Nie mogę uwierzyć, że nigdy mnie tu nie ciągnęło, że spotkanie z Uluru ciągle odkładałam na później. Tak się zaczęła wielka przygoda…

Wycieczka na Uluru. Część pierwsza

Gdzieś w tym zamglonym horyzoncie, przez malutkie, samolotowe okno pilnie go wypatruję, żeby pomachać na do widzenia. Niestety – upalne powietrze ogranicza widoczność. Zamykam oczy i macham w wyobraźni, szepcząc „Do zobaczenia!”

Siedzę w samolocie z Alice Springs do Adelajdy i czuję niedosyt. Nie mogę uwierzyć, że nigdy mnie tu nie ciągnęło, że spotkanie z Uluru (prawidłowa wymowa to: ul-or-ru) wciąż odkładałam na później. W głowie już snuję plany powrotu – tak ten wielki, czerwony kamień oczarował mnie i rozkochał. I jest jednym z tych miejsc na ziemi, w którym chciałabym być ze światem sam na sam.

Uluru to niezaprzeczalnie jeden z symboli Australii, symboli, które przez trzy lata odkładałam na półkę. Gdy wreszcie moja mama zdecydowała się mnie odwiedzić, pomyślałam sobie, że może to dobry czas, żeby się tam wybrać i wreszcie sprawdzić, gdzie bije serce mojego nowego domu.

Z Sydney wyleciałyśmy we wtorkowy poranek, kilka godzin później samolot wylądował na czerwonej ziemi, w największym mieście centralnej Australii, Alice Springs. Przemiły Pan, właściciel kilku wielkich, krowich farm, z którym przegadałam pół lotu, zaproponował, że podrzuci nas do wypożyczalni, bo za taksówki w Alice Springs słono sobie liczą, a lotnisko oddalone jest od centrum jakieś dwadzieścia kilometrów.

Mały kamper już na nas czekał, na przedniej szybie widniał wielki napis RACZKO – nie dało się nie zauważyć. Auto wzięłyśmy z Wicked Campers, najtańszej chyba wypożyczalni w Australii, ale zdecydowałyśmy się na nią nie ze względu na cenę, ale ze względu na brak ograniczenia kilometrów. Niestety, większość firm w Alice Springs pozwala przejechać dziennie 100 km, a z Alice Springs do Uluru (zwanego po „europejsku” Ayers Rock) jest prawie 500 km. Tak, tak – kawał drogi i to przez pustkowia.

Na miejscu można usłyszeć milion historii o podróżujących, którzy z lotniska w Alice Springs chcą złapać taksówkę na Uluru – nie da rady.

Droga z Alice Springs do Yulara

Z Alice Springs do Uluru jest mniej więcej tyle, co z Krakowa do Gdańska.

Ograniczenie 100 km na dzień też nie rozwiązuje sprawy, bo sama trasa „do” trwałaby pięć dni, albo kosztowałaby dodatkowo za każdy przejechany ponad limit kilometr. Wicked Campers nie ograniczna, ale z jakością aut bywa różnie. Miałyśmy szczęście – mały, biały vanik suzuki nie nosił prawie śladów użytkowania i dodatkowo dawał opcję noclegu. Oczywiście musiałyśmy dopłacić za wszystko – kempingowe krzesła, poduszki, kołdrę (całkiem jak w tanich liniach), ale zamknęłyśmy się w $500 AUD za pięć dni. Tak, to bardzo dobra cena.

Zatankowałyśmy do pełna, zaopatrzyłyśmy się w prowiant, wodę i wszystko inne, co wydawało nam się niezbędne (za miastem nie ma sklepów, a to, co można kupić na stacjach benzynowych lub w tzw. road house’ach jest sporo droższe) i ruszyłyśmy. Do zachodu słońca zostało jakieś trzy godziny i tyle też było przed nami – trzy godziny jazdy przez pustynię z ograniczeniem do 130 km/h, co w Australii jest szaleństwem (limit to zazwyczaj 110 km/h). Musiałyśmy się wyrobić, bo po zmroku jeździć wypożyczonym autem nie wolno.

Wyprzedziło nas jedno auto, cztery inne (w tym dwa z przyczepami) mknęły w przeciwnym kierunku. Trafiło się też kilka tzw. road trainów, czyli wielkich ciężarówek z trzema przyczepami. Pasma górskie otaczające Alice Springs zniknęły, zrobiło się dosyć płasko i, można by tak stwierdzić, nudno, bo nie było nic, ale to właśnie ta „nicość” na australijskim outbacku jest czymś fascynującym.

Australijski road train

Pierwsza stacja i roadhouse, gdzie można zostać na noc, z hodowlą wielbłądów na zapleczu, były po stu kilometrach, następny przystanek po kolejnych stu pięćdziesięciu (w międzyczasie, serio, nie ma nic). W tym też miejscu, na jedynym skrzyżowaniu, odbiłyśmy na zachód, jadąc ostrożniej, bo gdy słońce układa się do snu, kangury wychodzą na żery. Żaden nie wyszedł, a my postanowiłyśmy zatrzymać się na noc w Mount Ebenezer Roadhouse.

Siedzący na ławce Aborygeni szybko poderwali się na równe nogi i ruszyliśmy w moim kierunku, ale zniknęłam w drzwiach.

– Przepraszam, za ile będzie zachód? Zdążymy jeszcze dojechać dalej? – naszym celem było Uluru i to tam chciałyśmy dotrzeć jak najszybciej.

– Jesteśmy miłymi ludźmi, zostańcie tu – szybko przekonała mnie drobna, uśmiechnięta blondynka.

– A ile kosztuje kemping?

– A ile Was jest?

– Dwie osoby w małym vanie.

– Dziesięć dolarów.

Dobiłyśmy targu. Aborygeni zerkali na samochód, a mama ze środka niepewnie na nich.

– Może pojedziemy dalej? – spytała trochę przerażona.

Faktycznie, można się było zlęknąć grupy miejscowych na delikatnym rauszu, którzy po prostu chcieli nam sprzedać kilka swoich obrazków.

– Zostaniemy, daj spokój. Za późno, żeby jechać dalej – skłamałam nieco, bo czułam, gdzieś pod skórą, że warto tu zostać.

Kemping to po prostu kawał pola na tyłach blaszanych budynków, z miejscem do grillowania i kiblami, gdzie nos trzeba zatykać kilka metrów przed wejściem. Nasz roadhouse nie oferował też nic do jedzenia oprócz tradycyjnego „meat pie”, czyli średniego mięsa w cieście i piwa zamkniętego w lodówce owiniętej grubym łańcuchem. Ale z boku, tuż za stołem bilardowym, gdzie miejscowi zabijali nudę była mała galeria, galeria sztuki aborygeńskiej. Obrazy, bumerangi, instrumenty, narzędzia i robale w słoikach.

sztuka aborygeńska

Ni stąd, ni zowąd, pojawił się jackaroo (czyli australijski kowboj) i zaczął robić porządki, rzucając w naszym kierunku trzy zdania. Nie zrozumiałam nic, a on chyba się zorientował i przemówił trochę wolniej.

– Wszystkie prace są zrobione przez tych, którzy siedzą na zewnątrz. Zagadajcie z nimi, wszystko wam opowiedzą, oni mieszkają 15 km stąd, w małym aborygeńskim miasteczku. Możecie też coś od nich kupić, mają dobre ceny, a pieniądze pójdą prosto do ich kieszeni – wyjaśnił. Wnioskuję, żeby był jednym z tych, którzy im pomagali w ramach jakiegoś rządowego programu

Zanim jednak zdążyłyśmy się ruszyć, przykucnął przy nas Gary, jestem z facetów z tej aborygeńskiej grupy i łamaną angielszczyzną, z pomocą pana kowboja, zaczął opowiadać nam o wężach, jaszczurkach, aborygeńskich tradycjach. Później cała grupa rozłożyła przy nas swoje prace, a za nimi poleciały opowieści.

Mount Ebenezer Roadhouse

Wszyscy byli mili, chociaż niektórzy nieco opryskliwi, jedni chcieli nas naciągnąć, inni mieli w nosie naszą obecność. Byli tacy, którzy chcieli wziąć na na litość:

– My nie mamy co jeść – powiedziała potwierdzając smutnym wzrokiem jedna ze starszych pań, która starała mi się wcisnąć swoją pracę za kilka tysięcy dolarów, odstawiając piwo na stół. Wrażenie i emocje podzieliły mnie samą. Nie wiedziałam, co myśleć.

To było ich miejsca „polowania na turystów”. Upolowali mnie – w końcu kupiłam swój obraz, który w galerii kosztowałby pewnie $300 za $30. Kowboj wspomniał coś o targowaniu, ale nie chciałam się targować. Żałuję, że wzięłam tylko jeden. Żałuję, że nie mogłam ich poznać lepiej.

Gdy o świcie ruszałyśmy w dalszą drogę, ich jeszcze nie było. Do celu miałyśmy kolejne dwieście kilometrów. Już myślałyśmy, że jesteśmy na miejscu, bo nagle z płaskiej jak talerz przestrzeni wyrosła góra. Góra Connor, która oszukuje cię, że jest Uluru. To było zaraz przy Curtin Springs.

Curtin Springs to ostatni przystanek na trasie przed Yularą, miasteczkiem-bazą wypadową do Parku Narodowego Uluru-Kata Tjuta (wymowa: kata-ju-ta), zdecydowanie najbardziej cywilizowany, z opcją darmowego kempingowania. My tylko zatankowałyśmy (im bliżej kamienia tym drożej), cel był wciąż przed nami.

Na drodze nie było zbyt dużego ruchu, w sumie to nie było go prawie wcale, kurz unosił się na poboczu, słońce uparcie przypiekało i tak już przypieczoną ziemię.

Czasem przespacerowała się jakaś krowa, bo to wszystko wokół to wielkie farmy, czasem ptak zatoczył koło w poszukiwaniu pożywienia. Wysokie drzewa zmieniały się kępy traw, potem znowu wracały, żeby parę kilometrów dalej zniknąć po raz kolejny. Tym razem nic ich nie zastąpiło – było pusto.

Park Narodowoy Uluru-Kata Tjuta

W końcu, gdzieś tam po lewej stronie, pokazało się ono – Uluru – i sąsiedzkie formacje skalne zwane Kata Tjuta. Minęłyśmy miasteczko Yulara (zresztą trudno je w ogóle zauważyć, bo to głównie hotel) i podjechałyśmy pod bramę parku. Emocje sięgały zenitu, im bliżej byłyśmy, tym z większą ekscytacją wyglądałyśmy przez okno.

– Hi! Two tickets, please.

Wjazd do Parku Narodowego Uluru-Kata Tjuta jest płatny – każdy musimy kupić bilet, który uprawnia cię do wjazdu na jego teren przez trzy dni. Bilet kosztuje $25 od osoby i to koszt, którego nie da się uniknąć. Park jest otwarty od rana do nocy (godziny zmieniają się nieco w zależności od pory roku), a na jego terenie nie można nocować.

Od razu kierujemy się do Cultural Centre i to tu zaczyna się nasza wycieczka – uprzejma pani wręcza nam mapy i daje mnóstwo wskazówek. To tu po raz pierwszy spotykamy się z kulturą ludzi Anangu (arn-ung-u) i wczytujemy się w historię Aborygenów z tych stron, przedstawioną w bardzo ciekawy sposób. I za dobrą radą przewodniczki ruszamy najpierw na Kata Tjuta.

W drodze na Kata Tjuta

Kata Tjuta w języku Pitjantjatjara (wymowa: pidżyn-jara), czyli języku ludu Anangu, oznacza „wiele głów” i tak też wygląda. Leży jakieś 50km od Uluru na terenie tego samego parku narodowego. Niektórych zachwyca bardziej niż sam kamień. Jak było z nami?

Przeczytaj wszystkie teskty z mojej wyprawy z mamą na outback:

Uluru część pierwsza

Uluru część druga

Uluru część trzecia

Kings Canyon

Czytałeś już moją książkę? Jeśli nie – koniecznie zajrzyj tutaj!