Byłam przekonana, że to koniec tych męczarni. Przez 300 kilometrów szutrowej trasy biegnącej przez Terytorium Północne, wytrzęsło mnie jak nigdy wcześniej.

— Darmowy zabieg na cellulit — zaśmiał się Sam, patrząc na moje trzęsące się jak galareta uda, ale mi nie było do śmiechu.

Droga z Burketown do Borroloola, fragment sławnej Savannah Way, to męczące flaki z olejem. Nudny krajobraz, nawierzchnia, która szkodzi zarówno autu, jak i twojemu zdrowiu psychicznemu, i masa lepkiego, pomarańczowego kurzu.

Na Savannah Way, na Terytorium Północnym

Myślałam, że gorzej być nie może, ale dwa dni później okazało się, że byłam w błędzie. Jechaliśmy do Lorella Springs. Równie. Dziurawą. Ścieżką. Szczęśliwie, na końcu czekała nagroda — zimne piwo — co prawa kiepski XXXX, ale w takim miejscu smakował jak browar roku.

Wjazd na ranczo

Przygody na ranczu Lorella Springs

Lorella Springs Wilderness Park to ogromne gospodarstwo, znajdujące się na Terytorium Północnym. W określeniu ogromne nie ma odrobiny przesady, bo ranczo zajmuje ponad 400 tysięcy hektarów, czyli, dla porównania, niemal połowę województwa opolskiego. Tak, tak, Australia to gigantyczny kraj. Te nietknięte tereny są dostępne dla podróżników, żądnych przygody. 25 kilometrów wybrzeża, rzeki i strumienie, mokradła, ciepłe i zimne źródła, wodospady i dzika zwierzyna (w tym krokodyle różańcowe, więc trzeba mieć się na baczności).

Piękne plaże i całkowity zakaz kąpieli

W recepcji (oprócz piwa) przywitał nas ciekawski emu, który zrobiłby wszystko, aby wykraść nam jedzenie z bagażnika. Były też kury, cielak i paw. Sam dzielnie stanął na straży. Z głośników dudniły najnowsze przeboje, a zmęczeni wędrowcy odpoczywali w pobliskim barze. Dołączyliśmy do nich, zbierając siły na kolejny dzień.

To taka mała oaza na tych pustkowiach, gdzie można zjeść steka, łyknąć czegoś o temperaturze niższej niż „pokojowa”, uzupełnić zapasy jedzenia (jest fasola w puszce, Vegemite i zupki-zalewajki) oraz zapasy paliwa (chociaż kosztuje $3Aud za litr) i wziąć gorący prysznic (co na Outback jest rzadkością).

Małe przyjemności

Słyszeliście kiedykolwiek o „donkey shower”, czyli… „oślim prysznicu”? Najpierw trzeba uzbierać patyki, potem napalić w piecyku, poczekać chwilę i — viola — z kranu leje się ciepła woda. Samoobsługa. Dosłownie.

Rozpalanie w prysznicu

Podróżując po Outbacku, człowiek zaczyna doceniać takie niby drobnostki. Wspomnianą ciepłą wodę, świeże jabłko, które nie kosztuje 7 złotych za sztukę, ubrania, które dopierają się w jednym cyklu, niezatkane kurzem pory i czyste paznokcie, których szorowanie nie jest syzyfową pracą.

Rozkoszowaliśmy się tym prysznicem intensywnie, choć krótko, bo myśl o wszechobecnej suszy, która dotarła także na zazwyczaj mokrą daleką północ, nie pozwoliła na lanie wody przez dłużej niż 5 minut. Chwilę potem usiedliśmy przy ognisku i zapach mydła poszedł w niepamięć. Kto by przejmował się głupotami!

Po przygodę

— Tylko popatrz — powiedziałam z zadartą głową. — Przecież to jest niesamowite! — nie mogłam uwierzyć w ilość gwiazd, bo ciemne jak smoła niebo rozbłyskiwało niczym posypane brokatem.

Niechętnie uciekliśmy od tej namiastki cywilizacji (szczególnie ja) i rano ruszyliśmy w dzikie tereny Lorella Springs Wilderness Park. Aby móc kempingować w okolicy, trzeba być kompletnie samowystarczalnym, bo w tych przestrzeniach wygód brak. Auto z napędem 4×4 jest niezbędne, podobnie jak własna toaleta, zapas wody, jedzenia i cierpliwości.

Zaczęliśmy krótką wspinaczką na punkt widokowy. To stąd jackaroos, czyli australijscy kowboje, obserwowali swoje stada i to tu ukrywali się przed cyklonami. W niewielkiej jaskini znaleźć można resztki siodła, a wyszlifowany kamień idealnie zamyka wejście.

Źródlane kąpiele

Do źródełka Nanny’s Retreat jechaliśmy ponad godzinę, potem, w towarzystwie barwnych motyli, szliśmy jeszcze kilometr wąską ścieżka przez busz. Zimowy upał doskwierał, a przecież sierpień to na północy Australii jeden z chłodniejszych miesięcy. Tym bardziej miło było zanurzyć się w krystalicznej wodzie, szumiącej między ścianami wąwozu.

Skacząc do źródła Nanny’s Retreat

Równie przyjemnie było w skrytym wysoko między skałami naturalnym basenie Helicopter Pool. Domyślałam, że ktoś dostrzegł to niewielkie źródło z okna helikoptera i stąd wzięła się nazwa. Każda oaza miała swój klimat — Helicopter Pool nieco dramatyczny, bo wokół tylko suche skały, w Fern Gully było znaczenie bardziej egzotycznie, a okalającą ścianę porastały zielone paprocie. Niestety wiele miejsc było już niedostępnych. Pora deszczowa w tym roku była dość oszczędna, sucha za to bardzo upalna.

Dwa dni spędziliśmy nad zatoką Gulf of Carpentaria położoną w południowo-wschodniej części morza Arafura, gdzie zwiodły mnie pokłady cierpliwości.

— Jedźmy stąd! — stękałam, zmęczona upałem, natręctwem much, sikaniem w krzakach i brakiem prysznica.

Nie było nawet opcji na ochłodę, bo obowiązuje całkowity zakaz kąpieli. Kangury niepewnie skakały nad brzegiem rzeki, wypatrując drapieżnika.

Wtedy miałam dość powrotu do natury. Dziś marzę o powrocie w te rejony.

Niewiem czy kiedykolwiek jeszcze raz tam dotrzemy. Lorella Springs znajduje się stosunkowo „niedaleko” od granicy z Queensland, jakieś 1000 kilometrów od zachwycającego Parku Narodowego Boodjamulla, niemal 3000 kilometrów z Brisbane. Tak, pojęcie odległości w Australii ma nieco inną definicję. Lorella to miejsce dla tych, którzy lubią odludzia i chcą poznać nieznośną codzienność mieszkańców Terytorium Północnego, zobaczyć, jak wygląda większość australijskiego kontynentu.  

Trasa road tripu przez Outback Queensland i Terytorium Północne