Ten rok wciągnął mnie w ciemną norę przyjemniej dwukrotnie, chociaż czuję, że gdy wpadnę w rytm tego tekstu, lista okaże się dłuższa. Jak większość przepadłam na przełomie lutego i marca w labiryncie koronawirusowych wiadomości. Bo nieznane, bo przerażające, bo nieprzewidywalne. Zamiast przeczytać raz — brnęłam. Wiadomości 24h: telewizja brzdękała w tle, a mój wzrok, moje dłonie nie odrywały się od ekranu. Czułam, że muszę wiedzieć non stop, a wystarczyłoby wiedzieć raz na jakiś czas. Czułam, że muszę znać sytuację dwóch światów — tego mojego tu, w Australii i tego mojego tam, w Polsce.

– „Świrujesz” – mówił mój mąż, a ja na bieżąco wyłapywałam statystyki.

A potem czułam się zobowiązana podzielić australijską sytuacją z wami. Spirala nie wyprostowała się, bo zmądrzałam, bo poczułam, że to zakrawa na szaleństwo. Wszyscy w pewnym momencie wyluzowali, odpuściłam i ja. Znalazłam balans.

Teraz Strajk Kobiet. Pandemia w Europie bawi się w najlepsze, a genialni stratedzy postanawiają przyciąć odrobinę ludzkich praw. Bo czemu nie!? To dla mnie ogromnie emocjonalne z wielu powodów; nie o wszystkim jestem gotowa mówić głośno sama przed sobą i przed wami.

Na dziesięć kobiet w moim otoczeniu, powiedzmy dwie miały takie „książkowe” ciąże i porody. Reszta: poronienia, terapie hormonalne, inseminacje, zabiegi in vitro, ciąże zagrożone, terminacje ciąży z powodu ciężkich wad płodu, komplikacje po. To się dzieje „tu”, a nie „gdzieś tam”. Pierwszy raz w życiu obudził się we mnie potencjał aktywistki, pierwszy raz angażowałam się w realizację protestu tu, na końcu świata, pierwszy raz brałam w jakimkolwiek udział.

Nie spałam potem trzy noce, a wszystko odbiło się na moim zdrowiu. Znowu — czułam, że muszę wiedzieć non stop, że muszę działać. Utknęłam w sieci kanałów społecznościowych. Wszystko inne odeszło na dalszy plan.

Co teraz? Wybory na prezydenta USA.

Martwię się o świata, jak bardzo górnolotnie by to nie zabrzmiało. Wszyscy powinniśmy się martwić.

Social Dilema czy coś więcej?

Wczoraj wieczorem obejrzałam wreszcie dokument Social Dilema, który na Netflixie pojawił się kilka miesięcy temu. Dla równowagi bycia całą sobą w social mediach nie korzystam z Netfilxa (tudzież innych, podobnych platform). Miałam też poczucie, że przecież Social Dilema niczym nie nie zaskoczy, bo pracuje w marketingu internetowym, społecznościówkach, w mediach od 15 lat, znam te mechanizmy.

I tak — film niczym mnie nie zaskoczył. Mam to wiedzę. Jednak po pisaniu tego tekstu widać, że zmusił do refleksji. A może zmusił do refleksji tak bardzo, właśnie dlatego, że tak dobrze znam te mechanizmy?

Na telefonie od kilku już lat nie mam aplikacji Facebooka, tylko Messengera. Dzisiaj wykasowałam też Twiter. Wystarczająco dużo czasu spędzam dziennie przed ekranem komputera (tu dzieje się moje życie zawodowe), aby sprawdzić statusy, czy podrzuć australijskiego newsa. Nie muszę mieć wszystkiego pod ręką non stop. Instagram? Jest dla mnie narzędziem pracy, narzędziem, którego funkcjonalność nie pozwala na przeniesienie na większy ekran. Zostaje. Gdy jestem w drodze i czuję, że bycie z wami, czytelnikami bardziej na bieżąco może się przydać, rozważam czasową instalację na telefonie.

Korzystam też z funkcji ograniczenia czasu użytkowania aplikacji na telefonie, jaką oferuje iPhone.

Powiadomienia? Te u mnie prawie nie funkcjonują. Jedyne włączone powiadomienia to mail i smsy. Chociaż maile tylko prywatne, nigdy firmowe.

Telefon nie leży przy łóżku. Na stałe już przeniosłam ładowarkę do salonu i tam go zostawiam przed snem.

Bardzo was namawiam – spróbujcie.

Pracuję nad nawykiem picia kawy i jedzenia śniadania z książką lub ciekawym magazynem.

Oraz nad nawykiem pisania, gdy głowa jeszcze świeża.

Zauważyłam, że przestałam robić to, co kocham najbardziej.

Przestałam pisać. Przestałam robić to, co daje mi życiową równowagę i poczucie spełnienia. Czuję, że osiągam coś, gdy palce stukają w klawiaturę, starając się nadążyć za myślami. Czuję też, że właśnie wtedy się oczyszczam. Ze złych myśli, z zagubienia, z tęsknot. I, że dają od siebie coś wartościowego.

W tym roku znalazł się dobry pretekst, podświadomie pozwalał się usprawiedliwiać – „O czym mam pisać, gdy nie można podróżować?!”. Przecież podróże to tak ważny element moje codzienności, pisarski kręgosłup, którego nagle nie ma.

Ale przecież to nie same podróże są tym, o czym opowiadać kocham.

To emocje. To ludzie. To spostrzeżenia. A te potrafią być ważne i ciekawe nawet z perspektywy mojego tarasu.

Rozglądam się, zawodzę oczami z lewej do prawej — na niebie nie ma żadnej chmurki. Idealny błękit Australii. Delikatna bryza zawiewa od wschodu, ważki ścigają się motylami, które muszę być teraz w sezonie, bo są ich dziesiątki. Szumią palmowe liście, a za nimi, gdzieś tam w tle szumi autostrada. Zamykam na chwilę oczy i przez nos głęboko wciągam to już prawie letnie, a jednak porannie wciąż rześkie powietrze. 

Emocjami już się z wami podzieliłam. 

Zamykam komputer. Idę na kawę.