Niezwykła ilość barw o różnym nasyceniu. Kolory tęczy. Żółty, czerwony, niebieski. Gdzieniegdzie trochę szarości i świeżej zieleni. Intensywny pomarańcz. Wyblakły róż. Magiczny fiolet. Paski, kreski, kropki i kółka. Zagadkowe obrazki. Zabawne graffiti. Z górki i pod górkę. Po schodach i windą. Z widokami na ocean. Z wielkim miastem aż po horyzont. Z górami w tle. Z uśmiechem w Valparaiso. Inaczej się tu nie da.

Valparaiso podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Valparaiso, Chile

Jest sobota. Piękna pogoda. Z Santiago wybieramy się nad morze. Tresvodka, C. i ja. Jedziemy metrem na stację Pajarito. Stamtąd łapiemy autobus. Jest kilku operatorów, ceny wahają się od 5 do 10 pesos w jedną stronę, bilet można kupić bez problemu. No prawie. W związku z tym, że jest sobota i piękna pogoda, nie tylko my chcemy wybrać się do Valparaiso. Możemy jechać za dwie godziny, wcześniej nie ma miejsc. Ale… nie ma przeszkód nie do pokonania. Kupujemy bilety do Vina del Mar, sąsiedniego miasta. Podróż zajmuje jakąś godzinę czterdzieści minut. Potem przesiadamy się w tutejsze metro i w kilka minut pokonujemy piękną trasę nad brzegiem oceanu, żeby dojechać do centrum Valparaiso.

To miasto zachwyca. Przenosi w inną czasoprzestrzeń. Zresztą, szkoda gadać. Popatrzcie.

i więcej kolorów

i kolory

i domy kolorowe

IMG_5720

IMG_5744

kolorowe miasto

W Valparaiso spędzam dwa dni. Pierwszy w wyborowym towarzystwie Tresvodki i C. Chodzimy ich ulubionymi drogami, jemy w ich ulubionej knajpie. Pyszna tortilla z krewetkami i sosem beszamelowym. Intrygujące połączenie. Do tego obowiązkowo białe chilijskie wino. Wybornie. Potem zaglądamy do ich ulubionej księgarni, a na koniec zajadamy się lodami o smaku marakui z ich ulubionej lodziarni. Lody mają autentycznie smak marakui. Bez odrobiny ściemy. Jedyne w swoim rodzaju.

A potem co? Potem musimy się pożegnać. Znaczy powiedzieć sobie „do zobaczenia”. Szczerze wierzę, że szybko się spotkamy, bo jest między nami fajna energia. Jak to mówią w Chile: buena onda, czyli dobra fala. Więc zaciskam zęby, maskuję napływające do oczu łzy. Jestem w tym coraz lepsza i mówię: dziękuję. Dziękuję, że mogłam Was poznać i zerknąć na Chile Waszymi oczami.

A teraz idę dalej, przez Valparaiso. Chłonę kolory, chłonę atmosferę. Aż do późnej nocy. I od rana znowu, ubrana w arribowe kolory, wtapiam się w otoczenie i się gapię. Czuję, że jestem w dobrym miejscu, o dobrej porze. Czuję, że tu pasuję i mogłam bym zostać na dłużej…

Ale czas jechać dalej. Do Peru. Żegnam Chile zaledwie po 6 dniach. Coś za coś. Chciało mi się zostać dłużej w Australii, to teraz mam za swoje. Ale wrócę, obiecuję. Wrócę poznać Chile, bo na razie wiem o nim niewiele. No i mam tu jeszcze kogoś do odwiedzenia. Pewnego razu w Chile się spotkamy…

Zarzucam na plecy mój zielony plecak. Odbieram kolejną kartę pokładową. Zaliczam odprawę i odlatuję do miasta, którego najbardziej w tej podróży się boję. Limo, czy będziesz taka straszna jak cię malują? Sprawdźmy!

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.

Boisz się wyjechać w samotną podroż?

Nie ma się czego bać 🙂 Oto 18 powodów, dla których powinieneś to zrobić jeszcze dziś.