W miejscu, gdzie przyroda zachwyca, a ludzie nie zdejmują uśmiechu z twarzy, też może być coś, co cię zasmuci… Ale po kolei. Będzie pięknie, wesoło i romantycznie, też.

Po dniu spędzonym na przepięknej plaży i wieczorze w towarzystwie australijskich wielbłądów, przyszedł czas na zwiedzanie miasta. Znaczy miasteczka, bo Broome do dużych nie należy. Centrum to zaledwie kilka domków, kilka kawiarni, kilka sklepików, galeria i stare kino. Można je, z palcem w nosie, zwiedzić w kilka godzin.

Broome, Australia Zachodnia

Zaczynam od kawy, pysznej, i kanapki z awokodo w kawiarni na rogu. To jest to, nawet na takim zadupiu, jakim w sumie jest Broome, można w Australii wypić dobrą kawę. Jest 8 rano, wszyscy dopiero budzą się do życia, a ja siedzę i obserwuję.

Broome Australia Zachodnia

Starszy Pan ustawia na ulicy, swoje tęczowe obrazy. Dzieci przebiegają na czerwonym, a za nimi nieuważnie na pasy wchodzi staruszka. Gość w zielonej, jak wyblakła trawa terenówce daje ostro po hamulcach. Babcia bezpiecznie dobija na drugi brzeg. Poczta już otwarta, sklep budowlany i ten z pamiątkami też. Pod biuro podróży podjeżdża mały busik i nie wiadomo skąd zbiera się wokół niego grupa turystów. Obok stoi ciężarówa z… przyczepą.

Przyczepa i ciężarówa

Ale w tym całym normalnym życiu dzieje się też coś, co zastanawia i… smuci.

ABORYGENI W BROOME

Pod sklepowymi witrynami siedzą grupki Aborygenów i gapią się tępo na białych przechodniów. Na bosaka, w porwanych koszulkach, z podkrążonymi oczami. W parku siedzi dwóch z prawie już pustą flaszką, a trzeci chrapie w cieniu drzew. Koło niego dziewczynka z oczami, jak węgielki bawi się piachu. I nagle, jakby wszyscy na raz, orientują się, że na nich patrzę. Odwracając zgodnie głowy w moim kierunku i zaczynają gapić się na mnie. Bez mrugnięcia powieką.

Przez głowę przebiega mi tysiące myśli. Zastanawiam się, jak i dlaczego. Dlaczego my, biali ludzie, jesteśmy tak bardzo pewni tego, że to nasz pomysł na życie jest jedyny i właściwy? Dlaczego, jeśli jesteśmy niby tacy mądrzy i wykształceni, pozwalamy, żeby najstarsza żyjąca kultura, gniła w rynsztoku na naszych oczach? I nie chodzi tu o rozliczanie przeszłości kolonizatorów, tylko o to, co jest tu i teraz.

W Australii nie spotkasz Aborygenów pracujących w sklepach, biurach, czy na stacjach benzynowych, albo spotkasz ich sporadycznie. Nie ma ich też w takich rolach w Broome. Żyją, gdzieś w cieniu, na uboczu, zepchnięci i niedocenieni. Opisywani światu, jako ci z którymi są wieczne problemy, jako ci którzy nie radzą sobie z alkoholem, jako ci, których nie chce się spotkać w ciemnej uliczce. A najgorsze jest to, że pewnie wiele z tych opisów jest słusznych…

Ktoś kiedyś powiedział, że Aborygeni w życiu potrafią poradzić sobie ze wszystkim, potrafią żyć w jednym z najtrudniejszych z klimatów na świecie. Radzą sobie z suszą, z odległościami, z brakiem pożywienia, czy z chorobami. Ale jest jedna rzecz, z którą sobie nie radzą – cywilizacja. Trudno się z tym nie zgodzić.

Tylko, czy ta nasza cywilizacja jest faktycznie lepsza od doskonałości, którą osiągnęli oni? Czy, gdyby na świecie nie było przez tydzień chociażby prądu, lepiej poradzilibyśmy sobie oni, czy my? Czy…

Starczy już tych moich egzystencjalnych przemyśleń, chociaż mogłabym tak jeszcze długo, ale dziś miało być o Broome. Wróćmy do momentu, kiedy oni spojrzeli na mnie, na tą białą z aparatem na szyi. Speszona, szybko dopijam kawę i idę się powłóczyć.

Jetty w Broome

SPACER PO MIEŚCIE

Najpierw spacerem, po pomoście zawieszonym nad wodą o przedziwnym odcieniu błękitu, mętną i zarośniętą chaszczami. To tu za dawnych czasów dobijały kutry z perłowych farm. Perły to jedna z tych rzeczy, z których żyje Broome. Obowiązkowo zaglądam więc do małego muzeum, znajdującego się tuż za rogiem.

A potem do galerii obok, pełnej kolorowych obrazków golasów z Cable Beach. Czerwono-białe parasole, opalone tyłki i leniwe wielbłądy. Australia? Australia na całego!

Golasy w Brome

To słoneczne przedpołudnie mija ekspresem, a na lunch dołącza do mnie Sam. Odbieram go z lotniska naszym domem z napędem na cztery. No to co, jesteście gotowi na road trip z prawdziwego zdarzenia? 700 km szutrowej drogi, rzeki pełne z krokodyli, dzikie wodospady, czerwona ziemia, a zamiast palm baobaby? Brzmi fajnie? To musicie poczekać (i my też) do jutra, bo teraz pora na szamę. Smacznego.

Wino i widok

Najlepsze fish & chips w Australii są w porcie w Broome, to nie podlega dyskusji. Do tego kieliszek białego wina, widok na ocean, który przy brzegu zmienia kolor z morskiego w bladoróżowy i zakochani my.

SAMOCHODEM PO PLAŻY

Ale naprawdę romantycznie to się robi dopiero później. Na zachód słońca jedziemy na plażę, tę obok Gantheaume Point, o której pisałam Wam wcześniej (tak, tę gdzie stał autobus). Jedziemy dosłownie NA plażę, rozstawiamy kempingowe krzesła, odkapslowujemy zimne piwo i w towarzystwie naszych sąsiadów z najpiękniejszego zielonego ogórka na świecie, oglądamy spektakl.

Samochody na plaży w Broome

STAIRCASE TO THE MOON

I mogłoby być się wydawać, że romantyzmu na dziś starczy, ale nie. Z przedstawienia pod tytułem „Zachodzące słońce”, przenosimy się na spektakl „Schody do księżyca”…