Emigracja to mnóstwo wyrzeczeń. To z jednej strony spełnione marzenia, z drugiej marzenia pogrzebane. Dla mnie, od 7 lat — lekcja. Dużo rozmyślałam o samotności i tęsknocie, ocierając łzy. Jednak, mimo że serce rozsypuje się czasem w drobny mak, wciąż tu jestem, wdzięczna za bezcenne doświadczenie. Dzięki emigracji jestem dzisiaj taka, jaka jestem. Mądrzejsza. Odważniejsza. Bardziej świadoma. Emigracja robi dobrze, czasem tylko trudno to dostrzec, gdy dopadnie nostalgia, a pod nogi lecą kłody.

Moje własne decyzje i ja

Decyzja o przeprowadzce była łatwa, kierowały nią uczucia. Ale była też łatwa dlatego, że pół roku wcześniej wyjechałam w samotną podróż dookoła świata, więc wątpliwości zdążyłam przerobić z wyprzedzeniem — wtedy było cholernie ciężko, a proces decyzyjny trwał dobrych parę miesięcy. Rozkładałam puzzle egzystencji na pojedyncze kawałki, ważąc sumy za i przeciw.

Postanowienie było moje. Wybór drogi życiowej był mój. Odpowiedzialność była moja. Strach też był mój. Nie było aplauzu otoczenia, wręcz odwrotnie. Ale był wewnętrzny aplauz, to najistotniejsze.

Już sama decyzja o emigracji buduje ciebie samego. Bez względu na to, czy skończy się emeryturą po sąsiedzku z kangurami, czy niespodziewanym powrotem do Polski.

A potem przychodzą kolejne decyzje, które zdane są tylko na nas. Stajemy się znacznie bardziej sprawni w ich podejmowania. W końcu trening czyni mistrza.

Dzisiaj, postanawianie czegokolwiek przychodzi mi sprawniej, analiza plusów i minusów przebiega lepiej, a strach związany ze spadaniem w nieznaną przepaść prościej opanować niż kiedyś. Dzisiaj bycie sobą przychodzi mi łatwiej niż kiedyś.

Lepsza odporność na frustracje i optymizm

Podobnie jest z frustracjami. Na samym początku jest fascynacja tym wszystkim, co nowe. Może się wydawać, że tak zostanie, bo przecież nie emigrujemy, uciekając przed wojną, biedą, tylko wyjeżdżamy otwarci, radośni. Jednak, w pewnej chwili przychodzi frustracja. Frustracja pracą/jej brakiem. Frustracja niezrozumiałymi zachowaniami otoczenia. Frustracja brakiem bliskich (i pierogów). Frustracja własnym akcentem.

Frustracji jest cała lista i ta wciąż rośnie, niepodziewanie dopisując nowy punkt.

Nie ma nic dziwnego w tym, że nas dopadają (te frustracje). Że coś na wkurza. Że mamy dość. Że czegoś nie rozumiemy. Szczególnie na emigracji. Że poczucie samotności ciągnie nas na dno. Badania potwierdzają zresztą, że emigranci są ponad dwukrotnie bardziej narażeni na depresję niż ogół populacji (pamiętajcie, żeby prosić o pomoc, gdy coś wyrzuci was na zakręt).

Najważniejsze jest jakoś się w tych frustracjach odnaleźć, czy to samemu, czy z pomocą psychologa. Słuchać siebie. Nie planować wspinaczki na szczyty, których nie da się zdobyć bez dobrych butów. Zrozumieć, że emigracja to nie życie w krainie jednorożców i że nie ma w tym nic złego, bo nadmiar różowego drażni.

Nie zawsze jest mi dobrze i zaakceptowałam już, że emigracja była, jest i będzie dla mnie sinusoidą emocji. Nauczyłam się słuchać siebie. Dawać sobie przestrzeń na leżenie w łóżku przez cały dzień, gdy czuję, że nic nie czuję. Dawać sobie kopniaka na rozpęd, gdy nastrojowo jestem na fali. Zdecydowanie trudniej wyprowadzić mnie z tej wewnętrznej równowagi czy zniechęcić. I, mimo że pesymistyczne myśli biorą czasem górę, nigdy wcześniej nie byłam, aż taką optymistką, jak jestem dziś.

Łatwość przekwalifikowywania się i zawziętość

Zmiana ścieżki kariery zawodowej często przeraża, nawet optymistów, ale mnie już chyba nie. Co więcej, to nawet kręci. Kręci mnie uczenie się nowych rzeczy, poświęcanie czasu na zrozumienie nieznanych mi dotąd zawodów, stawianie wyzwań. Dwa kroki wprzód, jeden w tył. Ok, nie oszukujmy się, to też czasem frustruje, ale jednocześnie pozwala patrzeć inaczej na pracę i ten zawodowy rozwój. Bo kto powiedział, że w życiu trzeba robić tylko jedną rzecz? Że nie można próbować, przekonywać się, zmieniać zdania?

Gdy przyjechałam na ten koniec świata, przekonana byłam, że szybko znajdę zatrudnienie w produkcji telewizyjnej. Przecież niemal 7 lat na etacie w mediach to dobry bagaż doświadczenia! Niestety okazało się, że niewiele mi tu z tego polskiego doświadczenia, bo nikt sobie z niego nic nie robi. Zawodowe kroki wstecz doprowadziły mnie do kawiarni, do baru, potem do działu marketingu i zdalnej pracy w mediach społecznościowych. Uwielbienie do opowiadania historii i zawziętość w prowadzeniu tego bloga, do napisania książek. Ciekawość świata i miłość do podróży, pozwoliły spróbować sił w prowadzeniu własnego biznesu. Jestem elastyczna jak nigdy!

Jasne, że się boję, ale nie na tyle, żeby nie spróbować. Jasne, że miewam dość, ale…

Okazuje się, że emigracja zmusza do bycia innowacyjnym, pcha i daje odwagi. Emigranci chętnie otwierają biznesy i chętnie się uczą. Chętnie ryzykują. Może dlatego, że nie mają wyjścia, ale ten, kto nie ryzykuje, nie pije szampana.

Ciągła nauka i próba zrozumienia

Podobnie jak z pracą jest z językiem i zrozumieniem kultury. Angielski (a może powinnam powiedzieć australijski) nigdy nie będzie moim pierwszym językiem i wątpię, że kiedykolwiek będę miała w nim taką swobodę wyrażania się, jak w języku polskim. Ta „niedoskonałość” nie raz doprowadziła mnie do łez i do tego wewnętrznego zamknięcia. Pytanie „A skąd ten akcent?” wkurwia ogromnie. Zirytowana chcę odpowiedzieć, że z Brisbane, ale nie robię tego, bo akcent jest polski. Staram się sama sobie przypominać, że to atut, że to coś, co mnie wyróżnia, że przypomina o drodze, jaką przeszłam, ucząc się drugiego języka i wyjeżdżając na koniec świata. Jednocześnie, dokształcam się — czytam po angielsku, oglądam filmy po angielsku, robię dodatkowe kursy.

Zgłębiam też z zainteresowaniem historią kraju, w którym mieszkam, podwaliny teraźniejszości i samą teraźniejszość. Czasem wiem chyba więcej niż tuziemcy. Jestem ciekawa tego świata i to już ze mną zostanie. Myślę, że to bardzo ważne, aby zrozumieć obyczajowość miejsca, w którym się żyje. Nie trzeba w to ślepo wchodzić, nie trzeba przyklaskiwać, ale trzeba poświecić chwilę na zdobycie wiedzy.

Australijska kultura mogłoby wydawać się dość zbliżona do polskiej, ale są drobnostki, chociażby ta nieznajomość bajek z dzieciństwa czy reklam, które utykają w głowie na lata, które nie pozwalają się pośmiać przy piwie, w gronie nowych znajomych. Drobnostki, które otwierają różne drzwi. Wiedza pozwala poczuć się jak u siebie, a to tak bardzo ważne.

Sentyment do polskości i zdrowa duma

Bycie emigrantem i dystans wobec Polski sprawia też, że bardziej docenia się to, co polskie — nasze tradycje, naszą kuchnię, naszą przyrodę czy charakter. Pamięć bywa wybiórcza i z czasem pozostawia cudowne wspomnienia. To dobrze.

Gdy przeprowadziłam się do Australii, byłam zaskoczona uwielbieniem Polonii do tańców ludowych. W samym Brisbane mamy dwa zespoły, które zasuwają Kujawiaki i Oberki w zdobnych strojach! Wciąż nie ma we mnie zachwytu, nie do końca kumam, ale nieco bardziej rozumiem — jako emigranci mamy potrzebę określenia swojej przynależności kulturowej.

Gdy gdzieś pokazują polski film — pędzimy. Gdy jest koncert polskiego muzyka — chcemy posłuchać. Po powrocie z podróży mamy ochotę na kotleta z ziemniakami i mizerią oraz zupę pomidorową. A jadąc co Polski, stajemy się zachwyconymi turystami! Bo te miasta takie ciekawe, plaże ładne, lasy wciągające.

Lubię opowiadać o Polsce moim znajomym z różnych stron świata. To budzi ich ciekawość. Mnie daje radość i to coraz większą.

Nowi/starzy znajomi, tacy sami ludzie

Kwestia znajomości i przyjaźni również była wyzwaniem. Gdzieś tam daleko zostali ci, z którymi człowiek „robił te wszystkie głupie rzeczy” i leczył złamane serca. Niektóre przyjaźnie trwają, inne obudziły się znikąd, a pozostałe przepadły. Z czasem zaczynasz czuć, kto jest i będzie, ale też dla kogo ty jesteś i będziesz. Grono ważnych ludzi bardzo mocno się określa. I wyciskasz każdą kropelkę z momentów, które dla sobie macie — rozmowy przez telefon są tak bardzo szczerze, a chwile spędzone razem tak bardzo docenione.

Poznawanie nowych osób na emigracji jest wyzwaniem. Przynajmniej dla mnie było. Najpierw zamknęłam się w swojej twierdzy, twierdząc, że z nowych przyjaźni nici. Potem rzuciłam się z otwartymi ramionami na wszystkich, obrywając za naiwność i wyciągając wniosek, że wszędzie są dobre dusze i dranie. Wreszcie wyczułam balans. Nie mam w Australii ogromnej grupy pobratymców, ale jest wokół kilka osób bardzo bliskich mojemu sercu. Te kilka wystarczy.

Z czasem zrozumiałam, że my, ludzie, wszędzie jesteśmy tacy sami. Jednocześnie, zrozumiałam, że wszyscy jesteśmy inni. Znów wraca ciekawość — tym razem do drugiego człowieka. Nie dziwi inny język czy strój, nie szokuje uroda, nie straszą nieznane wierzenia. Koniec końców wszyscy robimy zakupy w tym samym supermarkecie.

Tak, emigracja robi dobrze. I tak dużo uczy

Mnie nauczyła jeszcze bardziej lubić siebie i szukać. Nauczyła odważniej decydować o swoim życiu, bo mam to szczęście, że mogę decydować! Pomogła ustalić priorytety. Nauczyła panicznie się nie bać i lepiej radzić sobie w popłochu. Nauczyła ciekawości. Minimalizmu, bo po co mi wiele, jak zaraz wszystko może się zmienić?! Doceniania chwil, które są tu i teraz. 

Ten tekst będzie miał drugą część.