Gdyby ktoś te sześć lat temu powiedział mi, że Sam będzie moim mężem, odpowiedziałbym, że wiem, że będziemy razem. Przecież w przeciwnym razie całe to zamieszanie nie miałoby sensu, prawda?

Szybka i pewnie nie do końca wtedy przemyślana, przeprowadzka do Australii. Kto myśli, gdy endorfiny uderzają w odpowiednie punkty? Zachwyty wszystkim co wokoło. Nie da się ukryć, że Australia onieśmiela, przynajmniej przy pierwszym poznaniu.

Do tego łzy i rozdarte serce, bo tyle zostało za pasem. Tysiące kilometrów stąd. Gorycz. Zrozumie to tylko ten, który z miłości zostawia to, co kocha. Miłość za miłość. O ironio.

Te siedem lat temu

Poznaliśmy się podczas mojej samotnej podróży dookoła świata. Podróży, która nie była poszukiwaniem drugiej połówki, ale była najlepszym, co w życiu zrobiła (i 7 lat później wciąż tak twierdzę). Kilka skrzyżowanych ścieżek, przypadkowych spotkań i rozmów, które przybliżyły nas do celu. Kilka mądrych decyzji, kilka odważnych, kilka głupich, kilka szalonych.

I wreszcie jesteśmy tu — na ślubnym kobiercu. Dokładnie sześć lat i cztery miesiące po:

I’m Julia.

Sam. Nice to meet you.

Pierwsze wspólne zdjęcie. Styczeń 2013, Nowa Zelandia

Kibicowało nam wielu, ale pewnie niewielu wierzyło, że to się uda, czyż nie? Bo czy historia jak z bajki, mas szansę na bajkowy happy end?

Też miewaliśmy wątpliwości. Nieraz wracają. Naprawdę są tacy zakochani, którzy ich nie mają?! Nie wierzę.

Jak to jest kochać

Każdy związek to wyzwanie. Codziennym wyzwaniem jest też nasz. Niezgody, fochy, nieporozumienia. Trzaskanie drzwiami, a nawet pakowanie walizek. Pocałunki o poranku, odgadywanie myśli i marzeń, wsparcie, przyjaźń, dzielenie małych i dużych radości.

I to poczucie, że stajesz się lepszą osobą, dzięki tej drugiej osobie. Jednoczesne poczucie, że dajesz, a nie tylko bierzesz. Dzisiaj myślę, że dopóki tak będzie, będzie istniało „my”.

Po co komu ślub!

— Julia i Sam, ogłaszam was mężem i żoną — słowa Pani Agnieszki zagłuszyły nieco szczere brawa naszych najbliższych; z nieba posypał się ryż.

Odrazu zrobiło się cieplej.

Nie myślałam, że zostanę żoną. Kiedyś już miałam to w planie, ale nie wyszło. Idea ślubów i wystawnych wesel nie idzie w parze z moją osobowością.

Ślub połączony z polskim weselem był za to zawsze w głowie mojego męża.

Nie będę ukrywać, że ta różnica poglądów podzieliła nas i długo zajęło nam, żeby połączyć się na nowo. Uroczy okres narzeczeństwa wspominamy jako okres przepychanek na temat tego, jak będzie lub też jak nie będzie wyglądał nasz ślub. W końcu stanęliśmy pod ścianą, bo zaczęło to prowadzić donikąd, a napięcie narastało niebezpiecznie.

Okazało się, że obydwoje chcieliśmy tego samego — być szczęśliwi. Ze sobą. Ze sobą nawzajem i z samymi sobą.

Szczera rozmowa miała miejsce w odpowiednim miejscu i czasie, a jej efekty zabrały nas we wspólną podróż. Dojrzeliśmy do podjęcia decyzji, a wspomnienie jej podjęcia łączy się z poczuciem ogromnej ulgi. Kamień spadający z serca, odciążający wszystkie przeciążone komórki — stało się. Bo najgorzej jest tkwić w tym samym punkcie, biegać w kółko jak chomik w kołowrotku. Człowieka rozdziera i leje się niewidoczna krew.

Miejsca i ludzie

Znaleźliśmy miejsce, starą stodołę. Miejsce, które w jakiś zagmatwany sposób odzwierciedla nasze osobowości i podejście do życia, a fakt, że Folwark Ruchenka znajduje się w regionie, skąd pochodzili moi pradziadkowie, dodał wyjątkowości. 

Folwark Ruchenka

Wiedzieliśmy, kogo chcemy zaprosić. Nie było nawet dyskusji „bo wypada” czy „nie wypada”. I to tyle, żadne inne rzeczy nie były ważne. Wiadomo było gdzie i z kim. To przecież wszystko, czyż nie?

Wesele po naszemu

Weselne stroje stały się przygodą, gdy postanowiliśmy odwiedzić przyjaciół w Wietnamie i tam znaleźć krawca (dzięki Aga za wsparcie), tort weselny spadł na barki najlepszych kucharzy w rodzinie (dzięki tato i siostro), a kwiaty poszły w ręce przyjaciółki (dzięki Kasiu).

Australijskim akcentem było balia zimnego piwa i wino Jacob’s Creek, którego zapas odebrałam od przedstawiciela pod warszawskim Pałacem Kultury (dzięki ekipo). Co to za stres jeździć po mieście z bagażnikiem pełnym szklanych butelek — chyba największy w tej całej organizacji.

Niepotrzebne napięcie związane z podejmowaniem decyzji wyeliminowaliśmy, zdając się na rekomendacje. Trochę z przymusu, bo mieszkając w Australii, nie mieliśmy innego wyjścia, a trochę z wyboru, żeby ułatwić sobie życie. Profesjonalne dobre duszki zrobiły swoje.

Do „naszej” stodoły dotarliśmy po raz pierwszy na trzy dni przed ślubem, a w drodze wybraliśmy piosenkę na pierwszy taniec.

Looks like we made it
Look how far we’ve come, my baby
We mighta took the long way
We knew we’d get there someday
.

Odkryliśmy, że Shania Twain wyśpiewała naszą historię.

Na miejscu było tak, jak miało być — poczuliśmy się jak w domu (a nawet jakby było inaczej, na zmiany było za późno). Usiedliśmy przy kuchennym stole. Miała być kawa, ale zabrakło mleka. Szczęśliwie to my mieliśmy jedno w bagażniku. Zapoznawcze spotkanie z gospodarzami, Leną i Marcinem, przeciągnęło się, a z miłej pogawędki o życiu (nie o ślubie) przebudził nas niespodziewany deszcz.

W to czwartkowe popołudnie

Majowa pogoda przebudziła wszystkich także w dzień ślubu — nie pytajcie nawet o wiatr. Tylko że pogoda to jeden z tych aspektów, na który nie mamy żadnego wpływu, więc zwyczajnie się tym nie przejęliśmy. Tylko kupiliśmy 20 koców, więcej wódki i uprzedziliśmy naszych gości — ubierzcie się ciepło.

Nie było scenariusza imprezy. Były za to falstartowe pocałunki. Wygodne trampki zamiast obcasów. Siostrzenica w podskokach rzucająca (dosłownie) kwiaty. 11-letni siostrzeniec, który w dwa tygodnie nauczył się Marsza Weselnego, żeby dać prywatny koncert.

A potem tata zerwał się z krzesła, żeby poprowadzić mnie do ołtarza, bo miałam niby wyglądać tak samotnie. Był ryż sypiący się z nieba, uściski i łzy.

Tańczyli wszyscy, nawet ci nietańczący, bo mama kazała tańczyć przy Queenach i już. Były też spontaniczne oczepiny — o zgrozo pomyślą ci, którzy nie lubią wesel (czytaj — ja). Ale wszyscy domagali się rzutu bukietem, więc były. Toasty i głupawe przyśpiewki zrodziły się samoistnie wraz z hulankami na stole. A na każde „gorzko” odpowiadaliśmy namiętnie. I świetnie się przy tym bawiliśmy. Pewnie dlatego, że nic nie działo się na siłę.

Był luz. Całkowity luz, bo postanowiliśmy być sobą. Zero udawania. Zero teatrzyków. Zero stresu.

No dobra, trochę stresu było. Nie da się go uniknąć w ważny dzień, ale i stres w zdrowych ilościach czasem jest potrzebny.

Czy było idealnie?

Nie, nie było idealnie. Jeszcze rano wzięłam antybiotyk i jakimś cudem po trzech dniach milczenia odzyskałam głos. Wszyscy przemarzli (popatrzcie tylko na moje gołe plecy). Zapomnieliśmy ginu i whisky z domu, a placki ziemniaczane nie były smaczne. Ktoś narzekał na muzykę. A ktoś inny pewnie na coś innego, na szczęście nie do nas. Cóż, ważny jest balans.

Czy coś byśmy zmienili?

Nie. Bo wesele nie musi być idealne. Wesele powinno być prawdziwe.

To czwartkowe popołudnie spędziliśmy w wymarzonym towarzystwie. Na obecności każdej osoby bardzo nam zależało. Dziękujemy, że byliście.

Chcielibyśmy to przeżyć jeszcze raz.

Naszą historię w kadrach zatrzymała niezastąpiona Magdalena Piechota.