdzie docieramy? Do domu, czyli do naszej Iguany.  Na początek prysznic w niesłonej wodzie, potem basen i zimnie piwo. A już niedługo Flores… Cudowne Flores i małe smoki. Zdradzę Wam, że się zakocham.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.