Jak się w tym wszystkim mam? Nie wiem. Każdego dnia dochodzę do chociaż jednego nowego wniosku, jednocześnie gubiąc sens wcześniejszych. Boję się, bo codzienność udowadnia coraz dosadniej, jak bardzo jest nieprzewidywalna. Z drugiej strony widzę czasem drobne pozytywy, wierząc, że to wszystko minie. Minie, bo wszystko w końcu mija. 

Chwilę potem wracam do początku, zalana strachem, jak ten gość na ławce w piątkowe popołudnie.

Budzę się rano ze świeżą głową, z tym chwilowym, miłym przekonaniem, że to się przecież nie może dziać. Wyglądam za okno. Jest spokój. Jest tak… zwyczajnie.

Tylko, że świat turla się z górki od tygodni, nabierając tylko rozpędu.

Tak szczerze, nie zmieniło się dla mnie wiele. Bycie w domu, gdy jestem w Brisbane, jest normą. Tak samo, jak relacje na odległość czy dokarmianie wewnętrznego introwertyka samotnością.

Pracę zdalną przy kuchennym blacie, na kanapie, z kijowym internetem mam opracowaną niemalże do perfekcji. Tylko teraz nie mam pracy. Dla mnie tak samo, jak dla wielu innych, to nie jest obawa przyszłości, a teraźniejszość. Nie oszukuję się, myśląc, że ludzie szybko wrócą do podróży, szczególnie tych dalekich jak Australia. Nie wrócą, bo nie będzie ich na to stać i będą bali się wypuścić nieznany świat. Moje ambitne plany i marzenia rzeczywistość weryfikowała już zresztą od długiego czasu, ale o tym innym razem.

Co dalej zawodowo? Jeszcze tego nie wiem. Myślę. Wypatrują znaków. I między innymi dlatego piszę ten tekst, żeby harmider w głowie nieco ustał.

Zaczynanie od początku nie jest dla mnie nowością, choć oczywiście zawsze przeraża na początku. Odrazu włącza mi się ten nerwowy odruch ruszania szczęką.

Przeprowadzka do Australii to ogromna lekcja, którą odbywam od 7 lat. Zmienianie branż, kombinowanie, czym się teraz zająć i przyuczanie się do nowych obowiązków — przeszłam przez to wszystko już kilkukrotnie, a śladów na kolanach, które zdarłam wielokrotnie, nie zliczę. Ale wiem też, że nie utonę. Pewnie tylko nieco schudnę, bo w stresie jem niewiele. Nie lubię się nim dzielić, a może to on woli mieć mnie tylko dla siebie?

Tak. Emocje i lęki trzymam w sobie. Niestety. Tu znów przychodzi na ratunek pisanie. Przelewanie emocji na papier przychodzi mi dużo łatwiej niż potok słów. Ale może czas to zmienić?

Lubię ludzi, tylko, że w małych dawkach. Od grupowych spotkań dystansuję się na tyle skutecznie, że coraz rzadziej ktoś, gdzieś nas zaprasza. Nie ubolewam. Wolę wieczór przy winie z bliskimi niż harmider w barze. Nie martwi mnie więc ich zamknięcie.

To całe „zachowywanie dystansu” też mi nie przeszkadza. Oswoiłam swoje własne towarzystwo już dawno temu i to z własnego, a nie czyjegoś wyboru. I, mimo że często jestem (byłam) w drodze, lubię być w domu. Sama.

Nie znaczy to, że społecznie nie uschnę. Uschnę, bo każdy z nas potrzebuje ludzi, nawet w tych małych dawkach.

Ograniczone kontakty z najukochańszymi to coś, co musiałam zaakceptować, decydując się na zamieszkanie w Australii. Zaakceptowałam, ale nie znaczy to, że część mnie bezustannie nie więdnie z tęsknoty. Nie spotykam się na niedzielne obiady, nie bywam na imprezach urodzinowych, nie chadzam na wspólne spacery, nie ma mnie fizycznie wtedy, gdy fajnie byłoby, gdybym była. Ale mnie nie ma, bo jest 14 tysięcy kilometrów dalej.

Internetowe rozmowy i swobodę w nich mam opracowane do perfekcji. Moi bliscy również. Gotuję — dzwonię do mamy, opieram telefon o ścianę i zerkam na ten mały obrazek, gdzie widać jej twarz, podczas krojenia cebuli. Łzy lecą czasem, ale nikt nie musi wiedzieć, czy to od cebuli, czy nie. Nawet ja. Siadam do porannej kawy i sprawdzam, kto jeszcze nie śpi, albo to ja dołączałam się do koleżanki, na śniadanie i popijam gin z tonikiem.

Ten ważny fragment mojego życia od lat, jakby nie patrzeć, toczy się przez internet. 

Dziś jest jednak wielka różnica.

Na pytanie o to, czy nie boję się jechać sama w podróż dookoła świata, odpowiadałam — zawsze mogę wrócić. To samo z emigracją, na własne myśli o tym, “a co będzie jak”, odpowiadałam sama sobie — zawsze mogę wrócić.

To tu jest dziś mój największy strach.