Raz wysuszone słońcem połacie. Innym razem intensywna zieleń. Raz soczyste kiście winogron. Innym razem sterczące patyki i pożółkłe liście. Raz błękitne niebo. Innym razem — mroczne chmury.

W Barossa Valley winiarskim regionie gdzie produkowane jest najpopularniejsze w Polsce australijskie wino, Jacob’s Creek, byliśmy kilkukrotnie. Krajobraz za każdym razem zmieniał się, zaprzeczał obrazowi, który malował się w mojej pamięci. Pory roku są tutaj bardzo zróżnicowane.

A przecież mówią, że w Australii zawsze jest upalnie, prawda?

Barossa latem i jesienią (zielona to jesienią)

Rano wyjeżdżamy z Adelajdy, a już godzinę później mkniemy palmową aleją, Seppeltsfield Road, która prowadzi do winiarni z 1855 roku, Seppeltsfield Winery. Przysadziste drzewa stoją na skraju drogi, nadając tropikalny klimat, a za ich linią ciągną się pola winogron.

To chyba najfajniejsza droga wjazdowa jaką możną by sobie wymarzyć! A wszystko tak blisko stolicy Australii Południowej.

Dolina Barossy nazywana jest dzisiaj Winiarskim Regionem Nowego Świata, ale jej historia sięga już lat trzydziestych osiemnastego wieku, kiedy w te strony zaczęli zjeżdżać mieszkańcy Europy. Tereny zostały zasiedlone głównie przez Niemców i to oni mieli największy wpływ na rozwój okolicy. Wpływy widać do dziś – przede wszystkim w architekturze i kuchni. Ale w kuchni widać także wpływy polskie, z naszych zachodnich regionów.

Restauracja i winiarnia St. Hugo

Pomysły na kiszonki przywieźli Polacy — tłumaczy mi Mark McNamara, szef kuchni w restauracji St. Hugo, przynależącej do winnicy o tej samej nazwie; to topowe miejsce w regionie.

Dania są tu dobierane do wina, a nie odwrotnie. Podczas kolacji w pięknie odnowionych, leciwych zabudowaniach z rudej cegły, mamy okazję na królewską degustację. Polędwica rozpływa się w ustach, a kiszona rzodkiew szczypie w podniebienie. Do tego galaretka z… Cabernet. Ceviche. Krem z buraków. Kieliszek wina.

Cztery godzinny później brakuje sił, żeby wstać od stołu. Tylko nie wiem sama czy to przez wino, czy przez jedzenie.

Pyszne — wzdycham tylko, gdy wracamy do hotelu i rzucam się na łóżko.

Hotel The Louise

Zatrzymujemy się w The Louise, luksusowym hotelu położonym na uboczu, idealnym na romantyczny weekend we dwoje. Jest tu także kolejna, dobra knajpa, Appellation. Wokół ciągną się spokojne polany. Czasem zakurzy się na szutrowej drodze. Żałuję, że pogoda nie zachęca do kąpieli w basenie — tu dopiero są widoki!

O poranku uchylam nieco grubą zasłonę, żeby sprawdzić, czy oby na pewno trzeba już wstawać. Po różowawym nieco niebie sunie nadymany balon, a kangur, który skrył się wśród suchych traw w kolorze własnej sierści, zamiera w bezruchu na mój widok.



Booking.com

W pobliskim miasteczku Tanuda życie budzi się niespiesznie. Łapiemy kawę w Keils Fine Food & Coffee i witamy się z sympatycznymi mieszkańcami podczas spaceru. W kościołach biją dzwony, wyznaczając jego kierunek.

Z wizytą u Maggie

My obieramy inny — Maggie Beer’s Farm Shop — na zakupy i piknik (na wino pojedziemy później, bo mówią, że przed południem nie wypada zaczynać). Maggie Beer (Margaret Anne Beer) to australijska szefowa kuchni, autorka książek i programów telwizyjnych oraz pomysłodawcczyni serii produków spożywczych sygnowanych jej imieniem. Stworzone przez nią miejsce, Maggie Beer’s Farm Shop, wyróżnia się zdecydowanie na tle okolicznych winiarni, bo zwyczajnie oferuje inne doznania. Weźcie kosz piknikowy i usiądźcie w cieniu drzewa, gapiąc się w błękit nieba. I zróbcie zakupy – przysmaki Maggie Beer to dobry pomysł na prezent z Australii).

W Barossie mieszczą się cztery z dwunastu najstarszych winiarni Australii: Penfolds, Orlando, Seppeltsfield (miejsce z aleją palmową) oraz Yalumba. To tu znajduje się także popularna winnica Jacob’s Creek.

Winiarnia Jacob’s Creek

Położona jest nad strumykiem Jakuba — stąd zresztą nazwa wina. Jacob’s Creek to po polsku Strumyk Jakuba. Winnica zajmuje wielkie przestrzenie i łączy historię z nowoczesnością. W minimalistycznie zaprojektowanym Visitor Centre można oczywiście skosztować miejscowych trunków, nauczyć się o nich co nieco i zjeść pyszny lunch. O imprezie Our Table, podczas której mieliśmy okazję nauczyć się więcej o winie, możecie poczytać tutaj.

W Visitor Centre można także wypożyczyć rower i pedałować winnym szlakiem. Tak też robimy, bo czy jest lepszy sposób na niewinną degustację?

Główny trasa, z części północnej Barossy do południowej, ma czterdzieści kilometrów i to zdecydowanie coś dla miłośników dwóch kółek z nożnym napędem. Snujemy rowerami przez tę przepiękną przestrzeń, łapiąc oddech szalonej wolności. I kieliszek wina, od czasu do czasu (tak, dobrze widzicie na zdjęciu poniżej, snuliśmy się także raz w wyjątkowym towarzystwie Mateusza Gesslera i Wojtka Cyrana, wznosząc toast za wyjątkowe spotkanie na końcu świata; udało nam się nawet coś razem ugotować – filmik to obejrzenia tutaj).

Mkniemy alejkami w prażącym słońcu. Papugi skrzeczą, przysiadając na starych eukaliptusach, które pamiętają jeszcze czasy, gdy tę część Australii Południowej zamieszkiwali Aborygeni z plemienia Peramangk. Owce drepczą niewinnie po malowanych wzgórzach, przypominając o czasach, gdy zjechali tu pierwszy osadnicy z Europy.

Widoki na Dolinę Barossy

Z punktu widokowego Steingarden Lookout, zarówno o świcie, jak i o zmierzchu, widoki są fantastyczne, chociaż tak bardzo różne w różnych porach roku. To tu przyjeżdżamy na zachód słońca z naszym znajomym i zgodnie z tradycją wylewamy odrobinę wina przez ramię. Tradycja głosi, że „oddawanie” tej odrobiny przynosi szczęście — i tobie, i winnicy.

Przynosi, bo czy jest większe szczęście niż przytulenie koali?

Przytulić koalę!

Z Doliny Barossy do Adelajdy wrócić można różnymi trasami, ale po drodze warto zatrzymać się w Gorge Wildlife Park. I przytulić. Misia-niemisia. Spełniając marzenie dzieciństwa.

Chcielibyście? Koalę? Albo kieliszek wina?