Dorota Ejsmont od marzyła o zobaczeniu Australii. A od czego są marzenia? O tego, żeby je spełniać! 

Dorota kocha nurkowanie, bieganie, podróże, ludzi, nowe miejsca. Lubi przestrzeń, jogę, tańczyć, ciszę i loty samolotem. Mieszka w Warszawie z mężem Darkiem i zawodowo zajmuje się nieruchomościami. Kilka lat temu ustaliła, że mam 36 lat i tego się trzyma, chociaż czasami czuje się na 25 albo 16. 

Podczas swojej samotnej wyprawy do Krainy Kangurów zwiedzała wschodnie wybrzeże i dziś, w ramach cyklu Wasza Australia, opowiada o swoich przygodach. 

Zaczęło się od marzeń

To miały być 2 miesiące na Bali spędzone na nicnierobieniu, praktykowaniu jogi, medytacjach i jedzeniu dobrego jedzenia. Bilet został kupiony, jest radość i już tylko 3 tygodnie do wyjazdu. Entuzjazm i mega oczekiwanie, bo kocham Bali jak żaden chyba inny człowiek na mojej ulicy w moim mieście.

Ale… Ale przecież Australia, o której tak długo marzyłam, jest już tylko kilka małych godzin lotu z Denpasar, więc w głowie rozpoczął się intensywny proces decyzyjno-analityczny. Bo tak: mam tam przyjaciół, znam ludzi, którzy tam się wyprowadzili, i w sumie w każdym większym mieście mogłabym liczyć na podpowiedź co zobaczyć czy gdzie się zatrzymać. No i taka ilość wolnego czasu zdarza się nie codziennie więc decyzja: JADĘ do Australii! Yuhu!!!

Przed wyjazdem

Wizę dostałam w ciągu 3 minut od zakończenia aplikacji on-line. Doświadczona aplikowaniem o wizę amerykańską spodziewałam się godzin albo i dni oczekiwania a tu taka niespodzianka! Ciach, ciach i wiza na mailu! Poczułam się, jakby otworzyły się przede mną wszystkie bramy, furtki i okna do świata i na świat – however to się mówi. Dawno nie cieszyłam się tak z papierka, ale co to był za papierek!

Potem research, bo przecież wiem, gdzie chcę jechać, ale to Australia, a więc mega odległości, jak się poruszać, gdzie jechać, żeby zobaczyć koale, kukabury i kangury. Przekopałam kilkanaście blogów podróżniczych i tych stricte o Australii – wszystkie okazały się kopalnią wiedzy i chwała Wam blogerzy, że jesteście i dzielicie się swoimi doświadczeniami! Jak to w kopalni – trzeba sporo przekopać, żeby wypełnić swój koszyczek, tym po co się do kopalni przyszło.

Planowanie

Kilka dni i długich wieczorów z zarwanymi nocami włącznie zajęło mi ułożenie planu, który obejmował moje must-see places, ale też wiele więcej.

Znajoma Polko-Australijka, słysząc, co planuję, napisała mi tylko, że obawia się o moje serce, bo ilość miejsc + czas, jaki chcę być w Australii + tempo jest mocno „hectic”. Tylko jak można skrócić plan, kiedy masz ochotę zobaczyć absolutnie wszystko. Czułam się jak mała dziewczynka w sklepie z lalkami Barbie i wiedzą, że może mieć je wszystkie. Niebiosa! Nie spałam z podekscytowania, bo zamykałam oczy i wpadały mi do głowy kolejne pomysły, inne układy, dodatkowe plany.

Finalnie stanęło na takim planie:

Sydney (bo TO było marzenie nr 1), Góry Błękitne, Uluru (to było drugie marzenie nr 1) Kata Tjuta, Brisbane, North Stradbroke, Gold Coast, Byron Bay i Nimbin.

Zwierzakowo – koniecznie zobaczyć koale i mieć z nim zdjęcie = trzymać go na rękach. Wrażenia ze spotkania z koalą nieco odbiegły od wyobrażeń, ale o tym później. Drugie koniecznie zobaczyć kangury i to na wolności! Trzecie koniecznie – zobaczyć albo chociaż usłyszeć kukabury.

Zobaczyłam wszystko, co zaplanowałam, ale tempo poczułam mocno.

Do rzeczy:

Z Polski poleciałam do Denpasar zgodnie z planem. Tam spędziłam 3 dni i dzięki temu mój organizm zdążył się już oswoić z nowym klimatem i sporą różnicą czasową.

Przez całe 3 dni na Bali mówiłam głównie o tym, że jadę do Australii i jak bardzo się na to jaram (to jest najlepsze określenie mojego stanu wtedy).

Zwiedzanie Sydney

Przyszedł dzień lotu do Sydney. Taksówka na lotnisko, mega podekscytowanie i stan pt. nie wierzę, że jadę do AUSTRALII! Kiedy na lotnisku na monitorze zobaczyłam napis „Sydney” i numer lotu ten sam co na moim bilecie gdzie było też moje nazwisko! Musiałam się mocno powstrzymywać, żeby się nie rozpłakać z radości!

Leciałam JetStarem – tanimi liniami należącymi do linii Qantas – wygodnie, nawet gdybym miała stać cały lot to i tak uznałabym, że jest super. Jeststara użyłam jeszcze kilka razy, przemieszczając się do Ayers Rock, Brisbane i back to Bali. Bardzo polecam.

W Sydney wylądowałam o 7 rano lokalnego czasu. Czekając na swój plecak, miałam ochotę podchodzić do wszystkich i mówić im, że jestem w Sydney, pisać do wszystkich znajomych i ogólnie dzielić się moją radością, bo spełniam swoje marzenie, a to jest najpiękniejsze uczucie na świecie! Ta radość i uśmiech na twarzy towarzyszyły mi przez całą Australię, zwiększając tylko intensywność przeżyć.

Opera

Mam plecak, idę do pociągu. Mój hostel YHA byl w dzielnicy The Rock poleconej mi przez przyjaciół jako najlepsze miejsce „to stay in Sydney”. I to był strzał w setkę!

Wysiadłam z pociągu na stacji Circular Quay i moim oczom ukazała się Opera House! Moje marzenie! Rano, w słońcu… I tu już nie wytrzymałam, usiadłam na ławce w parku i rozpłakałam się jak dziecko. Z radości, niedowierzania i paru innych wniosków, które krystalizowały się w trakcie ostatnich tygodni, a teraz pojawiły się wyraźnie. No i sobie popłakałam. Patrzyłam, gdzie jestem, patrzyłam na Operę, na wodę i łzy mnie zalewały. Nie przeszkadzało mi, że wokół chodzą ludzie.

Tu pierwsza obserwacja – nie wiem, dlaczego, ale w PL widząc płaczącego człowieka, ludzie dziwnie patrzą. Tutaj czułam, że ludzie szanują siebie nawzajem bardziej i okazywanie emocji jest dla nich bardziej naturalne niż w PL, ale to może tylko moje odczucie.

Plecak na plecy, otrzeć łzy i do hostelu, bo każdą minutę chciałam doświadczyć podwójnie. Polecam sieć YHA – świetna obsługa, najlepsze lokalizacje, czystość, wygodne łóżka, dobrze wyposażone wspólne kuchnie i super atmosferą.

Pierwszy dzień w Sydney to rekonesans miejsca, jak się poruszać i co zobaczyć. Pijąc poranną kawkę na tarasie (YHA na The Rocks ma taras na dachu z widokiem na Opera House!) syciłam moje oczy widokiem Opery, a potem poszłam ją zobaczyć z bliska, i po dotykać w celu udowodnienia sobie, że naprawdę tam jestem! Ja naprawdę ją dotykałam …

Potem spacerek Harbour Bridge. Spacerek to się jednak nie okazał, a raczej spacer i to długi i jeszcze w mega palącym słońcu. Był początek maja, ale pogoda dopisywała mi przez cały pobyt. Potem Kiribili a stamtąd super widok na city center i oczywiście Opera House, której zrobiłam chyba z 200 zdjęć z każdej strony.

Bondi Beach i inne plaże

Bondi Beach i cały łańcuszek plaż – to był mój kolejny dzień w Sydney. Sydney jest świetnie skomunikowanym miastem. Metro, autobusy – dojedziesz wszędzie, gdzie chcesz. To duże miasto i dotarcie z mojego hostelu do Bondi Beach zajęło mi autobusem około 50 minut, ale szczęśliwie bez przesiadek i bez utrudnień. Autobus dojeżdża do samej plaży i tam był kolejny moment skakania do góry z radości, że tu jestem.

Poleżałam chwilę w słońcu na Bondi, podziwiając surferów z super kolorowymi deskami. Patrzyłam z podziwem, jak skaczą na falach i robią różne akrobacje, żeby utrzymać się na górze, a potem płyną na spotkanie fali, a jak jej nie ma to czekają leżąc spokojnie na desce. I mogą tak czekać długo, ale fala w końcu przychodzi. Zawsze przychodzi. Widok zachęca do przemyśleń. Obejrzałam street art na murku oddzielającym plażę od ulicy i napawałam się widokiem surferów i szmaragdowej wody.

 

Z Bondi poszłam polecanym mi przez koleżankę szlakiem – Bondi Beach –Tamarama Beach – Bronte Beach – Coogee Beach. To jakieś 9 km one way, ale warto się wysilić, bo widoki są przepiękne i w sumie to nie wiem, która z plaż podobała mi się najbardziej. Dodatkowo, kiedy masz szczęście, zobaczysz delfiny w wodzie – i nic już więcej nie potrzeba. Mogłabym tu mieszkać – i jak się okazało taka myśl pojawiała się w mojej głowie w sumie wszędzie, gdzie byłam też poźniej.

Na ścieżce jest sporo punktow wody pitnej gdzie można napełnić swoją butelkę – bardzo tu dbają o środowisko i za to tez polubiłam Australię.

Wycieczka w Góry Błękitne

Kolejnym moim celem były Góry Błękitne, bo Australia to przepiękne miasta, ale ja przyjechałam tu po przyrodę i przestrzeń. 2 godziny pociągiem z Sydney i jestem w Katoomba, czyli bramie do Gór Błękitnych!

Pomimo wyczytania wielu blogów i ostrzeżeń mojej przyjaciółki, że w górach może być zimno i pomimo przygotowania się, że będzie zimno – było zimniej, niż się spodziewałam. Wysiadłam z pociągu i w drodze do wejścia do Parku zamarzyłam o puchówce. Zapytana o drogę starsza para zmierzyła mnie wzrokiem i dostałam kolejne ostrzeżenie „There is gonna be VERY cold downthere my dear”. No wiem, ale idę dzielnie dalej. Było jeszcze zimniej.

Góry Błękitne to przede wszystkim słynne Trzy Siostry i te ukazały się moim oczom natychmiast po dojściu do pierwszego Point View. Trzy Siostry po lewej, które zmieniają swoje kolory zależnie od promieni słonecznych a na wprost oszałamiająca górsko-zielona przestrzeń i widok aż po horyzont i głęboka przepaść. Tam właśnie chciałam iść. W dół zobaczyć wodospady, strumienie, skały, wysokie drzewa, urwiska i mega przestrzeń.

Wybrałam się bez mapy, bo „po co mi mapa, przecież się nie zgubię” i kiedy rozpoczęłam schodzenie w dół (są schodki, ścieżki w większości jakoś oznaczone, ale jak się później okazało, zgubić się można!) spotkałam przemiłą Malezyjkę, która również przyjechała sama i część trasy pokonałyśmy razem. Ona miała mapę!

Góry Błękitne, a właściwie ich niewielka część, którą zobaczyłam, są zachwycające – piękna roślinność, skały i niesamowite formacje skalne, klify, punkty widokowe, dużo chodzenia up and down, up and down i tak ciągle, i krystalicznie czyste powietrze.

Oczywiście po rozstaniu z chwilową towarzyszką podróży, która postanowiła trasę powrotną w górę pokonać prawie pionową kolejką z grupą wrzeszczących ludzi (ja dziękuje, ja tu przyjechałam chodzić na moich nogach) – zgubiłam się. A może tylko świadomość, że zaczyna robić się ciemno, jestem sama, nie ma nikogo już wokół, spowodowała przyspieszony oddech i chwilową panikę, że ja tu nie chcę zostać na noc.

Góry Błękitne opuściłam koło 20, kiedy robiło się już zupełnie ciemno, ale zdecydowanie polecam, pozostanie tam do zachodu słońca, bo widok na Siostry i przestrzeń w świetle zachodzącego słońca wynagradza 25 kilometrów w nogach, zmęczenie i przemarznięcie do kości. Warto było wstać o 6 rano. Do hostelu wróciłam głodna, zmęczona, przemarznięta, ale szczęśliwa.

Kolejny dzień w Sydney to chill out przed Uluru i spędziłam go na spotkaniu z dawno niewidzianą koleżanką, która mieszka na Manly, i spacerując po Manly właśnie. Po lunchu Stefi zasugerowała mi spacer z Manly Beach to Shell Beach i dalej w górę wzdłuż klifów.

Pożegnałyśmy się i wyruszyłam „na krótki spacer”, który znów wcale krótki się nie okazał, bo po drodze, oprócz widoków zainteresowały mnie piękne domy do wynajęcia i myśl, że mogłabym tu mieszkać i zajmować się wynajmem takich domów. Dopiero gromadzące się chmury i wiatr, czyli nadchodząca burza wygoniły mnie do portu i promem do mojej części Sydney i do hostelu. Jutro przecież ULURU!

Wymarzona wyprawa na Uluru

Poranny lot do Uluru. 3,5 godziny z Sydney. Dzięki temu, że miałam miejsce przy oknie, The Rock zobaczyłam już z samolotu i poziom mojego już wysokiego zachwytu poszybował jeszcze wyżej. Zachwyt numer 47555. Większość lotu upłynęła mi na rozmowie z przesympatyczną panią z Kalifornii, która również przyjechała sama, żeby zobaczyć Uluru, Sydney i Melbourne. I też Australia była jej marzeniem. Pani w wieku blisko 70 lat emanująca energią, jakiej nie mają niektórzy młodzi ludzie, miała dołączyć do grupy innych singli i spędzić w Ayers Rock 5 dni w tym 2 noce na pustyni w namiocie.

Poczułam się dziwnie, myśląc o moim hostelu … bo za wygodnie. Mój hostel to znów sieć YHA, Outback Pioneer Hotel&Lodge, gdzie będę spała w 20-osobowym „baraku”, a toalety i prysznice znajdują się w innym baraku, który nie jest ogrzewany.

Po wylądowaniu na pasażerów czekały już autobusy. W Ayers Rock Resort masz do wyboru jeden z 5 różnej klasy hoteli lub pole namiotowe. Autobusy są free of chargé – przy bookowaniu hotelu informujesz jakimi lotami przylecisz, a autobus będzie na ciebie czekał. Bardzo miło. Bardzo sprawnie.

I bardzo gorąco! „To był maj, pachniała Saska Kępa”, a na Uluru w ciągu dnia było gorąco, a w nocy bardzo zimno.

W hostelach przydają się zatyczki do uszu. Szczególnie kiedy śpisz z dwudziestką innych osób. Kobiety też chrapią…

Ayers Rock Resort

Ayers Rock Resort to malutki resort 20 km od Uluru i 20 km w drugą stronę do Kata Tjuta, gdzie jest grubo brzmiący Town Square a tam jeden sklep spożywczy, kawiarnia, punkt turystyczny gdzie kupisz wycieczki, bilety, loty samolotem nad Uluru i inne atrakcje, po które każdy tu przyjeżdża. A więc po zrzuceniu plecaka na moje łóżko numer 47 pobiegłam kupić przepustkę do spełnienia mojego kolejnego marzenia, czyli Uluru.

Możesz jechać z wycieczką i przewodnikiem, ale ja chciałam towarzystwa tylko jednej osoby, czyli siebie, żeby spokojnie i swoim tempem zobaczyć i poczuć magię Uluru. Wybrałam więc tylko transfer tam i z powrotem pod Uluru, czyli bilet na Hop on Hop off – 5.45 rano zbiórka. Autobus dowozi do Uluru, dostajesz mapkę z punktami Hop on back i godzinami odjazdu autobusu. Wybrałam full base, czyli obejście Uluru dokoła co miało zająć ok. 4 godzin.

Ważne – kiedy jechaliśmy do naszego miejsca zrzutu pod Uluru, przed naszym busem przeskoczyły 3 kangurki. Zobaczyłam kangura! I to jak! Na wolności, pod Uluru i to na wysokości Świętego Miejsca Kobiet, ktorego nie zobaczysz nigdzie na zdjeciach, bo nie można go fotografować. Jest święte dla rdzennej ludności Anangu. Lucky me!

Rangersi, którzy są driverami, są absolutną skarbnicą wiedzy i warto słuchać tego, co opowiadają o Uluru. Nasz miał talent do opowieści i zaczarował wszystkich swoim mocnym głosem i sposobem opowiadania.

Uluru – najpierw wschód słońca i ten widok zawsze będę miała przed oczami. Bo wschodzące słońce pokazuje Czerwoną Skałę w różnych kolorach, a potem kiedy jesteś już przy Skale, widzisz tę niesamowitą czerwień. Uluru mnie zachwyca, bo nad ziemią widzisz tylko 348 metrów, podczas gdy blisko 6 kilometrów tej skały jest nadal pod ziemią. Ma 3,6 kilometra długości i jest o 24 metry wyższa od wieży Eiffla.

Full base zrobiłam wolnym spacerkiem w prawie 5 godzin, często zatrzymując się, zdejmując z siebie kolejne warstwy (bo o 5 rano było chyba 0 stopni a od wschodu słońca, temperatura szybowała w górę). Można wynająć rower albo SigWay’a i zrobić to bez zmęczenia i szybciej, ale ja chciałam tam pobyć i nacieszyć się Uluru. Maj to też dobry czas na Uluru, bo temperatury w ciągu dnia, mimo że nadal wysokie są znośne i nie ma katastrofalnej ilości much, o których czytałam na wielu blogach. Chociaż polecam zabranie ze sobą mosquito net, bo nawet mała ilość może uprzykrzyć czas. I weź czapkę przeciw słońcu. I dużo wody. I coś do przegryzienia. W Ayers Rock rekomendują 1 litr wody na godzinę – ja miałam 3 litry i wróciłam bez jednej kropli. Wykończona upałem, ale przeszczęśliwa.

Odrywanie zakątków Kata Tjuta

Tego samego wieczoru zakupiłam kolejny Hop On Hop Off tym razem do Kata Tjuta. Program podobny – 5.45 wyjazd, wschód słońca w miejscu, gdzie z jednej strony widzisz Uluru a z drugiej Kata Tjuta. Potem jedziesz do wejścia do parku narodowego i masz do wyboru Valley of the Winds Walk – 8 kilometrów i podobno 3 godziny albo Walpa Gorge Walk – 2 kilometry i 1 godzina. Wiadomo – nie przyjechałam tu na spacer, więc idę na Valley of the Winds. Ja i dwójka Amerykanów. Połowę trasy przeszliśmy razem. Przy okazji dowiedziałam się gdzie jechać do Stanów, jeśli chcę zobaczyć podobne cuda.

Kata Tjuta („Many Heads” w języku Anangu) to 36 formacji, głów skalnych a najwyższa ma 546 metrów. Niektórzy twierdzą, że Kata jest piękniejsza od Uluru. Jest na pewno bardziej różnorodna, nie jest tak osławiona, jak Uluru i jest tam pięknie, ale dla mnie Uluru ma jakąś moc, magię i specjalne piękno. Emanuje czymś wyjątkowym.

Jadąc do Valley of the Winds, nastaw się na trochę wspinaczki, luźne kamienie i korzenie więc trzeba być uważnym. Lokalsi mówili o częstych przypadkach skręcenia kostek i złamanych bioder więc dobre buty i brak pośpiechu to podstawa tutaj.

Wrażenia niezapomniane, kolory skał od czerwonych po brunatno- ceglaste, piękna zieleń, przestrzeń i palące słońce. Valley zrobiłam w trochę ponad 3 godziny, ale to dodatkowe trochę spędziłam na zawracaniu, kiedy w pewnym miejscu uświadomiłam sobie, że właśnie rozpoczęłam trasę po raz drugi, bo przecież już przechodziłam obok tej skały ☺ Bravo Ja!

Tutaj też są punkty, gdzie możesz napełnić butelkę wodą pitną.

Field of Light

Wieczór spędziłam, podziwiając Field of Light, fenomenalną instalację uznanego artysty Bruno Munro. Na sporym obszarze pustyni zainstalowanych jest 50 000 świecących światłowodów i lampeczek, które rozświetlają czarną noc nad Uluru. Niebo jest tam utkane gwiazdami tak, że miałam wrażenie, że mogę je dotykać. Instalacja jest tam do końca 2020 roku, więc spiesz się.

Do Ayers Rock na pewno wrócę, bo Uluru mnie oczarowało. Będąc w Ayers Rock, warto skorzystać z free activities, których jest sporo i są prowadzone przez Anangu. Możesz posłuchać o historii Ayers Rock, o roślinności i zwierzętach, lokalnym pożywieniu i sposobach gotowania, i spróbować home made ciasteczek.

Z Ayers Rock wróciłam na chwilę do Sydney, a potem już kolejny etap, czyli kawałek Queensland i Brisbane, żeby zobaczyć misie koala.

Koale w Brisbane

Przyleciałam do Brisbane koło południa i tego dnia zdążyłam jeszcze pójść brzegiem rzeki Brisbane i wieczór spędzić na Kangaroo Cliffs zachwycając się pięknem miasta. Wszyscy tu biegają, jeżdżą rowerami, w parkach jest mnóstwo ludzi grających w różne gry albo grillujących wspólnie z przyjaciółmi i rodzinami – aktywne miasto z aktywnymi i bardzo pozytywnymi ludźmi. Pełno kafejek, barów, sztuczne plaże i baseny przy rzece – miasto tętniło życiem.

Większość mostów była oświetlonych barwami tęczy z okazji Światowego Dnia Walki z Homofobią. Piękne Brisbane było dzięki temu jeszcze piękniejsze.

Lone Pine Koala Sanctuary

Kolejny dzień to Lone Pine Koala Sanctuary i moja wielka misja, czyli – wziąć misia na ręce i zrobić sobie z nim zdjęcie.

Do Lone Pine dotarłam publicznym autobusem w godzinę. Lone Pine ma wszystkie zwierzaki, które chcesz zobaczyć w Australii – no może prawie wszystkie. Możesz karmić kangury na sporej przestrzeni, gdzie skaczą sobie i odpoczywają. Niektóre są naprawdę duże i te akurat wolałam omijać, ale są tak przyzwyczajone do ludzi, że podchodzą spokojnie same i to one oswajają ze sobą nas.

Wrzeszczące diabły tasmańskie, wombaty, dingo, kukabury, kiwi, kazuary, dziobak, różne gatunki gadów, i przede wszystkim pełno koali.

Zdjęcie jest! Mój koala ważył chyba z 8 kg, czyli całkiem okazały miś. Koale jedzą dużo liści eukaliptusa, ich metabolizm jest bardzo wolny i z reguły poruszają się raczej leniwie. Spędzają swoje misiowe życie głównie na jedzeniu i spaniu. Moment, kiedy zaczyna się pora karmienia i opiekunowie przynoszą świeże gałęzie, koale otwierają szeroko oczy i potrafią nawet skakać między drzewami.

Z Lone Pine można wrócić na South Bank, płynąc promem i podziwiając oba brzegi miasta, ale ostatni odpływa o 14:00, a ja w parku spedziłam wiekszość dnia, więc znów skorzystałam z komunikacji miejskiej.

Piękna wyspa North Stradbroke

Brisbane jest piękne, ale następnego dnia rano byłam już w drodze na zachwalane i polecane przez Julię North Stradbroke Island. Droga długa, bo akurat to był weekend, a weekend czasem remontów jest.

Częściowo autobus, potem pociąg do Cleveland, w Cleveland autobus do promu, prom na wyspę a na wyspie autobus do mojego hostelu w Point Lookout. Znow YHA, który jest rownież centrum nurkowym, a Straddie jest słynna z populacji rekinów lamparcich (leopard sharks), które są zupełnie niegroźne dla człowieka.

Chciałam trochę odpocząć i zatrzymałam się tu 3 noce.

Czas na North Stradbroke spędziłam, oglądając zachody słońca, patrząc na delfiny w Amity Point, spacerując North Gorge Walk, ciesząc się obecnością kangurów na wolności i wypatrując z klifów wielorybów. Od połowy maja rozpoczyna się migracja wielorybów. Mieszkańcy mówią, że Straddie to najlepsze miejsce w Australii do obserwacji tych potężnych ssaków. Stałam wiec na klifach i wypatrywałam. Po to tu przyjechałam, bo widziałam wiele podwodnych obywateli, ale wieloryba jeszcze nigdy. Ktoś nawet widział poprzedniego dnia jednego, ale jeden to jeszcze nie całe stada, które podobno tu się pojawiają i skaczą w zatokach Straddie. Byłam tam tylko 3 dni, ale Straddie zdecydowanie polecam, jeśli chcesz odpocząć, bo nie ma tu tłumów turystów, których zobaczyłam później na przykład na Gold Coast czy w Byron Bay.

W Amity Point mili rybacy dali mi półkilogramowej wielkości kawałek świeżo złowionej ryby na kolacje i kiedy chciałam im zapłacić, pożyczyli mi serdecznie smacznego. „Jak nie zapytasz, to się nie dowiesz“ – poszłam za tą myślą, kiedy obserwowałam ich, jak wyjmowali swoj połów z łodzi i poczułam, że byłoby super zjeść taką rybę na kolację. To była najsmaczniejsza kolacja ever!

Straddie ma piękne, niekończące się złote plaże. Plaże są prawie puste, więc mogłam cieszyć się ciszą, a tam, gdzie fale były potężne i huczał ocean, towarzyszyły mi tylko garstki surferow.

Moje ulubione plaże na Straddie to Deadman‘s Beach i Cyllinder Head. Ta pierwsza ma swoją nazwę przez szkielet, który znaleziono tam w 1956 roku, nie jest patrolowana i pływanie jest zabronione. Cyllinder jest większa i tam można pływać. Obie dają super piasek, fale, ciszę i spokój, nawet jeśli jest na nich kilka innych osób. I dobrze się tam śpi.
Po powrocie ze Straddie zgodnie z moim planem zostało mi Gold Coast, Byron Bay i odwiedzenie moich przyjaciół w Nimbin.

Byron Bay na luzie

Lokalnym małym busem Go Byron pojechałam z Brisbane do Byron Bay. Te busiki nie zatrzymują się po drodze jak większe coache i dzięki temu w 1,5 godziny byłam w Byron Bay, gdzie spotkałam się z moimi przyjaciółmi. Byron zrobiło na mnie wrażenie wyluzowanego, spokojnego, ale wibrującego życiem miasteczka z masą „Bobów Marley’ów” i unoszącą się muzyką regaee. Zobaczyłam miasteczko, pojechaliśmy wspólnie zobaczyć słynną Latarnię Morską, Tim i Bożena pokazali mi najdroższe domy w Byron Bay, zjedliśmy pyszny i późny wege lunch i pojechaliśmy do Nimbin.

Nimbin leży godzinę samochodem z Byron Bay i jest częścią Rainbow Region.

Nimbin

Kiedy mówisz komuś w Australii, że jedziesz do Nimbin, w odpowiedzi dostajesz porozumiewawcze podnoszenie brwi i taki sam uśmieszek. Mówisz Nimbin, a ludzie od razu mają przed oczami marihuanę, która jest tam oficjalnie zakazana, ale… i to „ale” właśnie powoduje te porozumiewawcze spojrzenia.

Fabryka ręcznie robionych świec przemili ludzie, eko uprawy, organiczne pyszne jedzenie, centra jogi i medytacji, największe skupienie hippisów na metr kwadratowy, domy pomalowane w tęcze, graffiti na ulicach, murale i …. zapach marihuany dolatujący nie wiadomo skąd od czasu do czasu. Takiego klimatu nie czułam nigdzie.

Dla mnie to była oaza spokoju, postój w pośpiechu i odpoczynek na mojej drodze. Moi przyjaciele są weganami i to, co jadłam, było zdrowe, dobre, miało dobrą energię i było smaczne. Jeden z dni poświęciliśmy na wycieczkę do prawdziwego lasu deszczowego i wybraliśmy się na Protestors Falls w Nightcap National Park. Pod koniec lat 70‘ grupa mieszkańców protestowała przeciwko wycięciu części tego niesamowitego lasu. Ścieżka prowadzi do wysokiego i pięknego wodospadu i czasami, szczególnie w porze deszczowej jest zamykana ze względu na poziom wody. My byliśmy w maju i spokojnie przeszliśmy całość aż do wodospadu, podziwiając mega wysokie drzewa i niesamowitą roślinność.

Cristal Castle

Popołudnie spędziliśmy w Cristal Castle – Kryształowym Zamku w miasteczku o ciekawie brzmiącej nazwie Mullumbimby. Magiczne miejsce, połączenie buddyzmu, hinduizmu i największych i najpiękniejszych kryształów świata. Możesz wejść do labiryntu spokoju, przejść ścieżką w tunelu ze 100-metrowej wysokości bambusów, zakręcić stupą spokoju blessed by Dalailama, zawiesić swoją prośbę na drzewku życzeń, wejść do największej na świecie jaskini z jednego litego kryształu i poczuć jej magię, pomedytować przy potężnym posągu Buddy. Właściciele organizują tam szereg różnych warsztatów.

Ten zamek nie jest zamkiem-budynkiem – to olbrzymia przestrzeń, na której to wszystko się dzieje. Wychodzisz stamtąd z wdzięcznością, ze spokojem w duszy i sercu.

W drodze powrotnej mieliśmy bliskie spotkanie z długim i dużym wężem – przepełzał biedak przez ulicę i Tim uratował go, przesuwając na pobocze.

Następnego dnia rano byłam już w drodze do Gold Coast. Lucky me! Bo moi przyjaciele mieli coś do załatwienia w Gold Coast, więc ominęła mnie przejażdżka autobusem i spędziłam czas wygodnie i w miłym towarzystwie.

Sławna i zatłoczone Gold Coast

Na Gold Coast miałam tylko jeden dzień i tyle mi wystarczyło. Szpaler wieżowców dotykających złotą i dłuuugą plażę, Surfers Paradise Bulwar, palmy wzdłuż ulicy, najdroższe hotele i takie same apartamentowce – wrażenie niesamowite. Nieco na południe jest Burleigh Heads – dzielnica Gold Coast z piękną, długą plażą i małym parkiem narodowym Burleigh National Park położonym na klifach dających spektakularne widoki na Gold Coast i na południe w stronę Coollangatta. Trochę uciekłam tu z Gold Coast, bo ciszej, spokojniej, zielono, podobno smacznie (i było), można spokojnie pływać w morzu i też podziwiać surferów. I można też spać na plaży.

Polecam wybrać się do Burleigh Heads i przejść ścieżkami po klifach.

Przez połowę mojego pobytu w Australii planowałam przebukować swój bilet powrotny na Bali, zostać dłużej i pojechać do Cape Tribulation. Zobaczyć miejsce, o którym David Attenborough mówił „Najpiękniejsze miejsce na ziemi” gdzie las deszczowy, biały piasek i rafa koralowa łączą się w morzu. Zobaczyć krokodyle różańcowe. Ciągle coś mi mówiło jednak, żeby się wstrzymać. Ostatniej nocy w hostelu w Brisbane poznałam dziewczyny z Korei i z UK, które właśnie stamtąd przyjechały. I podobno zaczęło tam lać… Warto słychać intuicji.

Czy było warto?

Australia zrobiła na mnie hiper zachwycające wrażenie. Cały trip i codziennie byłam w absolutnym zachwycie, wdzięczności, że tu jestem i mega radości, że widzę to wszystko. Wracam niebawem i na mojej liście znów będzie Uluru tylko dłużej, Sydney na chwilę, Cairns i na pewno Cape Tribulation i Daintree National Park. Zachwycali mnie ludzie i ich otwartość, uśmiech, przyjazność i niewymuszona chęć do pomocy. Zachwycały mnie piękne miasta, ale też outback i jego cisza, przestrzenie, zieleń.

Potem był miesiąc na Bali, ale to już inna historia.

Wyjechałam sama na prawie 2 miesiące, z plecakiem. Pierwszy raz w życiu sama tak długo i tak daleko. Polecam taki samotny wyjazd każdemu chociaż raz w życiu. Jesteś sam ze sobą, poznajesz siebie, robisz, to co chcesz, jak dasz plamę, to tylko do siebie możesz mieć pretensję, czyścisz głowę i czujesz wszystkie emocje na 200%. I doświadczasz wszystkimi zmysłami. I jesteś wdzięczny, że możesz widzieć, czuć, dotykać, smakować, poruszać się. Absolutna wdzięczność.

Czytaj kolejne wpisy z serii Wasza Australia. Zaplanuj swoje wakacje:

Wakacje Laury

Road trip w Australii Zachodniej

Przygoda na rafie