Kings Canyon nie jest po drodze, dlatego wielu go omija. Nie zróbcie tego błędu i zajrzyjcie w miejsce, gdzie król raczej nie chodziłby piechotą. Bo za daleko. 

Wycieczka do Kings Canyon

Zastanawiałyśmy się długo, czy zboczyć z trasy te sto sześćdziesiąt kilometrów, żeby następnego dnia te same sto sześćdziesiąt kilometrów przejechać w drugą stronę. Zastanawiałyśmy się długo, czy warto gnać przez wysuszone pustkowia, tylko po to, żeby następnego dnia, w skwarze, przejść prawie dziesięć kilometrów. Zastanawiałyśmy się tak długo, że decyzję podjęłyśmy dopiero, gdy Uluru przestało migotać nam w lusterku.

Po dwóch dniach spędzonych w Parku Narodowym Uluru-Kata Tjuta, ruszyłyśmy w drogę powrotną do Alice Springs. Miałyśmy do przejechania te same czterysta pięćdziesiąt kilometrów, co wcześniej, ale postanowiłyśmy sobie jeszcze trochę dołożyć i zatrzymać się w Kings Canyon.

Na jednym, jedynym skrzyżowaniu odbiłyśmy w lewo (nie było zresztą inne opcji niż w lewo albo prosto). Nieco zmęczone długim dniem, który zaczął się jeszcze przed wschodem słońca, odrobinę znudzone monotonią drogi, którą już znałyśmy, sunęłyśmy bez większej ekscytacji przed siebie.

Do czasu!

Szybko zerkam w lusterko, żeby upewnić się, czy nic nie wisi mi na ogonie i cisnę hamulec do oporu, a potem od razu wrzucam wsteczny.

– Co się dzieje? – mama reaguje z małym opóźnieniem.

– Wielbłądy.

Patrzą na nas zdziwione, bo ktoś zakłócił im spokój. Patrzą, a my się zastanawiamy, czy są wkurzone czy może jednak nie. Trzy duże wielbłądy na australijskim outbacku.

Dzikie wielbłądy w Australii

Żyje ich tu, w dziczy, ponad siedemset tysięcy, a Australia jest największym eksporterem wielbłądów do Arabii Saudyjskiej.

Zaskoczeni? Też byłam, bo Australia kojarzyła mi się raczej z kangurami, niż z wielbłądami (więcej ciekawostek o Australii znajdziecie tutaj).

To jedyne osobniki, jakie spotykamy na trasie, ale jest tu ich zdecydowanie więcej – wskazują na to dość często rozsiane wielbłądzie kupy.

Na kemping, do Kings Canyon Restors, docieramy chwilę po zachodzie słońca.

Mrok ośmiela dingo, które spacerują, jak gdyby nigdy nic, pomiędzy namiotami i kamperami, i szperają w śmietnikach. Jeden zagląda też dość niepewnie do knajpy, gdzie turyści przyszli na kolację. Wszechobecne znaki ostrzegają, żeby trzymać się daleka – tak też robimy.

Dingo tylko wyglądają jak burki z podwórka, a w rzeczywistości lubią ostrzyć kły jak prawdziwie dziki zwierz. Trudno uwierzyć? Wystarczy poczytać te setki historii o atakach na bezmyślnych ludzi, którzy chcieli dingo pogłaskać za uchem, albo historii o dzieciach, które znikały z namiotów…

Trzymamy się z daleko. Całą noc słyszymy jak drepczą wokół naszego bezbronnego kampera i grzebią w śmieciach nieopodal.

Z Kings Canyon Resort do kanionu jest kilka kilometrów. Już koło ośmej jesteśmy na miejscu, bo dzień zapowiada się upalnie, a przed nami dług spacer, spacer na krawedzią.

Pierwszy odcinek jest trudny. To setki stromych stopni, które prowadzą cię na górę. Przystajemy, co chwilę złapać oddech, albo dwa. Przystajemy też, aby uchwycić przestrzeń, bo widoki z każdym krokiem stają się lepsze.

Kings Canyon należy do Parku Narodowego Watarrka, znajdującego się na Terytorium Północnym Australii. Leży mniej więcej w połowie drogi (w linii prostej) pomiędzy Alice Springs a Uluru, a aborygeńscy ludzie Luritja zamieszkiwali te tereny już dwadzieścia tysięcy lat temu.

Kings Canyon z bliska

Kings Canyon to stare jak świat pękniecie czerwonego piaskowca, tak równe, jakby ktoś przeciął skałę super ostrą maczetę. W dole – palmy. Wokół – płaskie połacie czerwonej ziemi. Po drodze formacje skalne zwane The Lost City i źródło krystalicznej wody, czyli Garden of Eden.

Prawie siedmiokilometrowy spacer, wzdłuż Kings Canyon Rim Walk, zajmuje nam około czterech godzin. Albo więcej, bo nie oszczędzamy sobie tych przystanków w zachwycie. Tak, to miejsce czaruje – ogromem, ideałem kształtów, kolorami. Ciszą.

King Canyon scenic walk

Ciszą, którą zakłócają jedynie przelatujące nad głowami helikoptery – Kings Canyon można też „zwiedzić” z tej perspektywy. Już pod koniec drogi trochę o tym marzę, bo koło południa robi się nieznośnie ciepło. Na szczęście much tu jakby mniej, niż na Uluru.

Tuż przed ostatnim odcinkiem siadamy na skraju. We dwie. Mama i ja.

Julia i mama w Kings Canyon

Tak – było warto zboczyć z drogi.

Przeczytaj wszystkie teskty z mojej wyprawy z mamą na outback:

Uluru część pierwsza

Uluru część druga

Uluru część trzecia

Kings Canyon

Czytałeś już moją książkę? Jeśli nie – koniecznie zajrzyj tutaj!