Wybór kierunku tego wyjazdu z każdym dniem stawał się coraz bardziej nieosiągalny. Mimo że zazwyczaj sprawnie dogadujemy się z naszymi przyjaciółmi, Gosią i Jarkiem, tym razem szło opornie. Każdy z nas miał inny pomysł i wymagania: żeby nie było za zimo, żeby nie było za daleko, żeby nie było nad oceanem, żeby można było rozpalić ognisko, a tych „żeby” było jeszcze kilka.

Weekend w Bunya Mountains

Zdecydowaliśmy więc, że nie będziemy planować — pojedziemy w okolice Parku Narodowego Bunya Mountains na pierwszą noc i tam pomyślimy co dalej.

Tylko że pierwszego dnia łamią się relingi na dachu naszego auta, co uziemia nas na 3 noce, na dość przeciętnym terenie, w szczerym polu, gdzie można kempingować darmowo jedynie do dwudziestu godzin. Chciałabym opowiedzieć wam pikantną historię tego, co wydarzyło się w namiocie umocowanym na samochodzie, ale nie opowiem. Bo nic się nie wydarzyło. Połamało się ze starości.

Zdjęcie: Gosia Krata

Szczęśliwie, namiot, który sprawdza się na dachu, sprawdza się też na ziemi, więc mamy, gdzie spać…

– Nauczę was lubić Vegemite — oznajmiłam poprzedniego wieczoru i przy śniadaniu podejmuję rękawice. A że na kempingu wszystko smakuje lepiej, moje szanse stają się większe…

Australijskie śniadanie

Vegemite to tradycyjna australijska pasta z drożdży — uwielbiana przez miejscowych, znienawidzona przez przyjezdnych. Czarna mazia przypominająca w smaku gęste magii. Będę z wami szczera — zajęło mi cztery podejścia i trzy lata, żeby się do niej przekonać, ale gdy wreszcie odkryłam, jak trzeba ją jeść (podziękowania należą się Asi i Adamowi z bloga Na Nowej Drodze Życia), czasem nawet marzę o jej smaku. Serio.

Zdjęcie: Gosia Krata

Niech więc zdradzę wam mój sekret.

Kromka dobrego chleba z chrupiącą skórką, rozsmarowane awokado, na to cienka warstwa Vegemite, żółty ser i pomidor z cebulką. Do tego wszystkiego jajko na miękko (ewentualnie sadzone).

Wygląda na to, że smakowało, bo kanapki zniknęły z talerzy. A może to po prostu oznaka „australizacji”, która w końcu dotyka każdego emigranta?

Miasteczko Dalby

Jak pewnie się domyślacie, nasza nocna przygoda z połamanymi relingami, weryfikuje plany. Jedziemy w kierunku Dalby, w poszukiwaniu jakichkolwiek części. Chociaż sami nie wiemy do końca, czego szukamy i co mogłoby uratować sytuację…

Dalby to miasteczko na Outbacku. Miasteczko zaskakująco żywotne, co absolutnie nie jest regułą dla takich miejsc, gdzie często wieje nudą i nicością. Sporo tu sklepów i kawiarni, a Paddock Cafe, która znajduje się w jednym ze starych domów przy głównej ulicy, mogłaby znajdować się równie dobrze w centrum Sydney. Świetny wystrój i super kawa robią swoje. A to także nie jest regułą.

– Wygląda na to, że wszyscy polecają Jimbour Homestead, więc może i my zajedziemy tam w drodze powrotnej? – proponuję i ruszamy  trasą wiodącą przez pola bawełny, której zbiory zakończyły się w czerwcu. Pech, bo fanie byłoby zobaczyć kłębki waty na patykach.

Płot na dingo i susza

Typowy brązowy znak drogowy, który wskazuje atrakcje turystyczne, prowadzi nas jednak najpierw w punkt, gdzie swój początek na Digno Fence — płot przeciwko dingo. Najdłuższa stworzona przez człowieka konstrukcja na świecie, ciągnie się przez ponad pięć tysięcy kilometrów (!) i ma uniemożliwić drapieżnikom swobodne przemieszczanie się i odgrodzić je od owiec. Jego budową zakończono w 1886 roku i do dziś pełni swoją funkcję.

Szutrowa ścieżka prowadzi nas w końcu do gospodarstwa, które było celem tej krótkiej wyprawy. Kurzy się za nami niemiłosiernie. Wysuszona jest nie tylko droga, ale i wszystko wokół, bo na outbackowych terenach od kilku lat rządzi jedynie susza. Tylko baobaby czują się tu wyśmienicie.

Piękny Jimbour House

Spośród tego jałowego krajobrazu wyłaniają się barwne ogrody, otaczające zabytkową willę — Jimbour House.

Początkowo znajdowało się tu ranczo, gdzie hodowano owce i bydło, jedno z pierwszych w rejonie Darling Downs, w Queensland. Rezydencję zbudowano w 1876 roku. Dziś jej ogrody otwarte są dla zwiedzających, ale dom zobaczyć można jedynie podczas specjalnych imprez.

I ciekawostka dla fanów kinematografii — w Jimbour House nakręcono nowy australijski film (wyprodukowany przez Stan., czyli tutejszego Netflixa) – The Second. Tutaj możecie zobaczyć trailer.

Odjeżdżamy z lekkim poczuciem niedosytu, bo bramy zamykają punkt piąta. To zdecydowanie jedno z tych miejsc, dla których z przyjemnością zjeżdża się z głównej trasy.

Niebo pełne gwiazd…

Na szczęście na kemping wybieramy się poza sezonem, więc nikt nie przepędza nas z placu, gdzie mieliśmy zatrzymać się na jedną noc. Ponownie rozpalamy ognisko i obserwujemy ciemnie niebo, intensywnie rozświetlone przez nadmiar gwiazd. Australijska zima to najlepszy pora, aby pogapić się w sufit, popatrzeć jak płynnie przesuwa się droga mleczna i gdzie błyszczy sławny Krzyż Południa. A im dłużej się gapisz, tym widzisz ich coraz więcej, i więcej, i więcej…

Zdjęcie: Gosia Krata

Na długo przed świtem ze snu wyrywa nas szczebiot kakadu, które wyjątkowo upodobały sobie tę okolicę.

Parki Narodowe Bunya Mountains i The Palms

Ruszamy do Parku Narodowego Bunya Mountains, gdzie znowu wita nas zgraja kangurowatych. To drugi, najstarszy park w stanie Queensland, teren, na którym rosną największe na świecie drzewa Bunya (Araucaria bidwillii). Idealny zakątek dla poszukujących górskich, nieco europejskich klimatów w tej części Australii. Idealny zakątek na odpoczynek przy kominku. I spotkanie torbaczy, które pasą się… wszędzie.

W drodze powrotnej do domu zahaczamy o Park Narodowy The Palms — tym razem jeden z najmniejszych parków w Queensland. Tropikalną oazę na pustkowiu.

Wszystko to dwie może trzy godziny jazdy od Brisbane. Wciąż mamy tyle do odkrycia w okolicy.

A co z namiotem? Po złożeniu siedzeń chłopakom udaje się włożyć go do auta i bezpiecznie dojeżdżamy do domu. Teraz pozostaje nam czekać na nowe relingi…

Więcej fajnych miejsce w okolicach Brisbane, znajdziecie tutaj: 5 fajnych miejsc w okolicy Brisbane