Czego o Australii nauczyłam się od Sama? A może nie tylko o Australii, ale mówiąc górnolotnie „o życiu”?

Chcąc nie chcąc, będąc z kimś w związku, wzajemnie na siebie wpływamy. Tak przynajmniej jest w zdrowej, wyważonej relacji, gdzie ten wpływ też jest wyważony. Pokazujemy sobie nawzajem, jak inaczej postrzegać można z pozoru identycznie wyglądające sytuacje. Że można mieć inne zdanie, poglądy, wnioski i reakcje na te same zdarzenia. Uczymy się, a wnioski z tej nauki wciąż są nowe (pierwsza wersja tego wpisu z 2015 roku była zupełnie inna).

Gdy dochodzą do tego różnice kulturowe, dochodzi więcej zaskoczeń. A jeśli wydaje wam się, że przecież między Polską a Australią nie może być wielu różnic, jesteście w błędzie. Australia zaskakuje, a Australijczyk i życie z nim pod jednym dachem jeszcze bardziej.

Czego więc (dotychczas) nauczyłam się od Sama? O Australii i życiu?

Odpuszczać

Tak, nauczyłam się odpuszczać. Z natury (byczej) uparty ze mnie osobnik. Bywałam przekonana o swoich racjach na tyle, że nie potrafiłam się wycofać ze stanowczych opinii. Gdy ktoś zalazł mi za skórę, automatycznie wstępowała złośliwość na wysokim poziomie. Coś nie szło po mojej myśli i od razu zaciskałam pięści. Nauczyłam się odpuszczać. No worries i She’ll be right wchodzą w krew.

Kempingować

Uwierzycie, że przed przeprowadzką do Australii, nigdy nie byłam na kempingu (nie wliczając obozu harcerskiego, z która po tygodniu odebrała mnie mama)? Dziś to mój ulubiony i najbardziej skuteczny sposób na odpoczynek i reset głowy. Im bardziej dziko, im mniej cywilizacyjnych udogodnień, im ciszej i odludniej, tym lepiej. Life is best when you’re camping, jak to mówią.

Jeść Vegemite

To ta ciemna pasta, na której widok wzdryga się każdy emigrant. Vegemite nie zachwyca przy pierwszym kontakcie, trzeba dać mu czas. I sobie, na zrozumienie, z czym i jak smakuje najlepiej. Więc — kanapka z Vegemite, awokado i pomidorem — pierwsza klasa.

Grillować inaczej

Węglowy grill to w Australii rzadkość, a każdy szanujący się Australijczyk jest właścicielem Webera, czyli grilla gazowego z przykrywką. Nie muszę tłumaczyć, że jedzenie przyrządzane na nich smakuje zupełnie inaczej. Ale w Australii grillowanie to, coś więcej. To świętość, sposób na celebrowanie każdej możliwej okazji — urodzin, ślub, czy zwykłego sobotniego po południu. Tu rozmowy o życiu odbywają się przy grillu (zwanym barbie, w skrócie od barbecue).

Zbierać śmieci

Australia jest krajem czystym i rzadko zdarza się śmieć pod nogami. Ale jednak się zdarza, bo nigdzie w świecie nie brakuje ignorantów/ brudasów/ nieuważnych, więc czasem, gdy idziemy na spacer (czy to do sklepu, czy po lesie), trafi się jakaś porzucona butelka po wodzie, papierek po batoniku, puszka po napoju energetyzującym czy pusta paczka po fajkach. Śmieci zdarzają się też czasem na plażach, gdzie podczas przypływu na brzeg wywalane jest to wszystko, co gdzieś indziej ktoś wywalił po nogi właśnie. Co robi Sam? Schyla się, podnosi śmieć i wyrzuca go do najbliższego śmietnika, który wcale niekoniecznie jest blisko. To jeden z fajniejszych nawyków, który od niego przejęłam. Serio, podniesienie śmiecia wiele nie kosztuje, a każdym takim drobnym ruchem przyczyniamy się, chociaż odrobinę do tego, żeby nasza planeta miała się lepiej. Dajemy też przykład innym, którzy podobnie jak ja, mogą po prostu przejąć nawyk.

Naprawiać, nie wymieniać na nowe

Tego, czego pewnie nie wiecie o Samie to to, że on wszystko sam. Naprawia, serwisuje, kombinuje bezustannie w garażu. Gdy więc czajnik, lampka czy inne elektroniczne urządzenie odmawia współpracy, trafia w jego ręce. Czasem już samo zniesienie do warsztatu sprawia, że sprzęt magicznie zaczyna działać na nowo. Dodatkowo zdarte buty nosimy do szewca, a spodnie z dziurą to naszej wietnamskiej mistrzyni — krawcowej.

Mówić „mate”, jak Australijczyk

Wciąż zaskakuje mnie, gdy w rozmowie Sam powie do mnie mate (do mnie!) i zawsze uśmiecham się w duchu, gdy to słyszę, bo mało jest bardziej Aussie powiedzonek. Naturalnie włączyłam to słowo do mojego słownika i nieświadomie wplatam w zdania.

Nie bać się pająków (kłamstwo)

Moje pierwsze spotkanie z huntsmanem (czyli włochatym, wielkim, aczkolwiek niegroźnym pająkiem) będę pamiętać zawsze. Przestawiał te brązowe nóżki, przemieszczając się po ścianie, totalnie ignorując prawo grawitacji. „Wracaj do domu”, krzyknęłam w słuchawkę, bo Sam był w pracy, a on na to „Just go the other room, ignore it”. To najlepiej pokazuje jaki luz przemawia przez Australijczyka w spotkaniu z pająkiem. Co więcej, częściej, zamiast zatłuc go klapkiem, złapią w słoik i wyniosą na dwór. Chciałabym to przejąć, ale nie potrafię. Krzyk na widok pająka to u mnie standard.

Nie ekscytować się na widok kangura (kłamstwo)

Jak można nie podskoczyć na widok kangura? No jak?! Można. Można też ze z dziwieniem, a może nawet politowaniem spojrzeć na swoją partnerkę, która wpada w stan euforii. Kangurowate nie zachwycają miejscowych. Wielu z nich powie nawet, że to szkodniki (co w regionach rozlicznych bywa prawdą). Jednak ja niemal osiem lat później wciąż się ekscytuję i zawsze wyciąga aparat. Nie myślę, że kiedyś mi przejdzie.

Wykorzystywać weekendy na maksa

Weekend w domu to u nas rzadkość. Podobnie zresztą jak weekend w mieście. Wolne chwile staramy się mądrze wykorzystywać, szukając odpowiedniego dla siebie balansu między codziennym pędem a zwykłym lenistwem. Australijczycy lubią być na zewnątrz (szczególnie w stanie Queensland, gdzie mieszkamy) – piknikować w parku, spacerować po plaży, palić ognisko w środku lasu. Weekendy są dla nas czasem tworzenie wspomnień, a ja bardzo to lubię.

Używać kremu z filtrem w dużych ilościach

To chyba wysysa się z mlekiem matki, a jeśli nie — chłonie w przedszkolu. Przecież słońce w Australii jest takie szkodliwe! To prawda, słońce dawkowane jest w dużych ilościach, a promieniowanie negatywnie oddziaływuje na naszą skórę. Dla Australijczyka nakładaniu kremu z filmem (minimum 50SPF) to obowiązek. Ewentualnie sprawdzi się tzw. rashie. Plus czapka lub kapelusz.

Wypatrywać prądów rip (oraz ratowników)

Największym zagrożeniem na australijskich plażach nie są wcale rekiny, tylko prądy wodne. Rip currents, czyli prądy strugowe lub inaczej porywające, porywają (występują też w Bałtyku, ale wiadomo, że Australii kąpiemy się częściej). Gdy wpadniecie w taki, powrót do brzegu jest praktycznie niemożliwy. Trzeba płynąć wzdłuż brzegu, aby wydostać się z prądu, a dopiero potem do brzegu. A najlepiej to pływać między flagami na strzeżonych plażach. Jak wypatrzeć rip? Woda w miejscu jego występowania jest zazwyczaj nieco ciemniejsza, a fale (kusząco) mniejsza. Więcej o prądach strugowych, poczytacie tutaj. To ważna wiedza.

Być milszą

Pisałam o tym niedawno. Czy Australia sprawiła, że jestem lepszym człowiekiem? Australia na pewno nauczyła mnie być milszą osobą, a Sam miał tu swój udział, bo zwyczajnie jest dobrym człowiekiem.

Czego jeszcze? Czas pokaże. Pewne jest natomiast, że z australijskiego podejścia do życia, można czerpać wiele fajnego.