To był zwykła środa, nic szczególnego. Zwykły dzień, dzień, jak co dzień. Od rana świeciło słońca, powietrze było lepkie, jak na początek pory deszczowej przystało, bo w Queensland zaczyna się ona w listopadzie. Razem z Anetą, od rana szykowałyśmy się na wyjazd, przeglądałyśmy kempingowe rzeczy, robiłyśmy jedzenie i piłyśmy ostatnią wspólną kawę na naszym tarasie. Bo w dobrym towarzystwie czas szybko mija…

Road trip Brisbane – Sydney – Melbourne. Listopad 2014

Road trip Brisbane – Sydney

Moja przyjaciółka, a właściwie to już nasza, odwiedziła nas na trzy tygodnie i to był i dla mnie i dla Sama bardzo ważny czas. Dlaczego, możecie przeczytać tutaj. Przez pierwszy tydzień zwiedziliśmy Melbourne, przejechaliśmy się Great Ocean Road i odwiedziliśmy pingwiny, a potem wspólnie odkrywaliśmy nasze Brisbane. Na koniec zaplanowaliśmy road trip, bo w końcu zawsze najlepiej zrobić to, co miejscowi robią najbardziej. Tu się zaczyna nasza 10 dniowa wycieczka z Brisbane, przez Sydney, aż do Melbourne. Ponad 2000 km i równie dużo przygód; kangury, plaże, lasy deszczowe, magiczna opera, wysokie góry, wschody i zachody słońca. Zresztą, zobaczcie sami…

Aneta i Julia w Byron

Jest około 17:00, Sam wraca z pracy, zjadamy szybką kolację i ruszamy w drogę. Dziś niedaleko, bo tylko to Byron Bay, czyli jakieś półtorej godziny na południe od Brisbane. Równie dobrze moglibyśmy wyjechać o świcie, ale jakoś tak jest chyba lepiej, jak już się jest w trasie i przejedzie się chociaż kawałek. Zatrzymujemy się na tym samym kempingu, na którym byliśmy ostatnio. Niebo lekko się chmurzy, ale na szczęście deszcz nas oszczędza. Przynajmniej do rana…

Zwiedzamy Byron Bay

W Byron podobno często pada. Jest położone jakoś tak między oceanem, a górami, że chmury z chęcią się nad nim zawieszają. Padało, jak byliśmy tu w zeszłym roku, dziś pogoda też nie zachęca do opalania.

Spacerujemy po centrum pełnym uroczych, małych kafejek i hipisowskich klimatów. Nikogo nie dziwi tu, że chodzisz na boso, czy że przez środek miasta zasuwasz z deską surfingową. Bo Byron Bay to surfingowy raj i raj dla plecakowiczów. I dla tych co lubią fajne rzeczy też.

sklepy w Byron

kawa w Byron

Spotkasz tu ludzi z całego świata, w knajpach pracują Francuski, nurkowania uczą Niemcy, a hostel prowadzą Argentyńczycy. Nie brakuje też tych, których poczucie wieku zatrzymało się w młodości i mimo zmarszczek wciąż czują się, jak dwudziestolatkowie, popalając jointa, popijając piwo do rana. Ale mimo tysiąca zalet, Byron ma też swoje wady. Jest po prostu zbyt tłoczne i zbyt popularne.

kolory Byron Bay

Z miasta jedziemy na latarnię morską. Tak, znowu to powiem, kocham morskie latarnie! Cape Byron Bay Lighthouse została zbudowana 1899 roku i ostrzegała żeglarzy przed najbardziej wysuniętym na wschód koniuszkiem Australii, który znajduje się właśnie tu. Dziś, latarnia jest głównie turystyczną atrakcją, ale dumnie zdobi przepiękny półwysep. Śnieżnobiała, przyozdobiona granatowymi pasami u dołu, patrzy na okolicę.

Cape Byron Lighthouse

A w okolicy są szerokie, prawie bezludne plaże, urwiste klify, skały rozrzucone w oceanie. Można tu spędzić długie godziny (oczywiście, jak się kocha latarnie to można też i dnie, bo w latarni można spać) odpoczywając i podziwiając widoki.

Byron Bay

I można iść na spacer specjalnie wyznaczoną trasą, wypatrując w wodzie wielorybów i delfinów, i obserwując skaczące w krzakach walabie (czytaj kangurowate). A na końcu tej trasy można usiąść na kamieniu i fotografować surferów, uganiających się za wielkimi falami.

Whale watching

surferzy w Byron Bay

Pogoda nie zachęca nas do zostania na dłużej, po kilku godzinach ruszamy dalej, wzdłuż Legendarnego Wybrzeża Pacyfiku (The Legendary Pacific Coast), który wiedzie z Brisbane do Sydney i jest jednym z najciekawszych australijskich road tripów. Co jakiś czas zatrzymujemy się na spacer, szybką sesję zdjęciową, kawę w starym kościele i wreszcie na lunch.

stary kościół kawiarnia

piknik na morzem

Podziwiamy wiejskie krajobrazy, obserwujemy porośnięte trzciną cukrową pola i na odległość wyczuwamy działającą cukrownię. Powietrze jest, dosłownie, słodkie. Stajemy w niepozornym, małym Lennox Head, które jest zupełnym przeciwieństwem Byron, a potem w robimy przystanek w miejscowości Ballina pod… wielką krewetką!

wielka krewetka

O australijskim uwielbieniu do wielkich rzeczy już Wam wspomniałam. Wielkie mango, banan, owca, młotek – to popularne atrakcje turystyczne. A w Ballinie jest wielka krewetka. O dziwo, nie ma przy niej żadnej kawiarni, ani nie stoi nad oceanem, tylko na parkingu marketu budowlanego, ale poniekąd nawiązuje do okolicy, bo w miasteczku tym można ponoć kupić najlepsze krewetki. Zresztą, kto ich w tej Australii wie…

Gdy dojeżdżamy do Yamba, słońce lituje się nad nami i od razu świat jest piękniejszy! Nie jest tak? No jest. Gdy jest pochmurno, to nieważne jak bardzo by było krajobrazowo, wszystko wydaje się mniej urocze. A gdy słońce świeci, dzieje się magia! Szykujemy lunch nad oceanem, korzystając z wszechobecnych w Australii, ogólnie dostępnych grillów i napawamy się widokami.

wreszcie wyszło słońce

W Coffs Harbour, u Basi

Tuż przed zmrokiem docieramy do Coffs Harbour. Coffs leży pewnie w połowie drogi między Brisbane a Sydney. Powiecie, że się spieszyliśmy. Trochę tak, przyznaję, ale nie bez powodu…

Usłyszałam o Niej pierwszy raz, gdy odwiedził nas Karol z ekipą Busem przez świat. I ona usłyszała wtedy pierwszy raz o mnie. Nie wiem, jak to się stało, ale zostałyśmy znajomymi na Facebooku, a później wymieniłyśmy się numerami telefonów. Nasza pierwsza rozmowa trwała chyba dwie godziny. Żadna z nas nie chciała skończyć, miałyśmy sobie za dużo do powiedzenia. Nie dane było nam się spotkać wcześniej w tym roku, nie wyszło, ale teraz było doskonała okazja, bo Basia Meder mieszka w Coffs Harbour.

Wyściskała mnie, jak dawno niewidzianą przyjaciółkę, a ja od razy poczułam się przy niej dobrze. Nie zawsze tak mam, zazwyczaj schodzi mi chwilę, żeby odnaleźć przy kimś swobodę. Tym razem było inaczej. Bo Basia to taka moja bratnia dusza, z wielu powodów bardzo mi bliska osoba. A ponad trzydziestoletnia różnica wieku, nie ma dla nas żadnego znaczenia.

Ona podróżuje dużo, od zawsze. Ma za sobą podróż dookoła świata z biletem RTW, ma za sobą samotną wycieczkę po Afryce, a na koncie książkę „Babcia w Afryce”, uhonorowaną nagrodą National Geographic Traveller. Ma za sobą przeprowadzkę do Australii, i milion przemyśleń emigranta. A w sobie ma tyle pozytywnej energii, że spokojnie mogłaby nią obdarować całe miasto! I tą energią zaraża, od pierwszej chwili.

Babcia w Afryce

Zgadnijcie, jak spędzamy wieczór? Przy butelce szampana, a właściwie to kilku i przy pysznym marokańskim jedzeniu. Wokół palą się świece, w głośnikach mamroczą aborygeńskie dźwięki, ze ścian, przyozdobionych milionem pamiątek, przemawia historia. Tak, to jest dom podróżnika. Dom osoby, która kocha swoje życie. I o tym życiu opowiada nam do późnej nocy. A my dopytujemy, bo chcemy wiedzieć, jak najwięcej. Wszyscy chcemy. Oglądamy zdjęcia, przymierzamy czapki przywiezione z całego świata, znajdujemy milion inspiracji.

W korytarzu wiszą zdjęcia Basi z jej podróży dookoła świata, a ja na tych zdjęciach dostrzegam znajomą twarz. „Basiu, czy to jest Leszek?”, pytam nie mogąc uwierzyć, że widzę to, co widzę. Tak, to jest Leszek, mój wychowawca z liceum, Pan geograf! Uwierzycie? Czy to możliwe, żeby świat był, aż taki mały?!

zdjęcia u Basi

Basia spotkała Leszka, gdzieś w Ameryce Południowej. Tego Leszka, tego u którego ponad dziesięć lat temu zdawałam maturę, tego któremu podpadałam wagarami, i u którego oblewałam kartkówki z geografii. Nie wierzy też Aneta, moja przyjaciółka, bo to był też jej wychowawca. Oczywiście siadamy we trzy, Basia, Aneta i ja, i piszemy do Leszka wiadomość, z pozdrowieniami z Australii. A potem wracamy do podróżniczych dyskusji, które mogłyby się nie kończyć…

Basia Meder i Julia