Dotychczas widziałam je tylko z daleka – Uluru wyglądało barwnie i dostojnie – ale to wtedy, kiedy musiałam zadrzeć głowę wysoko w górę, żeby zobaczyć, gdzie jego rdzawa szata spotyka się z błękitem nieba, poczułam, że jestem tu naprawdę.

Wycieczka na Uluru. Część trzecia

Poczułam też, że bije z niego jakaś dziwna energia, energia, której nie czułam wiele razy w życiu, a właściwie to czułam ją chyba tylko raz – na Machu Picchu.

Wtedy byłam sama, ja sama i milion emocji, które budzone były przez wszystkie zmysły. Płakałam, nie wiem czemu, a potem, biorąc oddech, poczułam w powietrzu swoje własne życie. Tamte chwile były momentem przełomowym mojej podróży dookoła świata. Oczywiście, wtedy tego nie wiedziałam, takich rzeczy nie wie się od razu, ale dziś jestem przekonana, że to właśnie tam, na tych górskich szczytach, w mieście Inków, coś wlazło mi pod skórę i nie chce wyjść, coś przestawiło się i uparcie nie chce powrócić do poprzedniego stanu.

Na Uluru nie jestem sama, obok mnie stoi wsłuchana w otoczenie, mama. To niezwykłe móc dzielić z nią ten moment, niewielu dane jest być w takich miejscach z własną matką. Uczucie zupełnie inne od tych, które dopadają cię w podróży z partnerem czy przyjacielem. Odważyłabym się powiedzieć, że znacznie pełniejsze.

Ale chciałabym tu wrócić i mieć szansę na spotkanie z Uluru „w cztery oczy” (nie zrozumcie mnie źle, nie umniejszam pobytowi z mamą, to zupełnie inna opcja).

Właśnie w tej chwili dopada mnie ta myśl…

Są takie miejsca na świecie, w których samotność jest jak schody na drugie piętro, schody które są zbyt słabe, żeby mogły po nich wchodzić dwie osoby na raz.

Mam na swojej liście dwa: Machu i Uluru. Ciekawe czy pojawią się jeszcze jakieś?

Uluru hipnotyzuje

Bliskie spotkanie z Uluru zaczynamy o ósmej rano spacerem z przewodnikiem, szlakiem zwanym Mala Walk. Wycieczki odbywają się każdego dnia (latem i zimą zaczynają się o innej porze), są darmowe i można do nich po prostu dołączyć. Tak też robimy i zaraz po wschodzie podjeżdżamy na parking obok. Całkiem spora grupa kręci się już obok, a przewodnik kończy sprawdzać siłę wiatru i chwilę potem wywiesza tabliczkę „Zamknięte” przy miejscu, gdzie zaczyna się ścieżka wspinaczkowa na Uluru. Potem przejmuje przywództwo nad nami i zabiera na dwugodzinny spacer podczas, którego tłumaczy, jaka jest geologia kamienia, jaka są opowieści aborygeńskie o okolicy i opowiada o współczesnej historii miejsca.

Ziemia na outbacku

– Ci biali odkrywcy, którzy dotarli tu jako pierwsi, szybko odeszli. Uznali to miejsce za zbyt nieprzyjazne człowiekowi i zbyt trudne do życia – tłumaczy. – Zabawne jest to, że w podręcznikach do historii wyczytacie dziesiątki nazwisk dzielnych europejczyków, ale nikt nie wspomina o afgańskich opiekunach wielbłądów czy Aborygenach, dzięki którym w ogóle tu doszli i przeżyli.

Szybko jednak schodzi z tego toru, wspominając kilkukrotnie, że jest pracownikiem, który może mówić tylko o tym, co jest prawdą, a nie snuć domysły czy opowiadać się po czyjeś stronie. Wspomina też, że jego żona jest Aborygenką…

– Czyli Twoje dzieci są w połowie Australijczykami, a w połowie Aborygenami? – wyskakuje bez oporów pewna dziewczyna.

– Nie, moje dzieci ąą Aborygenami.

– Ale w połowie są Australijczykami?

– Moje dzieci są tym kim się czują, a czują się Aborygenami.

– Ale są w połowie Australijczykami…?

– Wiesz, musiałabyś o to spytać moich dzieci. Nie jesteśmy tu po to, żeby dyskutować o moim prywatnym życiu – urywa, ale potem, szybko dodaje – zgodnie z aborygeńskimi, tradycyjnymi przekonaniami jesteś Aborygenem wtedy, kiedy tak czujesz. Może być ktoś, kogo obydwoje rodzice mają aborygeńskie korzenie, ale oni nie czują się Aborygenami, wielu jest takich, szczególnie z czasów „skradzionych pokoleń”. Moje dzieci dziś czują się Aborygenami, ta kultura jest im bliższa.

Te dyskusje i komentarze wplata między encyklopedię nieskończonej wiedzy, podkreślając tyle, że nie zawsze wszystko rozumie, ale pozostaje mu wierzyć.

Aborygeńska tablica

– Aborygeni nie „wytworzyli” pisma z kilku powodów, ale jednym z nich jest to, że prowadzili koczowniczy tryb życia i jakiekolwiek rysunki ciążyłyby im tylko w podróży. Wiedza kolejnym pokoleniom przekazywana jest w piosenkach i tych historiach, dlatego są one dla nich tak ważne – wyjaśnia. – A te obrazki, które widzicie tu, w jaskini, są jak szkolna tablica. To właśnie tu mężczyźni uczyli chłopców i ci chłopcy stawali się mężczyznami. Kobiety swoją kuchnię miały kawałek dalej…

Gdy zbliżamy się do „kobiecego” punktu, wyraźnie zaznacza, że tu nie można robić zdjęć i filmować.

– Hej! Hej!!! Tu nie wolno robić zdjęć, jeśli jakieś zrobiłeś to skasuj je – wykrzykuje do turysty z aparatem. – Uwierzcie, że mimo ustawionych znaków – opiera się o tabliczkę, na której widnieje przekreślony aparat i kamera – musimy to powtarzać kilka razy dziennie. Oni też to widzą i jest im po prostu przykro.

Wokół Uluru jest kilka takich odcinków, na których mieszkańcy proszę o uszanowanie ich woli i magii kamienia poprzez niefotografowanie.

– Ludzie Anangu wierzą, że pewne miejsca są gdzieś, z jakiegoś powodu i to tam powinny pozostać. To tam powinny być widziane. Są wyjątkowe dlatego, że są tam, gdzie są.

Tym jednym zdaniem, zakopał sens podróżniczej fotografii, przypominając, że to w oczach mamy najlepszy obiektyw, a w sercu i umyśle – kartę pamięci.

– To dlaczego nie zamknięcie wejścia na górę? – dopytujemy wszyscy chóralnie, gdy opowiada więcej o „świętości”, prośbach ludzi Anangu, niebezpieczeństwie i względach higienicznych (tam na górze nie ma kibelka…).

– Ludzie Anangu nigdy nie mówią, że czegoś nie wolno, mówią tylko, że się nie powinno, co dla nas powinno znaczyć, że nie wolno – zaśmiewa się cicho. – Zależy im na tym, żeby zmienić myślenie i nastawienie tych, którzy przyjeżdżają tu z całego świata, ale w większości z Australii, z zamiarem wspinaczki. Nie chcą zamknąć góry po to, żeby jej pilnować. Wszyscy wiemy, że będą tacy, którzy wspinać się będą mimo zakazów – kwituje. – W każdym razie, rozmowy o zamknięciu mają powrócić, gdy mniej niż dwadzieścia procent odwiedzających będzie chciało wchodzić. Dziś jest to około dwudziestu ośmiu procent turystów.

Wspinaczka na Uluru

To, że wspomniał o Australijczykach, jako tych najbardziej rządnych szczytu, zastanawia wielu, a nasz przewodnik szybko to zauważa i przechodzi na drugą stronę barykady.

– Musicie ich też, znaczy nas, bo ja też jestem Anglosasem, zrozumieć. Przez pokolenia, wspinaczka na Uluru była traktowana przez nas jako coś wyjątkowego. Dziadkowie zabierali synów, ojcowie swoich, a teraz te dzieci, czyli my, chcą po prostu kultywować tradycję – tłumaczy. – Wyobraźcie sobie, że u was, w Chinach, Francji, Ameryce, jest coś, jest jakiejś miejsce, które odkrywa się rodzinnie, jest coś, co przez lata po prostu się robiło z dumą, a teraz nagle wszyscy mówią, że nie wolno. Zmiana myślenia zajmie lata…

Trudno się z nim nie zgodzić. A może łatwo, gdy przyjeżdża się tu na kilkutygodniowe czy nawet kilkunastu miesięczne wakacje? Wtedy łatwo ocenić…

– Czy oni są głupi? I tak zrobili Aborygenom tyle krzywd, to niech chociaż uszanują ich prośby o niewchodzenie na Uluru.

Dlatego też nie warto oceniać, trzeba spróbować zrozumieć, spojrzeć na to z kilku stron, bo nic, nigdy nie jest czarne, albo białe.

Przy swoim boku mam Australijczyka – Sam wspinał się na Uluru. Nie próbował namawiać mnie do tego samego, ale zaznaczył, że nie widzi w tym nic złego. Bo przez jego całe życie, wśród jego rodziny i przyjaciół, ta wycieczka uważana była za coś normalnego, a nie coś złego.

Dystansu w ocenianiu miejsc, które tylko odwiedzam, wciąż się uczę, ale wiem, że to nauka niezbędna. Lekcje, na które każdy z nas powinien pilnie uczęszczać.

Nasz spacer z przewodnikiem mógłby trwać kolejne godziny, ale on musi uciekać, pilnować porządku i sprawdzić… wiatr – jeśli się uspokoił, otworzy wejście na Uluru.

My ruszamy wokół, na dziesięciokilometrowy spacer wokół gigantycznego, pokrytego rdzą kamienia, który tak naprawdę jest fragment ziemskiej skorupy, i oddajemy się jego magii.

Uluru z bliska

Ścieżka wiedzie raz bliżej, raz dalej. Raz pozwala dotknąć ściany, raz znak zakazuje fotografowania, a odległość podpowiada – nie podchodź. We wcale nie gładkiej powierzchni Uluru, odnajdujemy przedziwne kształty, np. wielką paszczę czy wieloryba. Są miejsca zacienione, nad innymi grzeje słońce w pełni, niektórymi bawią się cienie. Są wcięcia, nacięcia, pęknięcia i zgrubienia – Uluru z bliska zaskakuje różnorodnością – z wyglądu nie jest jednolite, a za każdym zakrętem kryje się inna historia.

Odchodzimy z niedosytem, ale Kings Canyon zaspokaja nasze braki.

Przeczytaj wszystkie teskty z mojej wyprawy z mamą na outback:

Uluru część pierwsza

Uluru część druga

Uluru część trzecia

Kings Canyon

Czytałeś już moją książkę? Jeśli nie – koniecznie zajrzyj tutaj!