Palu leży w Centralnym Sulawesi. To miasto nieznane i rzadko odwiedzane, miasto, które ma w sobie to, czego szukamy w podróżach.

Zrywamy się o świcie i żegnamy z Manado. Plan wycieczki jest tak napięty, że nie ma chwili na lenistwo. W pędzie wpadamy na lotnisko, lotnisko niezbyt zorganizowane i czekamy na lot, przed którym Sam głośno szczęka zębami. Ze strachu.

Jako ten, który samoloty rozbiera na części pierwsze i ten, który o ich serwisowaniu, katastrofach, wadach i niedociągnięciach wie więcej niż my wszyscy razem wzięci, szczęka ze strachu przed lotem linami Wings Air. Wszyscy mamy obawy, bo Wings Air, zresztą jak większość linii lotniczych w Indonezji, nie spełnia prawie żadnych standardów bezpieczeństwa, ale… nie mamy wyboru.

Z Manado mamy dziś dotrzeć do Palu, a to jedyne połączenie na tej trasie.

Nasz lot jest opóźniony (nikogo to specjalnie nie zaskakuje), ale o nudzie nie ma mowy – z grupą australijskich blogerów nie można się po prostu nudzić. Po kilku małych piwach (tak, Bintang to punkt obowiążkowy na wakacjach w Indonezji i smakuje dobrze o każdej porze dnia, czasem aż za dobrze…), pojawia się pomysł zawodów po hasłem “Kto zrobi sobie więcej zdjęć z nieznajomymi”.

Z telefonami w dłoni, odpalonym Spachatem (znajdziecie nas pod jul_whereisjuli oraz whereissammy) do akcji ruszają: Jub (czyli Tiki Touring Kiwi) i ja

Niepewność wyparowuje w sekundę, bo trzeba się spieszyć. Biegamy jak szaleni między ludźmi i z szerokimi uśmiechami pytamy, czy możemy zrobić sobie z nimi zdjęcie. Po chwili już nawet nie pytamy, bo cała sala odlotów, wie, że trzeba się uśmiechnąć. Całość naszego szalonego wyścigu udokumentowała niezastąpiona Aga

Miejscowi zdają się być zachwyceni i ośmieleni, bo chwilę później ustawia się do nas długa kolejka do wspólnych zdjęć, której mają się znaleźć w ich albumach. Tym razem nie możemy odmówić.

Na pokład wsiadamy z piwem w ręku, nikt sobie z tego nic nie robi, w szczególności kapitan, który podczas lotu pali papierosy… Swąd roznosi się po całej kabinie. Odliczamy minuty do bezpiecznego lądowania.

Tym razem się udało.

Tanjung Karang Beach Palu

Palu, Centralne Sulawesi

Po dniu pełnym wrażeń, z którego większość spędzamy na lotniskach, docieramy wreszcie do Palu, miasta w centralnej prowincji wyspy Sulawesi, i od razu pędzimy nad wodę, bo do zachodu słońca pozostało nam niewiele czasu.

Talise Beach

Radośni tuziemcy od razu nas oczarowują tą swoją naturalnością. Nikt tu niczego nie udaje, nikt tu nie czyha na turystę, nikt tu nie węszy biznesu.

Sunset in Palu

Na promenadzie przy plaży Talise spotykają się, co wieczór, żeby: coś zjeść, pogadać i odpocząć po pracowitym dniu. Po prostu.

Nietrudno się zorientować, że przyjezdny to tu raczej rzadkość – patrzą na nas trochę z niedowierzaniem, ale jednocześnie nie sprawiają, że czujemy się nieswojo. Ich wesołe oczy przełamują pierwsze lody – uśmiech za uśmiech. Nikt nie handluje, nikt nie zaczepia, nikt nie namawia. Jest tak bardzo prawdziwie! Do tego zachód słońca i to jedno samotne drzewo… Magia chwili i miejsca.

Palu Talise Beach

Te pierwsze wrażenie potwierdza tylko nasz wieczorny spacer po mieście – w towarzystwie Agi i Juba ruszamy na poszukiwanie ulicznego jedzenia. Sprzedawcy są tak zaskoczeni naszą obecnością, że oferują nam darmowe dania, byle tylko byśmy spróbowali ich miejscowych przysmaków.

W Palu niby niewiele się dzieje i niby nie jest jakoś wyjątkowo ładnie, ale to miasto czaruje. Od tak. Ma w sobie to “coś”, czego szukamy w podróżach i ludziach.

Tanjung Karang Beach

Ale, żeby tego byłoby mało, Palu ma też piękną okolicę. Z samego rana (jakby inaczej) ruszamy poplażować. Tanjung Karang Beach w Donggala leży jakąś godzinę od miasta i aż trudno uwierzyć, że ten zakątek raju jest tak blisko.

Krystaliczna woda o nieziemskim kolorze, w której przepychają się kolorowe rybki, leżaki pod słomianymi parasolami, gdzie z przyjemnością można sączyć drinka z palemką, małe, kolorowe chatki i równie kolorowe łódki na wodzie. Jest prawie idealnie…

Prawie, bo niestety na tą piękną plażę morze wyrzyguje śmieci. Czar trochę pryska, ale tak jest chyba w całej Indonezji – duża produkcja odpadów i połączeniu z małą świadomością społeczną dają raczej kiepskie efekty. Szkoda. Szkoda, że tak bajkowe zakątki szpecą efekty naszej ludzkiej głupoty.

Spacerując po plaży schylamy się, co chwilę, aby podnieść plastikową butelkę, foliowy worek czy puszkę, bo zmiany na lepsze najlepiej zacząć od siebie. Więc jeśli coś wala wam się pod nogami, gdy chodzicie po plaży czy po lesie, po prostu wyrzućcie to do śmieci. To naprawdę nie boli, a może sprawić, że miejsca takie jak to, pozostaną jednak tymi bajkowymi zakątkami.

Tanjung Karang Beach to przyjemne miejsce na chwilę błogiego lenistwa. To też dobry wybór dla fanów nurkowania – przy plaży mieści się Prince John Dive Resort, tylko nocleg jest tu dość drogi, bungalow kosztuje około 300 zł. za noc. Na szczęście w cenie mamy śniadanie, obiad i wodę (a to wcale nie takie oczywiste), no i czarujące widoki u progu.

Następnego dnia wylatujemy na Wyspy Korzenne.

Na wyspę Sulawesi w Indonezji pojechaliśmy na zaproszenie Ministerstwa Turystki Indonezji wraz z grupą blogerów i dziennikarzy z Australii. Więcej o Centralnym Sulawesi znajdziecie na oficjalnej stronie Wonderful Indonesia.

Julia i kokos

Przeczytaj pozostałe wpisy z naszej podróży do Indonezji:

Sprawdź, co jeszcze zachwyciło nas na Sulawesi!