Obydwoje marzyliśmy o tym od dawna. Chcemy nosić czapki i szaliki, długie spodnie i ciepłe buty, chcemy mieć zmarznięte nosy i czerwone policzki. Ale kto by pomyślał, że zimę znajdziemy w… Japonii. 

W poniedziałek podjęliśmy decyzję o wjeździe. We wtorek rano siedzieliśmy w samolocie do Tokio. Spontanicznie i bez przygotowania. O tym jak i dlaczego poczytacie tutaj, a teraz czas na teleportację – lecimy do Japonii.

I to Dreamlinerem! To pierwsza nasza podróż tą maszyną, więc Sam (który, jak już wiecie kocha samoloty) jest wysoce podekscytowany. Co więcej, tym podekscytowaniem zaraża mnie, zazwyczaj umierającą ze strachu (fruwanie nie należy do moich ulubionych zajęć), więc w podskokach wsiadam na pokład. Filmik, jedzonko, kocyk, drzemka i dopiero przy turbulencjach przypominam sobie, że zapomniałam się bać. Aaaa! Kurczliwie chwytam się mojego śpiącego partnera i modlę się w duchu, żeby ilość startów i lądowań po raz kolejny się zgodziła. Sam chrapie. Niewzruszony. Co za chłop.

Na lotnisku Narita (głównym porcie Tokio, położonym jakąś godzinę drogi od miasta) jesteśmy pod wieczór. Tak, znowu się udało. Ilość startów i lądowań nadal się zgadza. Szybko kupujemy bilety na pociąg (decydujemy się na Japan Rail East Pass)  i ruszamy dalej. Przed nami jeszcze kawał drogi. Najpierw odcinek Narita Airport – stacja Tokyo, a potem przesiadka do superszybkiego pociągu Hokuriku Shinkansen, jadącego do Nagano. Oczywiście kupujemy nasze pierwsze sushi na wynos (w jednym z kilkunastu małych sklepików przy peronie) i rozsiadamy się wygodnie. Na miejsce docieramy przed północą, wymęczeni i śpiący, ale…

Zimowe Nagano

Gdy lekko zblazowani wystawiamy nosy na ulicę, wszystko się zmienia. Cały nas świat się zmienia! W nagłym przypływie miłości rzucamy się sobie na szyję. Bo… pada śnieg! Szybko uświadamiamy sobie, że to nasza pierwsza wspólna zima, pierwszy mróz, pierwsze płatki śniegu. Czujemy się, jak w romantycznej komedii. Tej głupiej. Scena, jak z filmu. Z uśmiechami na ustach, szybko odzyskujemy siły. Zostawiamy bagaże w hotelu i pół nocy spacerujemy po opruszonym na biało Nagano, które wydaje nam się być najpiękniejszym miastem świata.

Nagano nocą

Swoją drogą, z czym Wam się kojarzy Nagano? Odpowiedź powinna brzmieć – z zimową olimpiadą. Zimowe Igrzyska Olimpijskie odbyły się w Japonii w 1998 roku, a ich sercem i symbolem było właśnie Nagano. I to dzięki temu wydarzeniu Nagano zdobyło ogólnoświatową sławę.

Nagano Japonia

Nagano jest stolicą prefektury (okręgu) Nagano, czyli głównego ośrodka sportów zimowych na wyspie Honsiu (tej samej, na której leży Tokio, Osaka czy Kyoto; swoją drogą byłam zaskoczona tym, jak wiele wysp ma Japonia).

Nagano

Nagano to wielkie i niezbyt ładne miasto, położone za to pięknie, w otoczeniu wysokich gór. Dowiadujemy się tego dopiero rano, gdy w szarej, betonowej dżungli bezskutecznie szukamy japońskiego śniadania. Kończy się na gorących croissantach, które w Japonii można kupić na każdym (prawie) rogu. Są pyszne.

piekarnia Nagano

Zenkoji Temple

Po krótkim spacerze, lądujemy w buddyjskiej świątyni Zenkoji, głównej atrakcji miasta. Świątynię zaczęto budować w 642 r i to tu był zalążek późniejszego Nagano. To olbrzymia budowla, przystrojona gustownie, w której dzieje się od samego rana. Świątynia tętni życiem i przyciąga turystów z całego świata. Wokół roznosi się zapach palonych kadzideł, a cienka warstwa śniegu pokrywająca brązowe daszki, wierzcie mi na słowo, wygląda bajkowo.

Zenkoji Temple

Na początku budzi to co prawda we mnie jakąś wewnętrzną niezgodę, bo jak to świątynia, Budda i zima, coś tu nie gra (dotychczas odwiedzałam Buddę w tropikach), ale niezgodę odkładam na bok, siadam na zimnym krawężniku i się zachwycam.

Jeszcze przed południem zwijamy rzeczy z hotelu i obładowani bagażami, głodni jak wilki, wędrujemy na stację kolejową, bo Nagano jest tylko przystankiem ‘w drodze do’. Zaglądamy do pierwszego-lepszego barku na stacji i teraz właśnie zaczyna się na całego nasza kulinarna, japońska przygoda. Uwaga, będziemy jeść. I to dużo. Przygotujcie się na jedzeniowe doznania z Japonii, bo mamy ich kilka w zapasie.

Japoński barek z zupami

W każdym razie, wszystko zaczyna się w niepozornym barku z zupami. Przy drzwiach stoi maszyna-automat. Do wyboru cztery produkty, czyli zupy. Każda kosztuje po jakieś 9 złotych. Płacisz, bierzesz numerek i w barku odbierasz zupę. Stolików nie ma, tylko bar, jak sama nazwa wskazuje zresztą, więc jesz na stojąco. Potem wycierasz swój kawałek barku, oddajesz miseczkę i biegniesz dalej, już z pełnym brzuchem.

Zupa – pierwsza klasa. Rosół z gryczanymi kluskami, zwanymi Soba (gryka rośnie w okolicach Nagano, więc Soba jest tu bardzo popularna), rozgrzewa doskonale. No i koncept zachwyca! Proste i fantastyczne – ten, kto rozkręci taki biznes w Warszawie, ma sukces i gwarantowany.

zupa z automatu

Najedzeni (i szczęśliwi) łapiemy autobus do Hakuby, wioski położonej w górach, jakąś godzinę jazdy od Nagano. Autobusy odjeżdżają tam kilka razy dziennie, spod stacji kolejowej w Nagano i kosztują jakieś 40 zł. Kręta droga szybko mnie usypia, a gdy otwieram oczy…

W Hakubie od wczoraj, nieprzerwanie sypie śnieg. Mimo, że jest już wiosna, to sypie śnieg. Wysokie na kilka metrów zaspy, rosną w szybkim tempie. To jest zimowy raj i pogoda, o której nawet nie śmieliśmy marzyć. Bo my do Japonii przyjechaliśmy na śnieg właśnie, jeździć na snowboardzie i zmarznąć. Obydwoje marzyliśmy o tym od dawna. Chcemy nosić czapki i szaliki, długie spodnie i ciepłe buty, chcemy mieć zmarznięte nosy i czerwone policzki. Chcemy ulepić bałwana, chcemy rzucać się śnieżkami, chcemy robić anioły, pić grzane wino, chcemy zimę. No i mamy zimę.

zima w Hakubie

I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu Japonia kojarzyła mi się tylko z sushi i kwitnącymi wiśniami… Wiedzieliście, że narciarskie warunki w Japonii są jednymi z najlepszych na świecie?! Ja też nie. Pora to sprawdzić. Do zobaczenia ze stoku.

Zdarzyło Wam się kiedyś tęsknić za śniegiem?

Jeśli podobał Ci się ten wpis –  zostaw komentarz. Albo przekaż dalej! 

Będzie nam bardzo miło. Julia i Sam