Położyłam się do łóżka, zawijając w kołdrę niczym burito. Noc była wyjątkowo zimna w Brisbane, a od Sama biło niczym z piekarnika. Spał już głębokim snem, pochrapując, ale wyczuł, że jestem i zarzucił na mnie rękę. Ciężką, bo ciało staje się przecież takie ciężkie, gdy mięśnie mają luz.

Tego wieczoru wyjątkowo dużo myśli kłębiło się w mojej głowie. Zazwyczaj potrafię je szybko wyłączyć (potem co prawda wracają we śnie), ale tym razem było inaczej. Leżałam na prawym boku, patrząc w ciemność i analizując. „Jestem lepszym człowiekiem” – to była ostatnia refleksja przed snem.

I ona siedzi ze mną od kilku tygodni. Już nie zaspana, ale całkiem wyspana, przy porannej kawie, stwierdzam, że faktycznie tak jest — jestem lepszym człowiekiem niż byłam kiedyś.

„Myślę, chociaż to oczywiście tylko moje zdanie, że odrobina empatii dla drugiego człowieka nikomu by nie zaszkodziła. Każdy chce być traktowany równo i z szacunkiem, a postawienie się na chwile, na miejscu drugiej osoby może nam w tym pomóc. Traktujmy innych tak jak sami chcielibyśmy być traktowani. Może na początku będzie się to wydawało dziwne i nienaturalne, ale po sobie wiem, że działa i w końcu wejdzie w nawyk. A wiem, bo sama kiedyś byłam jedna z tych najeżonych, opryskliwych i wiecznie czegoś żądających osób – całe szczęście Australia skutecznie mnie tego oduczyła ?”, te słowa Joasi Strózik (jeśli jeszcze nie zaglądacie do niej na Instagramie, to zacznijcie @joacorka), zmotywowały mnie do tego, aby uporządkować myśli.

Czy to Australia sprawiła, że jestem lepszym człowiekiem?

Na pewno ma w tym swoje zasługi. Ten kraj otwiera głowę. Jest dobrym i bezpiecznym domem, a już samo to zabiera z barków wiele zmartwień i pozwala się skupić na przyjemniejszych rzeczach. Australia ma też w sobie dużo optymizmu i luzu. Uczysz się uśmiechać i uczysz się odpuszczać. I tak jak z uśmiechem nigdy nie miałam problemu i od zawsze wierzę, że naprawdę przenosi wszystko na wyższy level, tak odpuszczanie, hmm, ci, którzy znają mnie od lat, postrzegają mnie raczej, jaką tą, która jest zawzięta, złośliwa, nieodpuszczająca. Tymczasem ja nauczyłam się w Australii, że bycie „najeżonym, opryskliwym i wiecznie czegoś żądającym” jest do kitu, i że nawet jak się wywalczy swoje, to często ilość energii, którą ta walka pochłania, jest nieadekwatna do rezultatu. Fajnie, jeśli w życiu mamy to, co chcemy, ale jeszcze fajniej, gdy nie psujemy krwi i sobie, i innym. A już w ogóle najlepiej, gdy możemy choć odrobinę poprawić komuś dzień! Dobra energia wraca i do nas.

Życie w Australii, potyczki emigranckie (o tym, dlaczego emigracja robi dobrze na głowę, poczytacie tutaj), podróże, ludzie, których spotykam, mój mąż, praca w internetowym środowisku i pewnie też wiek, to wszystko sprawiło, że czuję się lepszym człowiekiem. Nie od innych. Od siebie samej. Kto to ocenia? Też ja sama. Wiem, mało obiektywnie, ale akurat oceny innych średnio mnie obchodzą (co nie znaczy, że nie liczę się ze zdaniem ważnych dla mnie osób).

Bo czuję się przyjemniej ze sobą, ale czuję też, że wokół rozsiewam lepszą energię. I że idę do przodu, ciągnąc innych do góry, a nie w dół.

Kilka rozmów z różnymi osobami — o tym, jak wypasione, kto ma auto i ile ono kosztowało (I don’t give a f***), o związkowych rozterkach, które przypomniały mi mnie sprzed 15 lat, po zlewających odpowiedziach na prośbę o radę, od kogoś, kogo ty zawsze strasz się wspierać w działaniach, po tym poczuciu braku komfortu podczas spotkania, bo czujesz się w jakikolwiek sposób gorszy, po pięciu minutach dla mnie przy dwugodzinnej rozmowie (lubię słuchać zdecydowanie bardziej niż mówić, ale rozmowa to nie monolog) — mi się już nie chce. Serio.

Nie oceniam. Zwyczajnie wybieram, że mi to nie pasuje.

Poszłam ostatnio oddać krzesło kempingowe, bo po pół roku się powyginało. Pani powiedziała, że wymienić można przez trzy miesiące, teraz to po ptakach. Odpowiedziałam szybko „Ale australijskie prawo…”. Pani powiedziała, że nic nie może zrobić i że mogę zadzwonić do centrali.

– Ty się nie kłóciłaś?! – z niedowierzaniem powiedział Sam, gdy wróciłam do domu z tym samym zepsutym krzesłem na ramieniu.

Nie odpuszczam zawsze, dając się robić w konia, ale tym razem nie było warto.

– Może się starzeję – podsumowałam.

To wszystko nie wydarzyło się z dnia na dzień. To lata. Przede wszystkim lata otwartości na zmiany i lata poświęcone na zrozumienie samej siebie i świata wokół. Myślę, że ta otwartość jest tu kluczowa — nie da się uspokoić ducha i głowy, nie można stać się lepszym, bez niej.

Australia nauczyła mnie być miłą osobą.

A co zrobić, żeby stać się lepszym człowiekiem?

Te myśli nadal zbieram. Dajcie mi chwilę.