Patrzę sobie na wszystkie zdjęcia, na których oprócz zielonych pól ryżowych dojrzeć można spokojne morze, uśmiechniętych ludzi i cudowną egzotykę. Patrzę i czuję magię. Bo jak tu jej nie poczuć na Bali?

Przeglądam internetowe galerie, a przewija się w nich tak wiele niezwykłych fotografii, zrobionych przez tych, którzy regularnie odwiedzają Bali i przez tych, którzy postanowili osiąść tam na stałe. Przeglądam i znowu się zachwycam. Myślę sobie, że trudno odmówić temu miejscu uroku. Bali zdaję się być najlepszym miejscem na wakacje.

Chwilę później wracam do własnych wspomnień i przekonuję się, że nie chcę tam wrócić. Obrazy, które malują się w mojej głowie, są zupełnie inne. Podobnie jak refleksja na temat przyszłości wyspy Bali. Dlaczego?

Oryginalny tekst o tym, dlaczego uważam, że nie warto jechać na Bali, opublikowałam kilka temu i wciąż jest jednym z najpopularniejszych na blogu. Zdania nie zmieniam. Postanowiłam jednak odświeżyć artykuł, pójść o krok dalej, dodać argumenty, które pokażą, jak obecna turystyka niszczy ten fascynujący skrawek świata. Jak my go niszczymy.

Kilka słów o Bali

Bali to jedna z tysięcy indonezyjskich wysp, perła archipelagu Lesser Sunda, prawdopodobnie (a raczej na pewno) bardziej popularna niż sama Indonezja. Stała się lubiana turystycznie już w latach siedemdziesiątych, ale wtedy przyciągała głównie tych zainteresowanych jej unikalną kulturą. Nazywana „Wyspą Bogów” miała wszystko — tropikalną przyrodę i niezwykłe krajobrazy, przyjaznych i otwartych mieszkańców, niezwykłą religię i tradycje Hindu.

Dzisiaj czarująca kultura zeszła na dalszy plan, a dla wielu nie ma pewnie żadnego znaczenia. Wyspa Bali stała się po prostu egzotycznym i przystępnym cenowo kierunkiem na wakacje, a jej magię buduje się dziś jedynie na wspomnieniu pięknych zwyczajów.

Rocznie wyspę odwiedza około pięciu milionów osób. W 2001 roku był to niecały milion. Bali jest przeludnione, tłoczne i zakorkowane. Jest brudne nieprawdziwe i… zagubione. To przykład raju utraconego. Wciąż wzmożone zainteresowanie wyspą nie pomaga jej „odpocząć” i dojść do ładu z samą sobą, a tego właśnie jej trzeba — pomysłu na to, jak poradzić sobie ze wciąż rosnącym zainteresowaniem. Wszystko wydarzyło się za szybko.

Pamiętajcie, że te niskie ceny usług koniec końców odbijają się na lokalnej społeczności, która zarabia grosze. Podobnie zresztą jak te wysokie, które z sympatycznych i uczciwych lokalesów potrafią zrobić nieprzyjemnych oszustów. Pamiętajcie, że te piękne wille schowane wśród pól ryżowych, czy hotele osadzone na wybrzeżu, zabierają piękno natury i wyrastają jak grzyby po deszczu bez większej kontroli, w miejscach, w których nie powinny się pojawiać. Te wszystkie tanie ubrania, gadżety, jednorazowe sztućce — to koszty, niskie pensje i śmieci.

Stwierdzenie, że rozwój turystyki pomaga mieszkańcom jest co najmniej mylące — ponad osiemdziesiąt procent inwestycji należy do inwestorów zagranicznych, którzy chcą zrobić na Bali dobry biznes.

Zastanówcie się, czy wasza obecność tam pomoże, czy raczej zaszkodzi. Wybór należy do was, a ten wybór będzie miał realny wpływ na przyszłość tej części świata. Ziarnko do ziarnka…

Na Bali byłam dwukrotnie (podczas podróży dookoła świata i na weekend), a w samej Indonezji cztery razy. Miałam okazję zobaczyć zarówno te najpopularniejsze miejsca z pięknych broszurek, jak i te znajdujące się zupełnie poza utartym szklakiem. Podróżowałam budżetowo, spałam w pięciogwiazdkowych kurortach, jeździłam samodzielnie skuterem oraz autobusem, z większą grupą. Zostałam zaproszona na prawdziwą ceremonię oraz na obiad u miejscowych. Nurkowałam, zwiedzałam parki, wioski i — centra handlowe. Jadłam na ulicznych straganach i w świetnych knajpach. Złapałam salmonellę, zbierałam śmieci na uprawie bananowców, zachwycałam się, a chwilę później rwałam włosy z głowy. Poniższe przemyślenia oparte są na moich własnych doświadczeniach.

Dlaczego uważam, że Bali jest do kitu

Turysta to pieniądz. I rządzi.

Na Bali każdy i wszystko ma wartość materialną. W każdej świątyni, w której przystanęłam, w małych miasteczkach czy nawet w lesie albo w górach, zawsze pojawił się ktoś, kto w spotkaniu ze mną widział interes. Nieraz sposób na wyciągnięcie pieniędzy był subtelny, a nawet chwytający za serce (wtedy odmówić najtrudniej), ale niestety częściej przejawiała się nachalność — zwyczajne starano się mnie oszukać. Bo wiecie: wstęp jest płatny, za taksówkę płaci się z góry (albo, licznik nie działa), droga jest zamknięta, coś kosztuje nie wiadomo ile, gdy w rzeczywistości warte jest jedną pięćdziesiątą podanej ceny. Powiecie, że targowanie się wpisane jest w codzienność, ale próby oszustwa budzą mój mocny sprzeciw. Na Bali turysta to zwyczajny dochód i nie ma to nic wspólnego z sympatią do drugiego człowieka. Działa to też drugą w stronę — przyjezdni nie zawsze traktują tuziemców z szacunkiem.

Bali jest brudne.

Zastanawiam się często, jak możliwe jest robienie tych wszystkich pięknych zdjęć miejscu, które jest jednym wielkim wysypiskiem śmieci? Niestety. Plastikowe butelki, worki foliowe, sparciałe opony, stare ciuchy i resztki jedzenia walają się wszędzie. Na Bali jest po prostu brudno. Krowy pasą się w odpadach, gdzie rosną drzewa owocowe, a te owoce lądują potem na naszych talerzach. Miejscowi wyrzucają wszystko „pod siebie” tak samo, jak robili lata temu, gdy śmieci się były eko — talerz z liścia, kokos z wodą kontra dzisiejsza półlitrowa butelka i jednorazówka podczas lunchu.

”Dobra” nowoczesności pojawiły się szybko, a edukacja nie nadarzą. Pomimo że rząd uczy już w kwestii produkcji i segregacji odpadów, przed społeczeństwem jeszcze daleka droga do pełnej świadomości. A wzmożony ruch turystyczny i nasza chęć, aby wszystko mieć ekspresowo tu i teraz, nie pomaga. Pamiętajcie, że Bali jest w sumie niewielką wyspą, którą odwiedzają miliony, a te miliony nie pozostawiają za sobą, jedyne śladów na piasku…

Ubud (nie) jest magiczne.

Przyznaję, że dałam się oczarować. Dałam się oczarować opowieści Elizabeth Gilbert, która w książce „Jedz, módl się, kochaj” maluje obraz zniewalającego miasteczka Ubud. Przyjechałam znaleźć dobrą energię, odetchnąć, odpocząć, zrozumieć siebie, a znalazłam… harmider, beton, huk i brud typowy raczej dla dużych, azjatyckich metropolii. Ubud to ryk silników, stos kiczowatych pamiątek, śmierdzące ścieki i rajskie rezydencje, w których wszystko jest jak z bajki. Małpy w Monkey Forest wzbudzają raczej niepewność niż sympatię, a na widok sławnych tarasów ryżowych chce się płakać — tłumy z aparatami zapatrzone w jedną stronę, a za plecami asfalt i fajans. Czy na Bali można znaleźć magiczne zakątki? Można. Wystarczy zamknąć bramę to jednej ze wspomnianych rezydencji…

Wyspę kochają imprezowicze.

Mimo że większości z nas Bali kojarzy się z wakacjami dla duszy, wyspa uwielbiana jest przez tych, którzy lubią zaszaleć. Niechlubny prym wiodą wśród nich Australijczycy i ich na Bali spotkamy najwięcej. W 2017 roku wyspę na wakacje wybrało niemal półtora miliona mieszkańców Asutralii, a wśród nich wielu tych, którym marzy się przede wszystkim balanga do rana, tanie drinki i łatwa dostępność innych środków odurzających. Bali znajduje się stosunkowo blisko Australii (niewiele jest takich miejsc), a loty są często tańsze niż te krajowe.

Na Bali po prostu opłaca się jeździć. I jeździ się robić wszystko to, czego nie zrobiłoby się we własnym kraju (jeśli nie oglądaliście nigdy telewizyjnego programy „What really happens in Bali”, nadróbcie; albo lepiej nie). Zresztą, nie tylko Australijczycy traktują Bali w taki spsosób. Brak szacunku do miejsca i jego mieszkańców, widać w zachowaniach przyjezdnych z różnych stron świata.

Widoki jak z pocztówek zniknęły.

Jeśli marzą wam się piękne, puste plaże, będzie rozczarowani. Na wybrzeżu zazwyczaj ustawione są kurorty, więc z intymności nici. Jeśli natomiast uda się znaleźć coś poza utartym szlakiem, zazwyczaj zasypane będzie śmieciami, a nie gładkim piaskiem. Podobnie bywa w lasach, gdzie pod koronami drzew dojrzeć można różnego rodzaju resztki, czy wśród pół ryżowych i w drodze na wulkan. Cywilizacja bezmyślnie niszczy przyrodę zarówno w widoczny, jak i w niewidoczny sposób.

Sześćdziesiąt procent wody na Bali konsumowane jest przez sektor turystyczny. Według różnych szacunków, przy tak szybkim rozwoju wyspy już w 2020 pitnej wody na Bali zabraknie. Na nic tropikalny klimat i bogata, wulkaniczna gleba. Popyt jest zbyt duży. Każdego roku setki hektarów ziemi zajmowane są przez nowe hotele, a produkcja śmieci przeraża — z piętnastu tysięcy metrów kwadratowych śmieci produkowanych rocznie, tylko połowa poddawana jest recyklingowi. Wyspa marzeń to też niekończące się korki, a co za tym idzie zanieczyszczenie powietrza.

Architektoniczny nieład nie ma uroku.

Zdobne świątynie, starannie zaprojektowane rezydencje, które wtapiają się w otoczenie, kurorty w najnowszym stylu, z pięknymi basenami. Tak, to wszystko da się znaleźć na Bali. Zaraz obok betonu, neonów, dizajnerskich puzzli, które nie mają ani składu, ani ładu. Architektoniczne regulacje, mimo że napisane na papierze, nie przekładają się na projekty. Wszędzie chce się wcisnąć więcej i więcej, bo przecież przyda się kolejna noclegownia, knajpa, sklep, SPA, bo przecież przyjadą turyści. I tak powstają te obwieszone kiczowatymi banerami szkarady, na które żal patrzeć. Nijak nie pasują na Wyspie Bogów.

Kuchnia może zachwycić. Bali Belly wręcz przeciwnie.

Czy jest coś, czego warto spróbować na Bali? Tak. Kuchnia Bali potrafi zachwycić, ale warto pamiętać, że często niewiele ma wspólnego z lokalnymi tradycjami. Dziś dania z innych indonezyjskich wysp mają tu swoje odpowiedniki i widać także zachodnie wpływy. Niestety, z powodu niskiej dbałości o higienę i wysokich temperatur na Bali łatwo o zatrucia, więc restauracje czy uliczne jedzenie trzeba wybierać bardzo ostrożnie. O tzw. „Bali belly” słyszeli chyba wszyscy podróżujący w te strony, a przypadłość ta to nieprzyjemny rozstrój żołądka i rozwolnienie. Uwaga także na popularną salmonellę — złapałam podczas pierwszego wyjazdu do Indonezji i tylko dlatego mocno przestrzegam!

Na balijskiej kulturze zawieszono metkę z ceną.

Już kilka razy wspomniałam o tradycjach, bo hinduizm balijski to to, co zachwyciło przed laty podróżników i rozbudziło chrapkę na Bali. Wciąż jest praktykowany, a tuziemcy są głęboko natchnieni i wierzący, jednak opakowali swoje zwyczaje w kartonik dla turystów. Różnorodność, magia, natchnienie — to wszystko, co głębokie i fascynujące, skończyło jako girlandy kwiatów, które wiesza się na szyi przyjezdnym. Co z tego, że pięknie pachną, jeśli niewiele mają w sobie prawdy. Intrygująca religia, która rozbudziła wyspę, przegrywa obecnie z kapitalizmem.

Indonezja to nie tylko Bali. Po naturę można jechać na Flores. Po codzienność — na Sulawesi — a zapachy i smaki znajdziecie na Wyspach Korzennych. Jest także pełna kultury Jawa, podwodny świat Raja Ampat, niezwykła fauna i flora Sumatry czy Borneo.

Jedziecie na Bali? Zróbcie to mądrze. I świadomie.

O swoich uczuciach do Bali pisała też kiedyś Magda w liście „Nie kocham Cię Bali”.

Jakie jest Bali waszych marzeń?

Poczytaj o innych miejscach w Indonezji:

Zachwyty na Sulawesi

Flores w podróży dookoła świata

Zapachy Wysp Korzennych